Eliminacje MŚ 2016. Rumunia - Polska. Sędzia Wójcik: walkower nie byłby pewny

- Nie jest tak, że drużynie poszkodowanej przez kibiców z automatu należy się walkower. Kiedyś sędziowałem w Belgradzie, na boisko został rzucony gaz bojowy, a i tak nie było zgody na przerwanie meczu - opowiada Ryszard Wójcik. Z byłym arbitrem międzynarodowym, który pracował m.in., w finałach MŚ 1998, rozmawiamy o chuligańskich wybrykach, których ofiarą w spotkaniu Rumunia - Polska padł Robert Lewandowski
 

Łukasz Jachimiak: Czy prowadzący mecz Rumunia - Polska Damir Skomina nie powinien go przerwać po tym, jak metr od Roberta Lewandowskiego wybuchła petarda?

Ryszard Wójcik: to nie działa tak, że sędzia w każdej sytuacji zagrożenia zdrowia zawodników ma obowiązek przerywać mecz. Było wyraźnie widać, że konsultuje się z Robertem i ze sztabem naszej drużyny, że sprawdza stan zdrowia piłkarza i daje mu czas, by wrócił do siebie. Po kilku minutach było widać, że Lewandowski jest zdolny do gry i że nasz zespół chce dalej walczyć.

Gdyby polscy piłkarze uznali, że niebezpieczeństwo jest za duże, to schodząc z boiska mieliby prawo liczyć na zwycięstwo walkowerem?

- Jeśli poszkodowana drużyna czuje się zagrożona, to oczywiście może podjąć decyzję o opuszczeniu boiska, a później właściwe organy zdecydują czy było to zasadne. Dobrze, że nikt w naszym zespole nie podjął decyzji o zejściu do szatni, bo to nie zawsze oznacza, że będzie walkower.

Moglibyśmy go nie dostać? Przecież ogłuszony Lewandowski nie był pierwszą ofiarą rumuńskich pseudokibiców, bo oni wcześniej rzucali racami w Łukasza Fabiańskiego.

- Gdyby było tak, że w tego typu sytuacjach z automatu należałby się poszkodowanym walkower, to w końcu zaobserwowalibyśmy prostą metodę na to, jak doprowadzić do korzystnego dla siebie rozstrzygnięcia. Wystarczyłoby podstawiać jednego wariata, który rzuci racą czy petardą w pole bramkowe, bramkarz by mdlał, jego koledzy twierdziliby, że się boją i koniec. Oczywiście obowiązkiem organizatora jest sprawdzenie ludzi wchodzących na stadion, by do takich sytuacji nie dochodziło. Ale nie wszystko da się wychwycić. Kiedyś, kiedy jeszcze istniał Puchar Intertoto, sędziowałem w bardzo napiętej atmosferze w Belgradzie. Na boisko rzucono gaz bojowy, który u bramkarza drużyny przyjezdnej spowodował łzawienie uniemożliwiające dalszą grę. Byłem tak jako obserwator, wszystko się działo 10-12 lat temu. Od razu konsultowałem się z biurem Emergency w UEFA i decyzja była taka, żeby poszkodowanej drużynie zezwolić na dokonanie dodatkowej zmiany w związku z zejściem bramkarza i po kilkudziesięciu minutach, jakich na uspokojenie trybun potrzebowały służby porządkowe mecz był kontynuowany. Tamta drużyna nie chciał grać dalej, ale jeśli tylko są warunki do zakończenia zawodów, to trzeba je zakończyć.

W marcu zagramy z Czarnogórą w Podgoricy, gdzie w eliminacjach Euro 2016 racą trafiono bramkarza Rosji Igora Akinfiejewa i gdzie w eliminacjach MŚ 2014 racami i petardami celowano w Przemysława Tytonia. Będziemy musieli zostać na boisku, nawet jeśli chuligani rozpętają wojnę?

- W sytuacjach naprawdę dużego zagrożenia sędzia na pewno skonsultuje się z obecnymi na stadionie ludźmi odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo i zareaguje. Ale myślę, że od tamtych sytuacji wiele się zmieniło, Czarnogóra grała już mecze u siebie po tym z Rosją i odbyły się one we w miarę normalnych warunkach, nie słyszałem o żadnych naruszeniach przepisów. Fakt, to jest teren trudny. Ale o naszym uważamy, że jest normalny, że są wspaniali kibice, a i tu pojawiają się przecież grupy, którym niekoniecznie chodzi o to, żeby obejrzeć mecz, tylko o to, żeby wykorzystując anonimowość tłumu realizować jakąś swoją wizję świata.

Prowadził pan kiedyś mecz, w którym jedna z drużyn zeszła do szatni w reakcji na zachowanie trybun?

- Nigdy takiej sytuacji nie miałem. I bardzo dobrze, że Polska nie próbowała zejść z boiska w Bukareszcie. I Robert Lewandowski, i nasz sztab, pokazali postawę fair, nikt nie próbował wykorzystać sytuacji. Stał się wypadek - trudno. Robert dostał chwilę, żeby dojść do pełnej świadomości, no i doszedł tak, że miejscowych bardzo to zabolało. Wiedząc, że z jego zdrowiem wszystko w porządku, możemy teraz sobie pożartować, że może zawsze warto byłoby podrzucić petardę, skoro po takim wybuchu strzela dwie bramki.



Race w Rumunii? UEFA zamyka stadion Legii [MEMY PO POLSCE]