Sport.pl

El. MŚ 2016. Rumunia - Polska. Wreszcie nie kadra jednego piłkarza

W takim stylu kadra zakończyła rok meczów o stawkę, że aż trudno wybrać jednego bohatera. Robert Lewandowski strzelił dwa gole, ale to Piotr Zieliński miał najbardziej chłodną głowę i pokazał, że o brak Arkadiusza Milika nie trzeba specjalnie się martwić. Polacy w Bukareszcie wygrali 3:0.
W tej grupie każdy może stracić punkty z każdym. Nie ma komfortu grania z Gibraltarem, nie ma nawet takiej Gruzji, czyli drużyn, które pamiętamy z poprzednich eliminacji. Astana, Bukareszt, Podgorica, Erwań i Kopenhaga - to droga przez mękę, szarpanina o każdą bramkę, każdy punkt. Nikt ćwierćfinalistom Euro 2016 nie obiecywał, że będzie tylko łatwiej i oni o tym wiedzieli. - Teraz wszyscy będą się na nas dodatkowo nastawiać - słyszeliśmy od Adama Nawałki i jego piłkarzy.

W Bukareszcie takiej atmosfery na meczu reprezentacji nie było od dawna. Nawet, gdy Rumuni remisowali z Hiszpanią w spotkaniu towarzyskim, to na trybunach było cicho. Na Polskę gospodarze przygotowali specjalną oprawę, połowa biletów rozeszła się w kilka godzin po otwarciu sprzedaży.

Gdy piłkarze Nawałki wybiegli na murawę, to dach stadionu narodowego uniósł się od gwizdów rumuńskich kibiców. A dzień wcześniej selekcjoner rywali Christoph Daum mówił, że Polacy powinni być przykładem drogi do sukcesu, a jego pochwały pewnie dzielą innych trenerów drużyn z naszej grupy. Witamy w rzeczywistości faworyta i na kolejnym sprawdzianie gry pod zwiększoną presją.

W takich meczach pod napięciem - dosłownie, bo to czuło się po wielu sytuacjach w których kibice gospodarzy i gości ścierali się w sektorze buforowym - na boisku trudno jest pozostać sobą. Opanować emocje, złapać luz, który Polscy piłkarze prezentują w mocnych europejskich klubach. A w kadrze czasem tego brakuje. Robert Lewandowski jest przykładem pozytywnym - mówi: "nie czuję presji faworyta, po prostu o tym nie myślę, na każdy mecz wychodzę tak samo" - ale nawet jemu zagotuje się głowa. Jak w Astanie, gdy był osiem razy faulowany, a sędzia nie reagował.

Przeciwieństwem Lewandowskiego był Piotr Zieliński. Ten, który zachwycił kilka lat temu w towarzyskim meczu z Danią, a potem każda kolejna szansa była potwierdzeniem opinii, że dla młodego pomocnika jest jeszcze za wcześnie na pierwszy skład. Nawałka widział go jako partnera dla Krychowiaka w środku pola już po eliminacjach Euro 2016, gdy mógł sprawdzać to w spotkaniach towarzyskich, a Zieliński dodatkowo błyszczał we włoskim Empoli. Selecjoner ostatecznie wybrał inaczej, zresztą w meczu z Ukrainą w Marsylii znów obawy się potwierdziły, rozgrywający zagrał bardzo słabo i został zdjęty już w przerwie. W szatni i w drodze na lotnisko pocieszał go Lewandowski, ale Zieliński w Euro już nie zagrał, tak był rozbity.

Teraz jest to historią, bo w eliminacjach mundialu w Rosji za dwa lata pokazuje, że po niepowodzeniach w kadrze przyszła jego chwila. A przecież w Astanie z Kazachstanem zaczął źle, pierwsze trzydzieści minut miał okropne, sprezentował rywalom ich najlepszą w pierwszej połowie okazję. I pewnie jeszcze kilka miesięcy wcześniej zamiast podnieść głowę, Zielińskiemu czoło opadłoby jeszcze niżej. Na szczęście dla reprezentacji stało się inaczej.

To zasługa luzu, który potrafił złapać w reprezentacji - na boisku i poza nim. A to z kolei efekt pracy z trenerem mentalnym - choć to często efekt przeceniany, ale w kadrze nie jest to żadna nowość. Każdy szczegół pomaga, a kadra zyskała innego Zielińskiego. Takiego na którego czekała.

Ktoś powie, że 22-latkowi pomogła kontuzja Arkadiusza Milika, bo dzięki niej mógł zagrać za napastnikiem. Jednak w tej samej roli wystąpił przeciwko Ukrainie w Euro. W Bukareszcie naprawdę był to inny Zieliński: od początku przejął kontrolę nad spotkaniem. Był po prostu szybszy od rywali, wyraźnie od nich lepszy technicznie i podejmował decyzje dla nich niespodziewane. Pierwsze rozegranie z klepki było zasługą rozgrywającego, tak samo jak pierwszy udany drybling i prostopadłe podanie. Wreszcie też inni czuli, że jeśli podadzą mu piłkę, to drużyna na tym skorzysta.

Rósł nam Zieliński w tym spotkaniu, choć jak zwykle po pierwszej bardzo dobrej połowie reprezentacji ta druga okazała się drogą przez mękę. Nie dlatego, że Rumuni grali lepiej, czy stwarzali sobie więcej sytuacji. Po prostu przez ciągłe faule, utarczki słowne i choćby petardę, która spadła pod nogi Lewandowskiego i tam wybuchła te drugie 45 minut przeciągało się w nieskończoność. Było nerwowo i te nerwy najbardziej udzielały się Karolowi Linettemu, który teraz był tym Zielińskim, którego krytykowaliśmy. A rozgrywający dawał spokój, utrzymywał piłkę, kręcił kółeczka i denerwował rywali.

A piłkarze spełnili deklarację Nawałki, że w Bukareszcie rozegrają jeden z najlepszych meczów za kadencji selekcjonera. I wreszcie wygrali ważne spotkanie eliminacyjne na wyjeździe, czyli osiągną coś, czego nie udało się od 2006 roku i zwycięstwa w Brukseli z Belgią. Dekadę temu, wyobrażacie sobie? A sceną, którą zapamiętamy z tego potencjalnie najtrudniejszego wyjazdu tych eliminacji będzie ta z okolic 75, 78 minuty, gdy Zieliński zaczął akcję trwającą kilkadziesiąt podań, aż sektor polski zaczął skandować "Ole!" przy każdym zagraniu. Kiedy ostatnio taka sytuacja miała miejsce w meczu biało-czerwonych?

Polacy wygrali wbrew temu, co im zarzucano: wykończyli rywali w drugiej połowie, gdy zwykle tracili panowanie nad meczem. Nawałka dokonał świetnych, idealnie włożonych w tok spotkania zmian. Drużyna zagrała na zero z tyłu, Łukasz Fabiański na dobrą sprawę rozgrzany został przez rywali tylko raz. A Lewandowski choć strzelił dwa gole, to nie czuło się zupełnie, że jest to "one-man show", że napastnik i kapitan uniósł się głową i ramionami nad resztę kolegów. Na pewno nie w porównaniu do kapitalnego Łukasza Piszczka, pewnej gry defensywy, błyskotliwego Kamila Grosickiego (gol roku kadry?) i wreszcie Piotra Zielińskiego.

Przypominając ambitną deklarację Nawałki sprzed startu eliminacji - "Chcemy być jedną z najlepszych drużyn na świecie" - wreszcie można stwierdzić, że drużyna dorosła do tak postawionego zadania.