Gdy rodzice wyszli z domu, czyli mundial, mundial i po mundialu

To zawsze robi wrażenie: jak oni szybko sprzątają. Nawet najbardziej ślamazarny gospodarz mundialu czy igrzysk sprząta szybko. Tu już pan nie wejdzie, to już nie działa, do widzenia. Wczoraj był mundial, dziś go nie ma, w środę już wraca liga brazylijska. A za trzy miesiące wybory, kampania teraz przyspieszy. Zleci jak jeden dzień. Cud, że jeszcze biura prasowego nie rozebrali.
Na Maracanie trzy godziny po gwizdku zostały z finału tylko plansze, złote konfetti na murawie i garstka niemieckich kibiców na jednej z trybun. Wyszedł do nich Kevin Grosskreutz, nawet wskoczył na górę, pośpiewać razem o sukcesie. Wyszedł Lukas Podolski, bronić karne, które mu strzelał syn. To są często jedne z najpiękniejszych momentów mistrzostw. Już bez kamer, często nawet bez aparatów. Jak odpoczynek mistrzów sprzed czterech lat, gdy na pustym stadionie w Johannesburgu Carles Puyol i Cesc Fabregas siedzieli na jednej z ławek, pijąc piwo.

Niemieccy kibice śpiewali, żeby wyszła jeszcze raz cała reprezentacja. Ale już nie wyszła. Spacer przez strefę wywiadów trwał w nieskończoność, a do odlotu z Brazylii zostało niewiele godzin. Gdy odjeżdżali ze stadionu, policja w Rio kończyła pałować ostatnich demonstrantów, policja w Buenos Aires próbowała przerwać bitwy barrabravas, bandytów trzymających władzę w argentyńskim futbolu, a Luiz Felipe Scolari właśnie przestawał być trenerem brazylijskiej reprezentacji.

Tak się kończył jeden z najwspanialszych mundiali, jakie zostały rozegrane, na pewno najwspanialszy w ostatnich latach. Z zabawą jak w Niemczech w 2006, tylko bardziej. Wszystko bardziej. Na pewno był też najtrudniejszy do obsługi, w gigantycznym kraju, w którym samoloty były zawsze na czas, a internet prawie nigdy. Ale co to za problemy, gdy futbol górą. Ktoś już po rundzie grupowej napisał: szybkie odpadnięcie Hiszpanii podziałało tak, jakby rodzice wyszli z domu i dzieci mogły sobie wszystko rozstrzygnąć między sobą. Na swój szalony sposób. I tak było do końca. Działo się, zmieniało, a wygrał najlepszy. Niemieccy mistrzowie, który strzelili w tym mundialu 18 goli, o jednego więcej niż Anglicy we wszystkich mundialach od 2002. Mistrzowie z Thomasem Muellerem, który w drodze po pięć bramek w turnieju przebiegł dwa maratony. Mistrzowie, których da się lubić. Turniejowa Złota Piłka od FIFA w rękach Leo Messiego to już problem FIFA i Messiego. Zrobili mu tym krzywdę. Grał świetnie do półfinału, potem już nie. Przez Złotą Piłkę bardziej będzie pamiętane, że nie. FIFA potraktowała go jak gasnącą gwiazdę, której trzeba coś dać, bo może już nie będzie okazji. Może intencje były inne, ale tak wyszło.

Rio de Janeiro dziś sprząta, za dwa lata znowu będzie gotowe. Igrzyska tutaj to wydaje się być o jedną imprezę za daleko, po nich dopiero zostaną białe słonie, obiekty których się nie da utrzymać. Mundial, wbrew pozorom, aż takim marnotrawstwem nie był. Zresztą, problemem Brazylii nie jest brak pieniędzy, tylko to, że je czasami wydawała na mundial nierozsądnie albo w pachnących korupcją okolicznościach. Ale skoro chce igrzysk, kto odmówi zaproszenia. Byli znakomitym gospodarzem. Serdecznym, bez pozy, zakochanym w futbolu, a nie tylko we własnych zwycięstwach, co pokazali po klęsce reprezentacji. Gdy im nie przeszkadzało, że inni bawią się dalej. Chcieli się bawić razem z nimi.

Zostaną piękne wspomnienia. Bramki Mario Goetzego, godnej każdego finału. Bramek innych rezerwowych. Sensacji, kontrowersji, nowego Maracanazo w dwóch częściach, najazdu Argentyńczyków, Kolumbijczyków, Chilijczyków. Wszystkich pokerów Louisa van Gaala. Pięknego futbolu. Dobrej gościny. Fantastycznego jedzenia. Kawy z samowarów, nalewanej do małych szklanek. A z futbolem trochę jak z kawą. Od jej braku jeszcze nikt nie umarł. Ale jakie to szczęście, że jest.

13 genialnych mundialowych rysunków [KLIKNIJ]