Mistrzostwa świata w piłce nożnej 2014. Futbol z kuchni fusion. Smacznego!

Mundial nas wyrwał z kręgu codziennych bożków: Guardioli, Bielsy, Mourinho etc. W reprezentacjach też jest miejsce dla geniuszy. Nawet jeśli żonglują tym, co już wymyślone, to żonglują po swojemu - pisze wysłannik Sport.pl i ?Wyborczej? do Brazylii Paweł Wilkowicz.
Mógł się trochę poznęcać nad swoimi krytykami. Wielu tak robiło. Mógł wyliczać swoje zasługi. Miał prawo, od niedzieli jest w jednym szeregu z Seppem Herbergerem, Helmutem Schoenem i Franzem Beckenbauerem. Ale on wolał inaczej. Wśród zasług swoich wyliczył i cudze: Juergena Kloppa, Carlo Ancelottiego, Pepa Guardioli, Juppa Heynckesa. Tych wszystkich, dzięki którym w klubach jego piłkarze stawali się lepsi. Z Kloppem się wiele razy ścinał w ostatnich latach. ale od niego zaczął.

Podziw, sympatia, tytuł

Pozostał w chwili triumfu tym samym Joachimem Loewem, który od 10 lat Niemców drażni i czaruje. Historia się działa, a jemu nawet jeden włos z fryzury nie odstawał. W przemowach po tytule też wszystko się zgadzało: "zaplanowaliśmy", "wypracowaliśmy", "przeanalizowaliśmy", "doskonaliliśmy", "projekt", "produkt", "drobiazgowo". Jak przystało na trenera, któremu wielu zarzucało, że dla niego droga bywa ważniejsza od celu.

Coś w tym jest, dla niego "którędy" było zawsze nie mniej ważne niż "dokąd". Dlatego po finale cofnął się do półfinału. - To może był szczyt mojej trenerskiej kariery: gdy po 7:1 nasz autobus jechał na lotnisko, a tysiące Brazylijczyków stojących wzdłuż ulicy biło brawo - wspominał. Mówił też o tym, ile dla niego znaczy, żeby niemiecka kadra była lubiana. Podziwiana też, ale i lubiana. W Brazylii to wszystko się złożyło w całość. Podziw, sympatia, tytuł. I wreszcie, po tylu zwątpieniach, bezwarunkowe uznanie u swoich.

To, na co patrzymy u Niemców, to być może projekt, który się będzie wspominać latami. 10 lat wychowywania piłkarzy do mistrzostwa świata - od 2004 r., gdy Loew został asystentem Juergena Klinsmanna, do dzisiaj. 10 lat zmieniania stylu gry z topornego na lekki. Ale granica między sukcesem a porażką - bardzo cienka. Gdyby Niemcy finał przegrali, Loew pewnie musiałby odejść. Po zwycięstwie musi zostać. Ma być jak Schoen - jedyny, który zdobył z Niemcami i mistrzostwo świata, i Europy.

Zemsta mięczaków

O jednym zagranicznym trenerze Loew nie wspomniał, choć ma u niego trzech swoich piłkarzy. Lukasa Podolskiego, Mesuta Oezila, Pera Mertesackera, a może będzie mieć niedługo i Samiego Khedirę. W Londynie, u Arsene'a Wengera. Trenera, którego może najbardziej Loew przypomina. Też jest zapatrzony w młodość, rozwój, ładną grę. Też jest upartym dżentelmenem, który nie chce iść na skróty. Też jest człowiekiem z pogranicza. On akurat niemiecko-szwajcarskiego, Wenger z francusko-niemieckiego, po niemiecku zresztą mówi znakomicie. Ale obaj są też ludźmi z pogranicza futbolu i uniwersytetu. Ludźmi właśnie od projektów, patrzącymi daleko do przodu. I obaj po początkowym zachwycie kibiców doświadczyli zwątpienia, słyszeli wezwania do odejścia. Gdy to trener twojej drużyny, jesteś dumny, że taki wyrafinowany, z pomysłem i kulturalny. Ale gdy drużynę kolejny raz ktoś ogrywa, marzysz, żeby profesor porzucił to wyrafinowanie i od czasu do czasu dał komuś w pysk. Symbolicznie - godząc się na brzydkie zwycięstwa - albo, w przypadku Wengera, na gwiazdorski transfer. Ale dał.

Loewowi zarzucano, że nie jest do takiego ciosu zdolny. Czasem wprost, że jest mięczakiem, i to widać po drużynie. Że jest uparty, że - podglądając u trenerów klubowych to, co najlepsze - czasem nie wie, kiedy przerwać eksperymenty, nie potrafi być twardy dla swoich ulubieńców. Po Brazylii to wszystko nieaktualne.

Urzędnik Sabella

Loew był tutaj takim trenerem, jakich ten mundial nagradzał. Elastycznym, zmieniającym drużynę w biegu, odważnym. Niebojącym się czasem zaprzeczyć temu, co robił wcześniej. Ale nigdy tych zmian nie dyktowały mu nerwy, tylko analiza tego, jak gra rywal. To nie był mundial dla dogmatyków. To był mundial żonglerów. Mistrzostwa futbolu z kuchni fusion, zbierający to, co najlepsze z ostatnich lat. Loew, Louis van Gaal, Alejandro Sabella nie zamykali się w swoich dogmatach. Potrafili nawet pożyczać pomysły od swoich wrogów, jak van Gaal od Ronalda Koemana grę trójką środkowych obrońców. Holandia van Gaala nie zaszła tak daleko jak Holandia Berta van Marwijka cztery lata wcześniej, a kończyła mundial w lepszym humorze.

Sabella, trener z charyzmą urzędnika pocztowego, w poniedziałek był witany w kraju jak bohater, mimo przegranego finału. Nie próbował w mundialu wymyślać prochu, nie podrabiał Marcelo Bielsy w roli kapłana ofensywnego futbolu. Ale też nie pozwolił sobie zepsuć mundialu jak Bielsa, który jednemu ze swoich ulubieńców, Juanowi Sebastianowi Veronowi, pozwolił w 2002 grać z niedoleczoną kontuzją i ciągnąć drużynę na dno. Zmieniał zespół z rundy na rundę. Nie działał jak trzeba atak, więc Sabella postawił na obronę i zawziętość. Martina Demichelisa z piątego koła u wozu zrobił podstawowym obrońcą, korzystając z tego, co w klubowym futbolu wypracował Manuel Pellegrini. Javier Mascherano wyrósł na najważniejszą postać Argentyńczyków, gdy zaczął gasnąć Messi. Gdyby zabijacy Sabelli prosto z mundialu pojechali odbierać Anglikom Malwiny, nikt by się specjalnie nie zdziwił. I gdyby Messi wymówił się od tego odbierania czymś pilnym - też nikt.

Mundial rezerwowych

Loew niby brał to, co najlepsze od trenerów, których wymienił na konferencji po finale, ale też żadnego nie kopiował tak, żeby były jakieś wątpliwości co do praw autorskich. To jest jego drużyna, nie wisi nad nią cień Guardioli, choć wielu przekonuje, że go widziało. To Loew miał odwagę, pomysł i wyczucie. We właściwym momencie wystawił z drużyny Pera Mertesackera, widząc, że jeden z jego ulubieńców jest zbyt wolny jak na mundial kontrataków. Czekał tyle, ile trzeba, aż Khedira i Bastian Schweinsteiger będą w pełni formy. Ale w finale poradził sobie i bez Khediry. Dał po nosie Mario Goetzemu, wystawał za niego podczas turnieju i Lukasa Podolskiego, i Miroslava Klose. Aż Goetzego odzyskał w najważniejszej chwili. Mundial rezerwowych - to był jeden ze znaków firmowych mistrzostwa, gole zmienników - wygrali Niemcom rezerwowi: podawał Andre Schuerrle, strzelał Goetze. Gorzej zagrali w finale ci, którzy wcześniej byli znakomici: Toni Kroos, Mats Hummels. Ale za to wyskoczyli z cienia krytykowani wcześniej Jerome Boateng i Bastian Schweinsteiger. Drużyna, która się rodziła w biegu podczas poprzedniego mundialu - Mueller jechał na niego, mając za sobą dwa mecze w kadrze, Kroos cztery, Neuer, Boateng, Khedira po pięć - w Brazylii zmieniła się w biegu w mistrza. Po mundialu, który buzował od emocji, starć, zwrotów akcji, tutaj żadnych dyskusji nie ma: futbolowi będzie z takim mistrzem dobrze.

13 genialnych mundialowych rysunków [KLIKNIJ]


Korzystasz z Gmaila? Zobacz, co dla Ciebie przygotowaliśmy