Brazylia - Niemcy. Za dużo "Neymarowania", za mało grania

"Całe to wspólne śpiewanie hymnu i demonstracja pasji nie znaczą nic, jeśli nie pokażesz tego na boisku" - napisał na jednym z portali społecznościowych Rio Ferdinand. W ten sposób Anglik doskonale podsumował wszystko to, co działo się wokół "Canarinhos" od początku turnieju aż do wczoraj, kiedy nadmuchany do granic możliwości balon pękł. W pewnym momencie Brazylia stała się grupą terapeutycznego wsparcia Neymara, a nie drużyną piłkarską.
Brazylia sama wpędziła się w stan futbolowego i mentalnego uzależnienia od Neymara. O tym pierwszym napisano od wczoraj niemal wszystko. To drugie ciągle pozostaje niepojętym absurdem. Trudno bowiem zrozumieć, że 200-milionowy kraj uwierzył w finalny sukces oparty na wątłych barkach 22-letniego młokosa. Na lidera swojego projektu Luiz Felipe Scolari wybrał najlepszego piłkarza, ale jednocześnie słabego przywódcę. Bo o Neymarze można powiedzieć wiele, ale nie to, że jest charyzmatycznym zawodnikiem zdolnym natchnąć drużynę do odwrócenia losów rywalizacji.

Wychowanek Santosu jest znakomitym piłkarzem. Nie należy jednak do światowej czołówki, bo zestawianie go w jednym szeregu z Leo Messim i Cristiano Ronaldo jest wręcz karkołomne. Pierwszy sezon "Neya" w Europie naznaczony był incydentalnymi wzlotami (w sumie 15 goli i 15 asyst w 41 meczach), kontuzjami i zamieszaniem wokół profitów jego rodziny przy okazji transferu do FC Barcelony. Z przyjściem Brazylijczyka do Katalonii wiązano wielkie nadzieje. Być może za duże w stosunku do jego nikłego doświadczenia piłkarskiego (zwłaszcza klubowego). Wrażenie, że mamy do czynienia z piłkarzem ukształtowanym, kompletnym zostało wywołane przez sztab marketingowców, pracujących przy zdolnym zawodniku, od kiedy miał 13 lat. Neymar błyskawicznie stał się celebrytą, może nawet szybciej niż piłkarzem.

Neymar najmniej winny

"Ney" brał udział w telewizyjnych superprodukcjach i podpisywał kolejne kontrakty reklamowe, zainteresowanie swoją osobą podsycając intrygującymi wpisami na portalach społecznościowych. Chyba najsłynniejszy z nich zawierał scenkę, na której 22-latek połyka biały proszek (prawdopodobnie mąkę), po czym próbuje śpiewać. To niejedyny dowód braku dojrzałości emocjonalnej Neymara. Zresztą trudno winić 22-latka, że uległ ogólnej ekstazie i popadł w oczywiste samozadowolenie. W tym korowodzie absurdu najmniej winnym jest sam piłkarz.

Bo nawet tak doświadczony trener jak Scolari uwierzył, że Brazylia to Neymar. Znakomici przecież Thiago Silva, David Luiz czy Oscar zostali zepchnięci na margines. Od Neymara zależał los marzeń, jakie piłkarze "Canarinhos" dzielili z 200-milionowym narodem. O dziwo, as Barcelony dobrze radził sobie z niespotykaną dotąd presją. Kraj gospodarza prestiżowego turnieju obejrzał 4 gole i 1 asystę wychowanka Santosu. Sporo, biorąc pod uwagę, że do meczu z Niemcami (1:7) "Canarinhos" zdołali wbić ledwie 10 bramek.

Katastrofa była blisko już w 1/8 finału, kiedy w konkursie rzutów karnych Neymar podszedł do decydującej "jedenastki". Trafił, choć prawdopodobieństwo niepowodzenia było olbrzymie. Odpowiedzialność za drużynę, presja narodu i strach przed klęską wymieszały się, aby w jednym momencie zawisnąć nad modnie ostrzyżoną głową 22-latka. Trafił, ucieszył się, po czym zaczął płakać. Nawet nie próbujmy wyobrazić sobie, co w tym momencie kołatało się w jego sercu.

Grupa płaczków

Emocjonalne rozedrganie towarzyszyło gospodarzom od początku turnieju. Hymn śpiewany a capella miał pobudzać do walki i motywować. Tymczasem w trakcie jego odgrywania niektórzy chowali twarze w dłoniach, bo wzruszenie wygrywało z silnym postanowieniem zachowania postawy zawodowca.

Mimo to gospodarze wygrywali, choć głosy krytyczne przybierały na sile wraz z kolejnymi łzami "Canarinhos". Podkreślano, że Brazylijczycy stali się grupą płaczków, a nie silnych mentalnie zadaniowców, którzy mają zrealizować ściśle nakreślony cel. Zbiorowe wzburzenie uczuciowe przybrało na sile, kiedy w meczu z Kolumbią (2:1) kontuzji doznał Neymar. Niemal pogrzebowa narracja, jaka towarzyszyła wszystkim Brazylijczykom, sprawiła, że futbol zszedł na dalszy plan. Na pierwszy wysunęły się płynące zewsząd głosy wsparcia, zdjęciowe pozdrowienia, efektowne czapki, specjalne maski dla kibiców czy napis na samolocie drużyny.

Dani Alves wystawił nawet Neymarowi lukrowaną laurkę. Ładną, ale mocno przesadzoną. "Wielką przyjemnością w tym życiu jest realizowanie naszych marzeń, lecz jeszcze przyjemniejsze staje się to wtedy, gdy robimy to wspólnie z osobami, które kochamy, szanujemy, które brakuje słów, żeby to opisać. Ból, jaki teraz odczuwamy, przeobrazi się w siłę, która pomoże zrealizować marzenie rozpoczęte przez ciebie" - napisał obrońca FC Barcelony.

W trakcie odgrywania hymnu przed meczem z Niemcami (1:7) David Luiz i Julio Cesar trzymali w dłoniach koszulkę "Neya". To był jeden z ostatnich dobrych momentów "Canarinhos". Po mniej więcej kwadransie Niemcy rozpoczęli demontaż zbiorowego marzenia Brazylii. Uzależnienie od Neymara osiągnęło apogeum, tak w kwestii piłkarskiej, jak i mentalnej. Na boisku zabrakło jedynego zdolnego do wygrywania. Osamotnieni pomagierzy "Neya" nie byli w stanie podnieść się po szybko wyprowadzonych przez rywali ciosach. "Canarinhos" upadli z hukiem, a powstały kurz przykrył celebrycki lament powstały wokół urazu piłkarza.

Winnym uzależnienia od Neymara są sami Brazylijczycy. To oni wpędzili się w labirynt piłkarskiej jednowymiarowości i emocjonalnej niewoli, z którego wyjście znał tylko 22-latek. Powstała wokół "Canarinhos" otoczka przykryła istotę wtorkowego spotkania. Futbol ustąpił miejsca "Neymarowaniu". To po prostu nie mogło się udać.