Pewność czy pycha "Albicelestes"

Argentyńczycy wygrali, w półfinale - są w nim po raz pierwszy od 24 lat - spotkają się z Holandią. Ale stracili Ángela di Marię, gwiazdę w życiowej formie.
Leo Messi wparował do strefy wywiadów jak dziecko, które chowa się przed dorosłymi, zamykając oczy. Wzrok wbił w podłogę, włączył swoje turbo, które na boisku sprawia, że w ułamku sekundy gubi rywali. Niestety, taki rywal jak dziennikarz to gorsza sprawa. Messiego nie przegapi, zwłaszcza w dniu, gdy po raz pierwszy od 24 lat Argentyna awansowała do półfinału mistrzostw świata. I to na terytorium wroga, bo w stolicy Brazylii. To zakrawa na kuriozum, ale po raz pierwszy w półfinale mundialu znalazły się jednocześnie dwie największe potęgi Ameryki Płd.: "Canarinhos" i "Albicelestes". I wcale nie jest wykluczone, że zagrają po raz pierwszy w takim finale.

Leo Messi młodzieńcem jest grzecznym. Gdy go wołają, to staje. Chociaż na chwilę, by w swoim stylu wyszeptać pod nosem, jak bardzo się cieszy. - Un dia muy lindo, para todos los Argentinos, no? (Ładny dzień dla wszystkich Argentyńczyków, nie?) - zagadnął do dziennikarzy, wzrok podnosząc tylko nieznacznie. Niechętnie patrzy rozmówcy w oczy, by przypadkiem nie zachęcić go do zadania kolejnego pytania. Postał, pogadał, jakby jego udział w tym, co się stało, był najmniejszy. Tymczasem, zwłaszcza w pierwszej części gry, pokazał Belgom, ile brakuje im do najwyższej klasy.

Wysocy, silni obrońcy i pomocnicy po kilku zwodach i kółeczkach Messiego wpadli w panikę. Przestawali go atakować, biegając przy nim z nadzieją, że odda piłkę kolegom. Ale przy Leo jak niezdarne osiłki wyglądają prawie wszyscy. Cóż, gracze Marka Wilmotsa mieli swoje nadzieje, Eden Hazard według słów selekcjonera miał być belgijskim Messim. Po czym na boisku okazało się, że do oryginału mu tak daleko jak z Ziemi na Księżyc.

Takim przygaszonym człowiekiem poza boiskiem jest Messi. Rzuca się to w oczy tym bardziej, że jego wielbiciele, kibice "Albicelestes", są najgłośniejsi ze wszystkich na mundialu. Lubią prowokować, wywyższać się ponad innych. Przed meczem z Belgami przytargali do Brasilii gumowy kręgosłup ogromnych rozmiarów, wymachując nim i śpiewając: "Tu mamy kręgosłup Neymara". Cierpiącym katusze z powodu urazu swojej największej gwiazdy Brazylijczykom śmiali się w twarz.

Chilijczyk Alexis Sánchez wyznał w jednym z wywiadów, że jego rodacy powinni brać przykład właśnie z "Albicelestes", którzy uważają się za najlepszych na świecie, i ta niezachwiana pewność daje im potem przewagę na boisku. Ale czy stąd Messi czerpie swoją boiskową pewność siebie? No, raczej nie.

Piłkarzem jest wielkim, kilka jego zagrań w meczu z Belgami pokazało, że tacy jak on rodzą się raz na 50 lat. Dostał nawet upomnienie od arbitra za ostry faul, ale gdy schodzi z murawy, zamyka się w swoim świecie jak ślimak w muszli.

Co do pewności siebie jego rodaków, doprawdy, jest ona jednak godna podziwu. Argentyna awansowała do półfinału mistrzostw świata po raz pierwszy od 24 lat. W kraju szaleje kryzys, wieloletnia zapaść gospodarcza, a gdyby popatrzeć na tych ludzi w biało-niebieskich pasach, mogłoby się wydawać, że świat jest ich własnością. A co najmniej światowy futbol. Zachowują się tak, jakby Brazylijczykom, Niemcom czy Hiszpanom bardzo wiele do nich brakowało. A może to taka metoda na zakamuflowanie niedostatków, na stłamszenie w sobie kompleksów, tego, że od czasów Diego Maradony "Albicelestes" pierwszy raz osiągnęli na mundialu coś, co dziś można uznać za namiastkę sukcesu?

Półfinał brazylijskich mistrzostw nie byłby możliwy bez Messiego. Ale także bez Ángela Di Marii, zdobywcy zwycięskiej bramki w 1/8 finału ze Szwajcarią. W sobotę wytrwał na boisku tylko 33 minuty. Doznał kontuzji. Po meczu płakał, miał zapuchnięte oczy - jakby czuł, że tak jak Neymar już nie weźmie udziału w tych mistrzostwach. Javier Mascherano przekonywał, że wciąż ma nadzieję na powrót Di Marii, bo bez niego Argentyna będzie po prostu słabsza.

A przecież półfinał Messi, Mascherano i reszta traktują jako minimum. Narodowa duma, podsycana przez dziesiątki tysięcy fanów, którzy zjechali do Brazylii, każe graczom Alejandra Sabelli mierzyć w złoto. - Być o jeden mecz od finału i tego nie wykorzystać? To mogłoby się skończyć traumą na całe życie - przekonywał zdobywca zwycięskiej bramki Gonzalo Higuain. Było widać po nim jak na dłoni, ile pewności daje napastnikowi zdobyty gol. Higuain pokonał Thibauta Courtoisa już w 7. minucie, a potem błyszczał - patrz na indywidualną akcję, cud-minięcie Vincenta Kompany'ego i strzał w poprzeczkę - aż do czasu, gdy trener zdjął go z boiska. Nie miał nic wspólnego z Higuainem z poprzednich spotkań: apatycznym, mało ruchliwym, nieskutecznym. Forma przyszła w najważniejszym momencie. Tylko czy się utrzyma?

"El Pipita" bardzo czekał na tego pierwszego gola w mistrzostwach, nie wykonując żadnych nerwowych ruchów. Opłaciło się. Dumny ojciec, były piłkarz Jorge Higuain, który jako obrońca grał w Boca Juniors i River Plate, zadzwonił z gratulacjami. - Kiedy się patrzy na dziesiątki tysięcy Argentyńczyków na naszych meczach, to rozpiera człowieka narodowa duma. Nakręcają nas, gramy nie tylko dla siebie - mówił Higuain, z trudem panując nad wzruszeniem. Ale na bohatera kreować się nie chciał. - W drużynie jest tak, że raz jeden błyśnie, raz drugi. W tak morderczym turnieju jak mundial konieczny jest stuprocentowy wkład wszystkich.

Ale jest taki jeden w ekipie "Albicelestes", którego wkład okazuje się większy niż pozostałych. On najchętniej nie mówi jednak nic.

Do soboty Argentyna była zagadkowa jak jej największa gwiazda poza boiskiem. Należała do faworytów, ale w grupie grała przeciętnie, mimo trzech zwycięstw. Ze Szwajcarami męki trwały 118 minut, aż Messi złapał piłkę i przy wsparciu Di Marii pokonał w końcu bramkarza Benaglio. Mecz z Belgami miał być cezurą, dać odpowiedź, czy wielkie aspiracje "Albicelestes" to nie jest kwestia pychy. Okazało się, że plejada gwiazd Premier League dowodzona przez Wilmotsa to była dla Messiego i reszty tylko kolejna przeszkoda. Teraz można już być pewnym, że Argentyna gra na tym mundialu o złoto.