Najpierw ból, potem Krul

Holandia jakoś dopłynęła do półfinału z Argentyną, choć Kostaryka długo trzymała ją na mieliźnie. Trzeba było karnych, szalonego pomysłu Louisa van Gaala.
Z futbolem bywa różnie, ale show daje tutaj Holandia bez zarzutu. Z van Gaalem w roli trenera sztukmistrza. Z kolejnymi rezerwowymi, których wyciąga we właściwym czasie i wysyła, by odmienili mecze. Kto uwierzy, że już wszystkie sztuczki poznał, jest pierwszym, który się nabierze. Nawet piłkarze van Gaala nie znają wszystkich.

O tej z bramkarzem nie wiedzieli. Nawet ci z rady starszych drużyny, jak Arjen Robben i Wesley Sneijder. Nie wiedział nawet ten, który miał zostać zmieniony, Jasper Cillessen. Bronił dobrze, to on nie dopuścił do jednej z największych sensacji turnieju, broniąc pod koniec dogrywki strzał Marcosa Ureny. Ale już wtedy rozgrzany przed rzutami karnymi był Tim Krul. Jedyny, którego sztab trenerów uprzedził: jeśli będzie trzeba, wejdziesz, jesteś wyższy od Cillessena, lepszy w rzutach karnych, czekaj z rzucaniem się jak najdłużej.

Odmieniali już mecze Holandii Mephis Depay, Leroy Fer, Klaas Jan Huntelaar, za każdym razem kto inny. Teraz przyszła pora na bramkarza. Obmyślił to Frans Hoek, jeden z najlepszych na świecie trenerów bramkarzy, znajomy z polskiej kadry z czasów Leo Beenhakkera. Van Gaal mu zaufał, ufa od lat. Pracowali razem i w Barcelonie, i Bayernie. Czy powiedzieli też Krulowi, żeby prowokował Kostarykan, czy to już dodał od siebie, nie zdradzali. W każdym razie zadziałało: prowokował, czekał z rzucaniem się, i obronił dwa. Strzelali Bryan Ruiz i Michael Umana. Pierwszy - bohater Kostaryki z ataku, ten, który strzelał bramki Włochom i Grekom. Drugi - jeden z bohaterów z obrony.

Kostarykański obóz przetrwania

Po mundialu Kostaryka ma właściwie samych bohaterów, tak ich witała, gdy w niedzielę lądowali w kraju. Dzień po tym jak kolejnego rywala wciągnęli w swoją grę, choć tym razem już bez szczęśliwego zakończenia. W meczu z Holendrami interesowała ich właściwie tylko obrona. Od czasu do czasu stały fragment gry, od czasu do czasu kontratak, ale tylko bez ryzyka. Wyżywali się głównie w tym, by Holandię wyhamować przy atakach, Arjena Robbena w każdy możliwy sposób pozbawić piłki. Nie pozwolić rywalom grać tak, jak ich van Gaal na ten turniej wymyślił: być przy piłce tylko wtedy, kiedy to konieczne i kiedy akurat rywal zmienia ustawienie.

Kostaryka z piłki zrezygnowała, pilnowała ustawienia. Wiedząc, że im dłużej będzie 0:0, tym rywale będą się bardziej niecierpliwić, ryzykować, może da się ich wtedy zaskoczyć. Trener Jorge Luis Pinto to maniak zajęć z obrony, robi czasem sesje trwające po trzy godziny, piłkarski obóz przetrwania. Bryan Ruiz mówił po meczu w wywiadzie dla Sport.pl, że czasem trudno dotrwać do końca, ale warto. Bo tak Kostaryka wyrzuciła z turnieju Włochów, Anglików i Greków. Mądrą współpracą w obronie, dobrymi kontratakami i czekaniem, co zrobi Keylor Navas. W meczu z Holandią znów bronił genialnie. Nie dał się pokonać aż do karnych. Nie zatrzymał żadnego strzału, choć był blisko.

Odrabianie pańszczyzny

W takim meczu Holendrzy mogli tylko stracić. Po jednej stronie byli oni, trzykrotni finaliści mistrzostw świata, z Arjenem Robbenem w nieziemskiej formie, z ligą, w której grało lub gra nadal aż 32 piłkarzy z ćwierćfinałów, również Kostarykanie z Ruizem na czele. Po drugiej - kraj, który na cały profesjonalny futbol wydaje ledwie kilka milionów dolarów rocznie, sukcesy zbudował na szkoleniu młodzieży i na tym, że piłkarze chcą się dla reprezentacji poświęcać. - Naszą siłą było to, jaką grupę stworzyliśmy, jak potrafiliśmy się o siebie troszczyć na tym turnieju. Chcieliśmy, żeby świat się trochę zdziwił. I zdziwił się prawda? Przyjeżdżaliśmy jako najsłabsza drużyna turnieju, po cichu. Opuszczamy turniej głównym wyjściem - mówił nam Ruiz.

Takie bajki kibice lubią. Im bliżej było końca meczu, tym mniej było na stadionie w Salvadorze oklasków dla Holendrów. Zostali na koniec ze swoimi kibicami, ci bezstronni pocieszali Kostarykę. Holandia niby atakowała od początku do końca, ale przez długi czas to było odrabianie pańszczyzny, a bardziej ofensywne ustawienie, z trzema piłkarzami z przodu, wcale nie sprawiło, że Holandia była bliżej strzelenia gola. Strzelała często, ale z nie tak dobrze przygotowanych sytuacji jak wcześniej, to też ułatwiało zadanie Navasowi. Słabiej grał Robin van Persie, Depay w podstawowym składzie był mniej groźny jako rezerwowy. Arjen Robben fruwał jak zwykle, rywale musieli go zatrzymywać faulami, zbierając żółte kartki - za rzadko, Junior Diaz nie powinien dokończyć meczu - ale był chwilami aż nazbyt bohaterski, grał zbyt indywidualnie. W nowym ustawieniu, wymuszonym kontuzją Nigela de Jonga, zyskał Wesley Sneijder, grał bliżej obrońców, miał więcej miejsca, wreszcie podawał z rozmachem, mógł strzelić dwa gole z rzutów wolnych. Ale drużyna bez de Jonga jednak sporo traci.

Feta tylko dla mistrzów

Tortury z Kostaryką przetrwała. Znów dzięki rezerwowemu; zresztą asystent van Gaala Patrick Kluivert, świętujący w sobotę awans w podziemiach stadionu, też był kiedyś takim superrezerwowym, który rozstrzygnął finał Ligi Mistrzów, dając puchar Ajaksowi Amsterdam. Oczywiście z van Gaalem jako trenerem. Już czekamy, co Holendrzy wymyślą, by w półfinale zatrzymać Leo Messiego. Może to będzie dla nich wbrew pozorom łatwiejszy mecz niż z Kostaryką, jak dla Niemców łatwiejszy był z Francją niż Algierią. Jeśli będzie trzeba kolejny raz oddać piłkę i żywić się błędami rywala, van Gaal się nie zawaha. Liczy się tylko tytuł. Już postanowione, że feta po powrocie do Holandii będzie tylko dla mistrzów, sam awans do finału, jak cztery lata temu, nie wystarczy. Jedyny mecz, jaki Holandia z Argentyną przegrała, był 36 lat temu w finale mundialu - podtekstów jest aż dość. Nie zapominając o tym, że oprócz Krula Holandia ma też króla. Willema Alexandra. I ten król ma żonę Argentynkę.