Holandia - Meksyk. Przegrać po meksykańsku

Czy postawa drużyny piłkarskiej może świadczyć o charakterze narodu, który reprezentuje? Spójrzmy na porażkę kadry Meksyku
Do 88. minuty meczu z Holandią Meksykanie byli w ćwierćfinale brazylijskiego mundialu. Dla nich to wielki sukces, reprezentacja 120-milionowego kraju osiągnęła ten poziom tylko dwa razy, na mistrzostwach w 1970 i 1986 r., gdy była gospodarzem. Poza tym regularnie przegrywa w 1/8 finału. Przez ostatnie dwie dekady docierała tam zawsze i ani razu nie udało jej się przebrnąć dalej. Szósty raz też się nie powiodło. Dwie minuty przed końcem pomarańczowi wyrównali, a w doliczonym czasie zdobyli zwycięską bramkę z karnego. Skoro takie dramatyczne sytuacje w meksykańskiej piłce powtarzają się przez dwie dekady, trudno je uznać za przypadek.

Pewnego rodzaju katastrofizm wpisany jest w mentalność Meksykanów jako cecha narodów indiańskich, które podczas konkwisty podbili Hiszpanie. Każda historyczna, indiańska epoka w Meksyku kończyła się katastrofą. Toteż władca aztecki Montezuma w chwili przybycia konkwistadorów z Hiszpanii łatwo uwierzył, że jego czas dobiega końca. Symboliczna jest scena, w której Montezuma wysłał przywódcy Hiszpanów Hernánowi Cortésowi poczęstunek normalnie ofiarowywany bogom. To pokazywało paradoks tamtego przedziwnego spotkania dwóch światów. Europejczycy po podbiciu Meksyku jeszcze dziesiątki lat debatowali, czy Indian w ogóle można uznać za istoty ludzkie, tymczasem Indianie traktowali przybyszów jak coś lepszego.

Jest jeszcze kolejna istotna historia z tamtych czasów. Naród Metysów, czyli dzisiejszy Meksyk, powstał ze związków między dokonującymi podboju Hiszpanami a indiańskimi kobietami. Najsłynniejsza była para, jaką stworzył Cortés z indiańską księżniczką Malinche. Została jego niewolnicą, tłumaczką i przewodniczką w czasie podboju. Od tamtej pory ślepą i nieuzasadnioną fascynację innością nazywa się w Meksyku "malinchismo". Malinchismo jest postawą dość powszechną, do dziś przejawiającą się pogardą dla tego, co własne, i przesadnym podziwem dla tego, co obce. Niebieskie oczy, biała skóra i blond włosy nie tylko w Meksyku, ale również w całej Ameryce Łacińskiej są synonimem wyższego statusu.

Siłą rzeczy ta krótka wycieczka w przeszłość Meksyku jest uproszczona. Tak jak uproszczeniem jest twierdzenie, że piłkarze przejawiają na boisku cechy narodu, który reprezentują. Cztery lata temu na mundialu w RPA skompromitowała się reprezentacja Francji. Nie chodziło wyłącznie o porażkę, ale przede wszystkim o otwartą wrogość między piłkarzami i trenerem. Powstały wtedy teorie, że kadra jest metaforą Francji, kraju imigrantów, który nie umiał osiągnąć jedności. Teoria była pociągająca, bo akurat w tamtej chwili fakty zdawały się ją potwierdzać, ale czy przez cztery lata do dziś Francja stała się innym krajem? Czy innym krajem była w 1998 roku, gdy piłkarze zdobywali mistrzostwo świata?

Zapewne więc także w przypadku drużyny meksykańskiej poszukiwanie przyczyn porażki lub nawet serii porażek w historii i charakterze narodowym Meksykanów jest ryzykowne. Skąd się jednak bierze ta przykra dla nich seria? Przecież ten kraj mógłby być w Ameryce Łacińskiej trzecią futbolową potęgą po Brazylii i Argentynie. 120 mln mieszkańców to ogromny potencjał. Liga meksykańska jest tak bogata, że piłkarze nie muszą wyjeżdżać do Europy. To działa zresztą na ich niekorzyść, bo najsilniejsze rozgrywki klubowe są na Starym Kontynencie. Tkwiąc z daleka od nich, piłkarz odrzuca szansę rozwoju. Z 23 piłkarzy powołanych na mundial przez Miguela Herrerę tylko ośmiu gra w ligach europejskich. Reszta wystarczająco dobrze zarabia w Meksyku.

Dlaczego taki kraj tkwi w futbolowym Trzecim Świecie? Dlaczego od 20 lat kadra Meksyku nie zrobiła kroku do przodu na mistrzostwach świata, mimo że jest to dla kraju sprawa wagi państwowej? Na mundial w Brazylii Meksykanie zakwalifikowali się przez baraże, bo eliminacje przegrali z USA, Kostaryką i Hondurasem. Tymczasem w znacznie trudniejszych kwalifikacjach w strefie europejskiej Holandia oddała rywalom zaledwie 2 pkt.

W gąszczu pytań i tłumaczeń, dlaczego Meksykanom znów się nie udało, a Holandia w ciągu kilku minut zamieniła porażkę w triumf, jedno wydaje się oczywiste - zespół stworzony przez Louisa van Gaala nie przejawia klasycznych cech narodowych Holendrów. Gracze z tego kraju przez lata uchodzili za lekkoduchów, ekscentryków i artystów, którzy stawiali radość z gry ponad wynik. Czytałem kiedyś wywiad z pewną holenderską psycholog tłumaczącą, że jej rodacy wolą piękne porażki od brzydkich zwycięstw. Nie mówię, że drużyna van Gaala gra brzydko, ale na pewno sukces stawia na pierwszym miejscu. Czego nie może jej wybaczyć najsłynniejszy piłkarz w historii tamtejszej piłki Johan Cruyff. Jego zdaniem van Gaal zdradził to, co uchodzi za holenderską filozofię gry. Nie daruje mu, nawet gdy wróci z Pucharem Świata.