Mistrzostwa świata w piłce nożnej. Wilkowicz z Brazylii: Katastrofy nie będzie

To już taka nowa tradycja: wróżyć katastrofy gospodarzom mundiali i igrzysk. Dobrze się to sprzedaje, tylko gdy turniej ruszy, trochę wstyd.
Poniedziałek. Jest coraz więcej znaków na niebie i ziemi, że końca świata nie będzie. Brazylijczycy się uparli, żeby się bawić, a nie protestować. Skończyły się strajki w metrze w Sao Paulo i na lotnisku w Rio. Na demonstracje przychodzą garstki ludzi. Na trybunach tłumy. Na Copacabanie dzień w dzień oglądają mecze setki tysięcy ludzi z całego świata, zmęczeni zasypiają w piasku. Futbol - doskonały. Metro lśni. Miało być chociaż kiepskie boisko w Manaus, ale Włosi i Anglicy zagrali tak, że nikt o trawę nie pytał.

Wtorek. Lotnisko w Sao Paulo. W hali przylotów i odlotów wielkie ekrany. Trwa mecz Brazylia - Meksyk, zostały już tylko miejsca stojące. Reprezentacja gospodarzy była, w przeciwieństwie do stadionów i lotnisk, budowana bez poślizgu, tylko efekt na razie mizerny. To, co puszczono na żywioł, jakoś lepiej Brazylii wyszło. Może, jeśli gospodarze szybko odpadną, prezydent Dilma Rousseff nie wygra jesiennych wyborów. Dla polityków nie ma na tym mundialu litości. Prezydent Rousseff, która była obrażana podczas meczu otwarcia, zastanawia się, czy nie zrezygnować z udziału w dekoracji zwycięzców. Futbol bez polityków wygłaszających mowy i wręczających trofea... Straszne.

Środa. Maracana, mecz Hiszpania - Chile. Wreszcie jest jakaś namiastka katastrofy: do biura prasowego przedziera się ponad setka chilijskich kibiców, którzy nie mieli biletów i tą drogą chcieli się przedrzeć na trybuny. - Zrobiliśmy ludzką lawinę, żeby wejść na mecz - tłumaczy mi spokojnie jeden z nich. Bez nerwów. Latynoamerykańska norma.

Czwartek. Urugwaj wygrywa z Anglią i Sao Paulo jest błękitne od urug-wajskich kibiców. Euforię robi zdjęcie grupki Kolumbijczyków trzymających transparent z napisem: "Córeczko, sprzedaj dom, awansowaliśmy do drugiej rundy". To nie jest turniej Brazylii, to jest turniej całej Ameryki Południowej. Po smutnym mundialu w RPA, na który Europejczycy nie dojechali, bo się bali, a sąsiedzi z Afryki - bo ich nie było stać, mamy mundial tłumów, zabawy do rana.

Piątek. Sao Paulo budzi się po wieczorze protestów i kolejnego święta w Vila Madalena, czyli artystycznej dzielnicy, która podczas turnieju jest tym, czym Copacabana dla Rio. Kibice podpadli mieszkańcom Vila Madalena, bo załatwiają się gdzie popadnie. Demonstranci - zebrało się ponad tysiąc osób - wybili kilka szyb w bankach i salonach samochodowych. To ma nie być ich ostatnie słowo. Niechaj żywi nie tracą nadziei.