Sport.pl

MŚ 2014. Urugwaj - Anglia. Boże, chroń Suareza

Urugwaj z Luisem Suarezem okazał się inną drużyną. Dwa gole superstrzelca dały zespołowi Oscara Tabareza zwycięstwo nad Anglią 2:1. Pierwszy gol Wayne'a Rooneya na mundialu nie zapewnił wyspiarzom nawet punktu.


Kiedy 19-letni Luis Suarez wyjeżdżał do Groningen w 2006 roku, nawet jego agent nie wierzył, że zrobi tak oszałamiającą karierę. Nie miał ani bajecznej techniki, ani szybkości, ani warunków fizycznych. Miał jednak coś, co w 3,5-milionowym Urugwaju jest powszechne - determinację, by wdrapać się wysoko, choćby natura temu przesadnie nie pomagała. Suarez uczył się gry na ulicy, gdzie bywało, że chłopcy walczyli wręcz. Taki został, potrafił ugryźć lub obrazić rywala, wywołując skandale, ale ta zawziętość okazała się przepustką do wielkości. Rok po przeprowadzce do Holandii Ajax Amsterdam dał za niego 7,5 mln euro, cztery lata później Liverpool wydał 26,5 mln, tymczasem starający się o Urugwajczyka Real Madryt musiałby zapłacić około 80 mln euro.



Nikt nie zna Suareza lepiej niż fani na Wyspach, gdzie zdobył w tym sezonie 31 goli dla Liverpoolu, zostając królem strzelców Premier League i najlepszym graczem w lidze. - Wiele razy mówiłem, że to geniusz - mówił kapitan Anglików Steven Gerrard, co brzmiało przed meczem jak ostrzeżenie. Kiedy po sezonie Urugwajczyk poddał się operacji łękotki, cały kraj drżał o to, czy zdąży wrócić na mundial. W pierwszym, przegranym meczu z Kostaryką nie grał. Ostatnio trener Oscar Tabarez mówił, że trenuje normalnie, ale wysiłek na zajęciach nie jest tak ekstremalny jak podczas gry o przetrwanie na mundialu. Snajper Liverpoolu wracał, by postraszyć Anglików, a także dodać pewności i animuszu swoim kolegom. Obawiać się było można, czy po kontuzji będzie sobą, czy raczej pozostanie mu wspomnienie niedawnej formy. W 38. min nie było wątpliwości; do tego by wykorzystać wspaniałe podanie od Edisona Cavaniego i pokonać Joego Harta strzałem głową, Suarez jest zdolny zawsze. Tak jak uratować drużynie zwycięstwo w 85. min akcją wręcz prostacką. Muslera wykopał piłkę, Cavani ją przedłużył głową, a Suarez wpakował do siatki i dopiero potem zszedł z kontuzją.

Tyle samo co o Suarezie dyskutowano ostatnio o Rooneyu, który na jednym z treningów po porażce z Italią ćwiczył z rezerwowymi, z czego prasa na Wyspach wyciągnęła mylny wniosek, że popadł w niełaskę Roya Hodgsona. Jest inaczej, zagrał od początku, zdobył nawet swoją pierwszą bramkę na trzecim mundialu, ale była ona tylko honorowa. Rooney zmarnował dwie szanse, w 32. min po jego strzale głową piłka trafiła w słupek, a w 50. min, będąc sam przed Muslerą, trafił w niego. Kariera Rooneya na szczyt była inna niż Suareza. On urodził się w ojczyźnie futbolu, więc z miejsca został okrzyknięty geniuszem, kandydatem na białego Pelego. Z biegiem lat jest od tego coraz dalej. Dziś popadł w przeciętność i nic dziwnego, że z tej przeciętności nie jest w stanie wyciągnąć reprezentacji Anglii.

Urugwaj wyczekiwał na Suareza i się go doczekał. Oscar Tabarez przypuszczał, że z Kostaryką drużyna poradzi sobie bez najlepszego strzelca i mocno się rozczarował. Ten zespół od lat nie sprawił większego zawodu swojemu trenerowi. Jeszcze przed inauguracją mundialu, gdy rozmawialiśmy z trenerem Sunderlandu Urugwajczykiem Gustavo Poyetem, przekonywał, że gra rodaków zbudowana jest na fundamencie solidnej obrony. Tymczasem przeciw drużynie z Ameryki Środkowej, która miała być zgnieciona niczym śrubka w trybach trzech wielkich rywali grupy śmierci, defensywa się Tabarezowi rozsypała. Personalnie z Anglią miało być jeszcze trudniej, bo stoper i kapitan Diego Lugano doznał urazu i nie grał. Ale z Suarezem na boisku nawet obrońcy czuli się lepiej.

Pracujący w Premier League Poyet życzył Anglikom porażki z Włochami, uważając, że zmusi ich ona do walki o zwycięstwo z jego rodakami, tymczasem mimo iż życzenie się spełniło, porażka Urusów z Kostaryką wymusiła na nich grę o zwycięstwo w meczu. Tylko tak można było przetrwać. I Urugwaj przetrwał. Choć awansu pewny nie jest, choć musi zdobyć punkty z Włochami, ale wrócił do gry.

Futbol "żywi" się legendami, czasem tak pokrętnymi jak ta, która dała urugwajskim piłkarzom przydomek "Charrua", pochodzący od zamieszkujących terytorium kraju Indian, dzielnych wojowników, z którymi jednak Suarez, Cavani czy Diego Forlan mają zdecydowanie mniej wspólnego niż z tymi, którzy ich podbijali. Jedną z największych legend w historii mundiali jest Maracanazo, czyli triumf Urugwajczyków nad Brazylią w meczu o złoto 1950 roku. Nie ma to wiele wspólnego ze współczesnością, ale wśród kibiców "Celestes" ciągnących na stadion Itaquerao byli tacy, którzy mieli koszulki upamiętniające tamten historyczny drugi tytuł mistrza świata. 64 lata temu Urugwaj był w piłce potęgą, dziś zalicza się do najlepszych od czasu do czasu. Właśnie to pokolenie symbolizowane przez Forlana i Suareza dało kibicom w zaledwie 3,5-milionowym kraju półfinał MŚ 2010, a także aktualny do dziś tytuł najlepszej drużyny Ameryki Płd. wywalczony w Argentynie na oczach Leo Messiego i Neymara. Sen trwa także na mundialu w Brazylii. Anglicy i Rooney pozostają bez punktu.

Vanessa Huppenkothen - największa meksykańska gwiazda mundialu [ZDJĘCIA]


Więcej o: