Sport.pl

Droga na mundial. Dlaczego kibicuję afrykańskim drużynom, czyli lato mojego szaleństwa

Gdyby ktoś zapytał mnie o pierwsze piłkarskie wspomnienie, opowiedziałbym mu o boisku z drzewem na środku i bramkach z kamieni, na którym jako czterolatek strzelałem swoje pierwsze bramki. Ale prawdziwie świadome zainteresowanie futbolem przyszło cztery lata później i znam nawet konkretną datę. Wszystko zaczęło się 8 czerwca 1990 roku od meczu Kamerunu z Argentyną - pisze dziennikarz Sport.pl Piotr Kalisz.


Tekst powstał w ramach "Tygodnia Afrykańskiego" projektu "Continental - Droga na Mundial"

Pamiętam to doskonale, siedziałem w małym pokoju i włączyłem telewizor. Komentator (Dariusz Szpakowski?) powiedział właśnie, że rozpoczynają się mistrzostwa świata. Nie miałem pojęcia, że to tak ważny dzień, babcia musiała mi wyjaśnić co jest grane. Słyszałem wcześniej o Maradonie (ojciec kiedyś poszedł do sąsiadów "oglądać Maradonę"), ale nigdy nie widziałem podobnej drużyny do Kamerunu. Swoją wiedzę o futbolu czerpałem z plakatów na ścianie u ciotecznego brata. FC Koeln z Andrzejem Rudym i reprezentacja Brazylii z małym chłopcem, którego chciałem naśladować. Był w moim wieku, a grał w reprezentacji. Nie wiedziałem, że on wcale w niej nie grał, tylko pozował z piłkarzami do zdjęcia.

Trudno nadążyć za umysłem małego dziecka. Chłopiec w reprezentacji Brazylii był dla mnie czymś normalnym i akceptowalnym. A Kamerun? Jacy oni byli dziwni i śmieszni! Czarnoskórzy piłkarze, w kolorowych strojach. No po prostu nie mogli wygrać tego meczu z Maradoną! A jednak wygrali.

Jeden z moich kolegów, młodszy o rok, wspomina, że wyszedł po tym meczu na balkon i popłakał się. Nie mógł zrozumieć, że mistrzowie świata przegrywają z Kamerunem. Jak to w ogóle możliwe? - tego umysł dziecka nie był w stanie pojąć. Jego ówczesny światopogląd runął.

Choć jeszcze nie znaliśmy się, uczyliśmy się wtedy jednocześnie, że w futbolu, jak i w życiu, wszystko jest możliwe.

Po tym meczu oszalałem na punkcie piłki nożnej. Obejrzałem wszystkie spotkania mistrzostw, brat nauczył mnie robić kapsle (z papieru robiło się okrągłe koszulki z nazwiskiem, wyjmowało się z kapsla gumkę, zawijało razem z koszulką w przezroczystą folię i z powrotem wkładało do kapsla) i rozgrywałem swoje mecze piłką ze sreberka. Kiedy grałem Kamerunem najwięcej bramek strzelałem oczywiście Rogerem Millą, który zrobił we Włoszech furorę. Facet starszy od mojego ojca zdobywał gola za golem i jeszcze tańczył po bramkach. To było szaleństwo.

Po mundialu każdy chciał mieć "Rogery" - trampkokorki z podpisem Milli, które ktoś wypuścił na polski rynek. Na moim podwórku miał je co drugi chłopak (podobnie zresztą jak piłkę z pizzerii z podpisem Pelego). A jak ktoś puścił "szmatę" wołaliśmy na niego Higuita. Tak nazywał się kolumbijski bramkarz, który w meczu 1/8 finału wyszedł z bramki i zaczął się kiwać z Millą, a ten mu zabrał piłkę i strzelił gola.

Dziś widzę dążenie afrykańskich drużyn do ekstremum. Pal licho, że wyróżniają się strojami, fryzurami, wesołym celebrowaniem goli, one przede wszystkim skupiają na sobie mundialowe skrajności. Z Afryki pochodzi najstarszy piłkarz i strzelec gola (Milla), ale i najmłodszy uczestnik eliminacji (13-letni Souleymane Mamam z Togo). Zespół z Afryki stracił najwięcej goli w meczu (Zair przegrał 0:9 z Jugosławią), ale też drużyna ze Starego Kontynentu straciła najmniej goli w historii (Angola - dwie bramki). To, że Afrykańczycy nie wpisywali się w ramy, tylko je wyznaczali, musi fascynować.

I wtedy już mnie fascynowało, ale byłem tylko grzecznym chłopcem i wzory czerpałem skąd indziej. Do dziś żałuję, że w ćwierćfinale kibicowałem nie Kamerunowi, tylko Anglii ("Synowie Albionu" wygrali 3:2 po dogrywce). Musiałem, bo tam był Gary Lineker, wspaniały piłkarz, który w życiu kartki nie dostał (a drużyny afrykańskie dostają ich średnio najwięcej). Po prostu wzór grzeczności i... normalności. Brat i ojciec pukali się w czoło, kiedy cieszyłem się z goli Anglików.

Dopiero później zrozumiałem, że ten cały Lineker był jednak trochę nudny. Ani nie tańczył po bramkach, ani nie miał fantazyjnej fryzury, ani nie mijał przeciwników przerzutem piłki nad głową (a robił to nieustannie mój inny wielki piłkarski idol Nigeryjczyk Jay-Jay Okocha).

Dlatego ten tekst mógłby równie dobrze nosić inny tytuł - pochwała szaleństwa. Szaleństwa będącego przeciwieństwem absolutnej grzeczności. Pochwała odwagi do wyróżniania się, nadawania kolorytu, wszczepiania w zastany porządek elementy inności.

W tym afrykańscy piłkarze zawsze byli mistrzami świata. Choć pucharów za to nie dają.

Korzystasz z Gmaila? Zobacz, co dla Ciebie przygotowaliśmy

Więcej o: