MŚ 2014. Piłkarze na każdy wulkan, czyli islandzka bajka z morałem

Mają mniej mieszkańców niż Lublin, mają półamatorski futbol, w bramce stawiają reżysera reklam. A od mundialu dzielą ich już tylko dwa mecze barażowe z Chorwacją. Islandczycy nie liczą na cuda. Oni cuda planują
Marzyli o Grecji, wylosowali Chorwację (pozostałe pary baraży to Portugalia - Szwecja, Ukraina - Francja i Grecja - Rumunia, mecze 15 i 19 listopada), ale wiary w awans nie tracą. Wiedzą, że może już nigdy nie znajdą się tak blisko mundialu i że żadnemu rywalowi nie będzie się grało łatwo w Reykjaviku w listopadzie, gdy ściśnie mróz. Są o krok od ustanowienia rekordu, który pewnie przetrwa dziesięciolecia: najmniejszym krajem na mundialu był do tej pory półtoramilionowy Trynidad i Tobago. Islandia nawet przy nim wygląda na karła, z 320 tysiącami mieszkańców jest między Maltą a Andorą. Państwo utworzone przez wszystkich zarejestrowanych w Polsce zawodników (według danych FIFA ponad 650 tysięcy) byłoby na papierze dużo potężniejsze. Ale my się od tygodni grzebiemy w kolejnych klęskach i przerosło nas nawet dostanie się do baraży. A im baraże już nie wystarczają.

Lagerbaeck, Islandczyk roku

- Po awansie z drugiego miejsca do baraży zapytałem każdego piłkarza z osobna, czy jest świadomy, że właśnie przeszedł do historii. Odpowiadali mi z lodowatymi minami, że niczego jeszcze nie osiągnęli. Ta kadra ma coś, czego nie miała żadna przed nią: nawyk wygrywania. Tak, trafiła nam się w eliminacjach słaba grupa ze Szwajcarią, Słowenią, Norwegią, Albanią, Cyprem. Ale właśnie dlatego ludzie w federacji i piłkarze powiedzieli sobie: to jest ten moment, wykorzystajmy prezent od losu, nauczmy się wygrywać, czas na zmianę - mówi Sport.pl Hans Heinar Bjarnason, komentujący mecze reprezentacji w islandzkiej telewizji publicznej RUV.

Tą najgłośniejszą zmianą było zatrudnienie trenera z zagranicy, pierwszego od 20 lat i pierwszego z naprawdę wielkim nazwiskiem. Larsa Lagerbaecka, może największego w futbolu specjalistę od przechodzenia przez eliminacje, bo Szwecję kwalifikował do pięciu wielkich turniejów z rzędu. Ale choć Lagerbaeck dziś jest bohaterem, kandydatem na Islandczyka roku, choć islandzkiego się jeszcze nie nauczył, i opowiada o swojej pracy na wyspie jak o bajce, to był tylko - i aż - ostatnim brakującym elementem układanki. Najpierw musiał się zmienić system szkolenia, musieli dorosnąć krajowi trenerzy gotowi do ciągłej nauki, trzeba było poczekać na pierwsze w tym kraju pokolenie gwiazd piłki. Wcześniej trafiały się Islandczykom tylko gwiazdy osamotnione. I nawet jeśli to były gwiazdy grające w Chelsea czy Barcelonie, jak Eidur Gudjohnsen, nic nie poradziły bez wsparcia. Teraz 35-letni już Gudjohnsen, a raczej Eidur, bo na Islandii imiona są ważniejsze od nazwisk, ma obok siebie młodych piłkarzy przyzwyczajonych do wielkich meczów, mających miejsca w składach dobrych klubów. Gylfi Sigurdsson gra w Tottenhamie, Aron Gunnarson w Cardiff, Alfred Finbogasson jest liderem strzelców w Holandii, a Kolbeinn Sigthorsson jednym z najważniejszych piłkarzy Ajaksu. I symbolem obecnej reprezentacji: piłkarzem o czterech płucach, napastnikiem zawsze pamiętającym, by pomagać też obrońcom.

Futbol pod dachem

Jak to się stało, że Islandczycy wyhodowali sukces tam, gdzie wyrosnąć nie miał prawa? W małym kraju z fatalnym klimatem, bez piłkarskich tradycji, z ligą, w której się zarabia mniej niż w naszej drugiej, gdzie okres przygotowawczy jest najdłuższy na świecie, bo trwa siedem miesięcy, a sezon tylko pięć? Zaczęło się od tamtejszych orlików. A właściwie orłów: gigantycznych hal z pełnowymiarowymi boiskami, które mniej więcej 20 lat temu zaczęły sobie fundować największe islandzkie miasta. Powstało takich hal siedem. Pomogły rozwiązać najważniejszy problem islandzkiej piłki: wymuszoną przerwę od listopada do kwietnia, gdy wiatr i zimno nie dają grać. Teraz Islandia ma właściwie dwa sezony. Zwykły, letni, i zimowy, podczas którego przygotowujące się do ligi drużyny grają pod dachem w mniejszych i większych turniejach, pucharach. A hale są jednocześnie centrami szkolenia młodzieży. - Te hale tętnią życiem w jesienne i zimowe miesiące, a przy takim systemie organizacji rozgrywek trudno przeoczyć jakiś talent. Federacja stworzyła program szkolenia, każdy, kto się wyróżnia, od razu trafia do dobrego fachowca, a potem jest prowadzony krok po kroku, coraz wyżej - mówi Hans Heinar Bjarnason.

Trener dentysta

- Gdy pracowałem w islandzkich klubach, wszyscy piłkarze przychodzili na treningi po całym dniu pracy. Miałem w drużynie np. operatora dźwigu, który z budowy pędził prosto na trening. Jakbym go jeszcze zapędził do robienia siły, biegania, to by pewnie na następny trening nie przyszedł. Więc trzeba było się dostosowywać do rzeczywistości. Futbol to była zabawa. A teraz jest sposobem na karierę, bo dzieciaki widzą takich jak Gudjohnsen i wszystko zrobią, żeby im się w futbolu udało. Mogą liczyć na trenerów, których do kształcenia się zagonił szef szkolenia tamtejszego związku. Jakieś 10 lat temu zarządził, że licencje trenerskie mają robić w najlepszych zagranicznych szkołach, np. w angielskiej w Lilleshall. Tylko takie licencje uznawał - mówi Sport.pl Rafał Ulatowski, który pracował na Islandii w latach 2000-2004, prowadząc m.in. Trottur Reykjavik.

Kiedyś szczytem marzeń piłkarza z Islandii było wyrwanie się z krajowej ligi, w której i dziś w najlepszych klubach zarabia się średnio nie więcej niż równowartość 12-13 tysięcy złotych miesięcznie (niewiele przy tutejszym poziomie cen), do Norwegii, gdzie można było dostać kilka czy kilkanaście razy więcej. Dziś skauci z całej Europy kaperują już islandzkich nastolatków. Jest w mocnych ligach moda na islandzką młodzież, dobrze radzą sobie reprezentacje U-17 i U-19, a U-21 szła ostatnio w eliminacjach od zwycięstwa do zwycięstwa, pokonała ją dopiero Francja kilka dni temu. Poprzednia młodzieżówka grała przed dwoma laty w finałach mistrzostw Europy i dziś jej piłkarze są filarami kadry. Filarami świetnie opłacanymi w klubach, ale duch półamatorstwa zupełnie z reprezentacji nie zniknął. Bramkarz Hannes Halldorson z KR Reykjavik dorabia jako reżyser filmów reklamowych, zresztą jeden z najbardziej cenionych na wyspie. Asystent Lagerbaecka Heimir Hallgrimson pracuje jako dentysta. A gdy Islandia leciała na mecz eliminacyjny z Cyprem, to nie żadnym czarterem, tylko z przesiadką w Londynie i sześcioma godzinami czekania na lotnisku.

Piłkarze na każdy wulkan

Lagerbaeck dostaje na Islandii równowartość ok. 1,5 mln zł rocznej pensji, inne źródła piszą, że z premiami może zarobić nawet 2,5 mln. Ale to dużo mniej, niż Szwed dostawał jako trener Nigerii na mundialu 2010 (nieudanym), a pensję ma niższą, niż miał u nas Waldemar Fornalik (1,8 mln). - On tu przyszedł odbudować się po nieudanej pracy w Nigerii, a wcześniej porażce ze Szwecją w eliminacjach MŚ 2010. Mógł wybrać wielkie pieniądze gdzie indziej, wybrał pracę z utalentowaną grupą. Przyszedł sam. Takie było jego życzenie, żeby mieć islandzkich współpracowników. Nie zna naszego języka, ale perfekcyjnie mówi po angielsku. Przylatuje na Islandię wykonać zadanie, mieszka nadal w Sztokholmie i w szwedzkiej telewizji jest ekspertem od Ligi Mistrzów - mówi Bjarnanson.

Jeśli Islandia awansuje na mundial, umowa z trenerem zostanie automatycznie przedłużona do turnieju. Ale nawet jeśli nie awansuje, strony raczej nie będą chciały się rozstać. - Mam tu piłkarzy, z którymi można wejść na każdy wulkan. Kiedy przyszedłem w 2012, kilku z nich siedziało na ławkach w swoich klubach. A teraz dla tych klubów strzelają bramki - mówi Lagerbaeck. Pracuje tu bez wielkiej presji, ma świetny kontakt z mediami. Już na pierwszym spotkaniu w sprawie pracy zapowiedział, że celem jest awans o 50 miejsc w rankingu FIFA i miejsce w barażach.

Jak poskromić Zlatana

Nie wymyślił na Islandii nic rewolucyjnego. Jest niereformowalnym wyznawcą ustawienia 4-4-2, każdą swoją drużynę wtłaczał i wtłacza dalej w ten schemat, pilnując dyscypliny taktycznej. Na Islandii o ofensywę nie musiał się martwić, skupiał się na uszczelnianiu obrony, uczeniu pomocników dobrych nawyków w obronie, ćwiczeniu tego mecz po meczu, nie zważając na początkowe porażki w sparingach. - On się z tym 4-4-2 nigdy nie rozstanie, jest zakochany w Brazylii z mundialu 1994, i w Dundze jako kimś w rodzaju libero w pomocy, ubezpieczającego trójkę pomocników. Na tamtym mundialu był jako analityk szwedzkiej kadry, rozkładał na czynniki pierwsze właśnie mecze Brazylii, poznał wtedy Carlosa Alberto Parreirę, z którym się przyjaźnią do dziś. A nasza kadra najlepiej grała wtedy, gdy Lagerbaeck znalazł szwedzkiego Dungę i ustawiał w jego roli Tobiasa Linderotha - opowiadają Sport.pl Robert Laul i Karl Karlsson, dziennikarze "Aftonbladet". W dzisiejszym Lagerbaecku z trudem rozpoznają tego trenera, którego szwedzka publika uważała za nudziarza, który wojował z mediami.

- Pracował z naszą kadrą ponad 10 lat. To normalne, że pewne impulsy przestały działać, ciągle dostawaliśmy się na turnieje - aż do porażki w eliminacjach MŚ 2010 - ale wypadaliśmy w nich coraz gorzej. Jeśli go jednak krytykowaliśmy, to głównie za jego zachowanie na konferencjach prasowych i medialne wojny, nie za futbol. Zna się na rzeczy, jest sprytny, umie wyciskać dobre wyniki. I panować nad gwiazdami. Kiedyś Zlatana Ibrahimovicia, Olofa Mellberga i Christiana Willhelmsona, trzech liderów kadry, wyrzucił ze zgrupowania, bo poszli w miasto. Tych trzech rozbijało kadrę swoim zachowaniem, byli jak rozbrykane dzieci z ostatniego rzędu w autobusie czy ostatniej ławki. A on im pokazał, kto jest szefem. Zlatan się obraził i zapowiedział, że do kadry nie wróci. Ale wrócił, na warunkach trenera - mówi Robert Laul.

- Może jest w sprawach taktycznych przewidywalny, ale jest dobrym zarządcą talentu. Lubi pracę z gwiazdami. Nie zostawiłby Roberta Lewandowskiego bez drugiego napastnika, wiedziałby, jak takiemu piłkarzowi pomóc stać się liderem również w kadrze - mówi Karl Karlsson. Ale nawet w Szwecji już wiedzą, że my taką pomocą nie jesteśmy zainteresowani.