Minister sportu: Zwariowałem na punkcie roweru

Kolarstwo poprzez swoich mistrzów wyciąga Polaków z domu, zachęca ich do ruchu. To piękna dyscyplina, piękny sport. Jestem zbudowany, ile osób trenuje, próbuje się odchudzać lub po prostu dojeżdża do pracy - mówi Tomasz Półgrabski

Przemysław Iwańczyk: Czym pan przyjechał dziś do ministerstwa?

Tomasz Półgrabski: Samochodem, ale już spieszę z wyjaśnieniem, dlaczego nie rowerem. Otóż u nas w pracy nie ma prysznica, a ja przecież uwiązany jestem w garniturze, na spotkaniach muszę jakoś wyglądać i być świeży. Gdyby były odpowiednie warunki, gwarantuję, że poruszałbym się na dwóch kółkach.

Ale po pracy jest pan ponoć zapalonym rowerzystą. To prawda?

- Jestem prosportowy w ogóle, otwarty na wszystkie dyscypliny. Jestem tenisistą, wcześniej pływałem, a bieganie trochę mnie nuży i teraz rzeczywiście rower stał się moim konikiem. Mam swoją ulubioną trasę - z domu na Sadybie wyjeżdżam nad Wisłę i wzdłuż niej kręcę szutrowymi wałami w kierunku Konstancina aż do Góry Kalwarii. Ja naprawdę zwariowałem na punkcie roweru, dla mnie to coś niesamowitego. Oglądam wyścigi, kiedy tylko mogę, no i sam wsiadam na rower, kiedy tylko mogę. Ostatnio poprosiłem kolegę, by sprowadził mi z USA specjalny bagażnik do auta. Zamierzam zabierać sprzęt na każdy weekend, bo w tygodniu z czasem bywa różnie. I ministra Adama Giersza też nakręciłem. Widzę często, jak przemieszcza się rowerem między ministerialnymi budynkami.

Przejdźmy do liczb. Ile kilometrów dziennie pan przejeżdża?

- Wykręcam między 100 a 250 tygodniowo, najczęściej w piątek, sobotę i niedzielę, choć chciałbym być wariatem, który jeździ codziennie. Mówiłem już, że trochę trudno mi w tygodniu znaleźć czas. Przychodzę około 20-21 do domu, mam dwójkę małych dzieci, z którymi też chcę spędzić czas. No ale czasem namówię żonę, że je wykąpię, a ona nakarmi i położy spać. W tym czasie zaliczam jakąś rundkę przed nocą, parę kilometrów wzdłuż Wisły uda się przejechać.

No ale skoro mnie pan o kilometry pyta, to ponad stówkę dziennie przejadę spokojnie. I wcale nie jestem zmęczony, co zawdzięczam w miarę regularnemu treningowi. Z rowerem jest tak naprawdę tylko jeden problem - na tenisa umawiam się na 22, kiedy już spełnię wszystkie obowiązki, gram półtorej godziny i wracam. A pojeździć przecież o tej porze nie wyjdę - jest ciemno, niebezpiecznie.

Właśnie, jako rowerzysta nie boi pan o swoje bezpieczeństwo?

- Boję się, zwłaszcza tirowców wariatów, którzy nie zważają na nic, tym bardziej na rowerzystów. Mam jakiś uraz, zwłaszcza kiedy w Spale spotkałem naszego byłego kolarza Mieczysława Nowickiego rehabilitującego się po starciu z przyczepą jakiejś ciężarówki. Unikam mocno uczęszczanych dróg, wolę miejsca, gdzie nie ma ruchu. Rowerzyści nie są bezpieczni, mówię wprost. Mam jednak nadzieję, że ich warunki będą się poprawiać.

Wsiada pan na rower i...

- ...myślę, odświeżam się, nabieram dystansu do wszystkiego. Lasy, drzewa, wszystko, co mijam, działa jakoś tak fajnie, że mogę wtedy ułożyć sobie plan dnia, zastanowić się nad pracą, codziennymi problemami, decyzjami, jakie mam podjąć. Rowerowej przejażdżki z wielu powodów nie można więc uznać za czas stracony.

Co najlepszego pan wymyślił na tym rowerze?

- Wymyśliłem i już sprzedałem pomysł ministrowi środowiska, ale jeszcze nie zdążyłem go przekonać. Jest przecież fundusz środowiska, mamy bardzo dużo pieniędzy ze sprzedaży bogatym państwom wysoko uprzemysłowionym praw do emisji gazów. Zmówmy się z samorządami, niech każdy da po 50 proc. i budujmy z tej puli rowerowe ścieżki. Marzy mi się sieć takich ścieżek zwłaszcza na południu, by można było połączyć niektóre górskie szlaki. Przyduszę ministra, może go przekonam, bo to przecież dla turystyki i sportu strzał w dziesiątkę.

Jakiego rowerowego wyzwania chce się pan podjąć?

- Gdyby udało mi się przygotować do tego w tym roku, wystartuję w maratonach rowerowych organizowanych przez Cezarego Zamanę. Chciałbym poczuć smak tej rywalizacji, zmierzyć się z zawodowcami bądź takimi, co to zawodowcami się czują. Wystartuję dwa, trzy razy, zobaczę, w którym miejscu jestem, i może w kolejnym sezonie rozpocznę ściganie na dobre.

Przy okazji muszę się do czegoś przyznać, za co dostałem od rodziców niezłe wciry. Otóż pod Ostrowcem Świętokrzyskim, w Opatowie, jest klasztor na całkiem wysokiej Górze Opatowskiej. Kiedy byłem dzieciakiem, gdzieś urządziliśmy tam z kolegami wyścigi na kolarkach z bardzo stromym, wymagającym podjazdem. Tam i z powrotem do Ostrowca. Nie wiem, czy był to dobry pomysł, bo ruch tam jest naprawdę duży, ciężarówki przejeżdżają co rusz. Kiedy wszystko wyszło na jaw, była z tego niezła awantura, a ja wcale nie zająłem dobrego miejsca.

W duchu marzy mi się trening z Mają Włoszczowską, ale nieco się wstydzę, bo gdyby mi odjechała, byłaby heca... Zawsze się zastanawiam, jak mężczyźni wyglądają na tle wyczynowych kobiet kolarek np. na odcinku 100 km. Czy zostawiłyby mnie w tyle, czy nie. Teraz nie chcę im przeszkadzać w treningach, ale może po mistrzostwach świata znajdzie czas, by w ramach roztrenowania zabrała mnie gdzieś grupa Andrzeja Piątka.

O akcji "Polska na rowery" pan słyszał?

- Pewnie, superpomysł, gratuluję. Rowery w Polsce stały się pierwszym sportem ludzi, którzy nie są wyczynowcami. Mam wrażenie, że Polacy chyba bardziej wolą kręcić, niż biegać. Ja na pewno. Infrastruktura może nie jest jeszcze najlepsza, ale rower jest powszechnie dostępny - wsiadasz i jedziesz. Jeżdżąc po Warszawie, jestem zbudowany, ile osób trenuje, próbuje się odchudzać lub po prostu dojeżdża do pracy.

Jadę kiedyś, wyprzedza mnie dwóch starszych panów na kolarkach, poubieranych jak zawodowcy. Myślę sobie: dam radę, nawet na rowerze górskim. Gonię ich, a oni jeszcze szybciej, ja naciskam, oni jeszcze bardziej. Okazało się, że przejechaliśmy ponad 20 km. To jest właśnie w rowerze najfajniejsze. Będę zachęcał każdego, by spróbował swoich sił. Chcemy jako ministerstwo zrobić kampanię promującą sport i zapewniam, że o rowerach nie zapomnę.

A jako minister sportu nie żałuje pan, że jeździ tylu Polaków, a przyszłych mistrzów tego sportu jest jak na lekarstwo?

- Pewnie, że żałuję. Staramy się, jak możemy, ja szczególnie angażuję się w sprawy upadającego Polskiego Związku Kolarskiego. Za chwilę mamy kolejne spotkanie, marzy mi się, by związek wyszedł na prostą, zależy mi cholernie, by Polska produkowała bohaterów światowych peletonów, nie tylko pomocników zagranicznych gwiazd. Kolarstwo poprzez swoich mistrzów wyciąga Polaków z domu, zachęca ich do ruchu. To piękna dyscyplina, piękny sport. Na punkcie rowerów naprawdę można zwariować.

Rozmawiał Przemysław Iwańczyk

*Tomasz Półgrabski - ma 38 lat, mieszka w Warszawie. Ukończył warszawską AWF, jest doktorem z zakresu psychologii. W rządzie Donalda Tuska pełni funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Sportu i Turystyki. Jest wiceministrem sportu.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.