San Francisco też stawia na rower

Wiele z miast w USA to komunikacyjny koszmar. Wielopasmowe ulice jednokierunkowe, zapchane korkami od rana do nocy. Hałas, smród i olbrzymie suburbia, bo centrum nie nadaje się do życia. Na szczęście także tam dociera rowerowa rewolucja.
 

Cele, jakie postawiło sobie San Francisco są ambitne. Dwadzieścia procent udział ruchu rowerowego robi wrażenie. Zwłaszcza, że miasto chce to osiągnąć w zaledwie 10 lat.

Podobnie ambitne są plany rozbudowy infrastruktury rowerowej. 3 mile (około 5 km) spójnej trasy rowerowej przez samo centrum miasta (do końca 2011 roku), 25 mil (40 km) tras do końca 2015 oraz 100 mil (160 km) do końca 2020 roku. W porównaniu z tym, co realizują nasze miasta, brzmi to wręcz niewiarygodnie.

Podobnie budująco brzmią zapewnienia, że infrastruktura ta będzie mogła służyć każdemu - od lat 8 do 80. Będzie wygodna, bezpieczna i wygodna, a jednocześnie szybka. Ponieważ w centrum San Francisco nie ma miejsca na nowe drogi, trasy rowerowe powstaną głównie dzięki zmniejszeniu szerokości obecnych jezdni.

A przecież wszystko dzieje się w Stanach - w państwie, w którym dominacja samochodu jest zakorzeniona od wielu lat, transport miejski kuleje, a przy wielu ulicach nie ma nawet chodników. Rower długo był tam postrzegany wyłącznie jako narzędzie do rekreacji i "ćwiczeń. Amerykanie nie szli "pojeździć" na rowerze, oni "trenowali".

Dlaczego taka drastyczna zmiana następuje akurat w San Francisco? To właśnie przez to miasto po raz pierwszy w historii przejechała Masa Krytyczna. Rowerzyści od dawna walczyli tu o swoje miejsce w przestrzeni i prawo do bardziej przyjaznej infrastruktury. Wygląda, że walka ta w końcu przyniesie rezultaty.

Rafał Muszczynko

Więcej o: