Dzienniki Holenderskie: Holenderskie mapy należy traktować z odpowiednią rezerwą

Mapy to nie rzeczywistość, tylko umowne, dwuwymiarowe przybliżenie. Mam wrażenie jednak, że umowność map holenderskich jest bardziej umowna, niż gdzie indziej.

I nie chodzi o to, że holenderskim mapom brakuje im precyzji. To raczej holenderskiej rzeczywistości brakuje prostoty.

W Polsce jest łatwo - jest jezdnia, ma pasy, obok jezdni chodnik i ewentualnie wciśnięta odrobina kostki bauma w roli ścieżki rowerowej i zimowej przechowalni śniegu z jezdni. Taką arterię łatwo przedstawić na mapie, zwłaszcza, jeśli można zignorować drogi dla rowerów i chodniki. Bo przecież piesi i rowerzyści nie potrzebują map, co najwyżej spacerowniki.

A w Holandii... Bójcie się Boga, drodzy Holendrzy. Zresztą przejedźmy się kawałek.

Powiedzmy, że umówiliśmy się z koleżanką w centrum, a mieszkamy na przedmieściach. Jedziemy oczywiście rowerem, no bo co?

Zaczynamy na fietspadzie, czyli drodze dla rowerów. Fietspad jest szeroki, dwukierunkowy i pod górę (Holandia jest płaska, to prawda, ale czasem trzeba wjechać na wał przeciwpowodziowy) i na razie nie krzyżuje się z innymi fietspadami, co w dalszej części wycieczki będzie zdarzać się zbyt często. Jedziemy kawałek, gdy WTEM (uwaga, będę nadużywał słowa WTEM w tym tekście) fietspad zmienia się ciąg pieszo-rowerowy, ale zanim zdążymy się do tego przyzwyczaić WTEM wjeżdżamy na jednokierunkową jezdnię, oczywiście pod prąd, oczywiście zgodnie z przepisami, bo tu można.

Za rondem, po chwilach grozy - jak to na rondzie, gdy próbujemy zrozumieć, o co chodzi - znowu trafiamy na fietspad, ale nie wolno nam się zdekoncentrować, bo WTEM łączy się on z drogą dla samochodów w niespotykanej w Polsce kombinacji, na którą składa się jeden dwukierunkowy (!) pas samochodowy na środku i dwa jednokierunkowe pasy rowerowe po bokach.

Na trzech kolejnych skrzyżowaniach znajdujemy dosłownie kilkunastometrowe wydzielone kawałki dla dróg dla rowerów z wysokimi krawężnikami po obu stronach, które jednak urywają się co chwila, lub rozdzielają na dwoje, tak by choć na moment oddzielić rowerzystów od skuterów i motocykli.

Potem przez park. Tu jest w miarę łatwo, choć czasem trudno odróżnić chodnik od drogi rowerowej. Droga rowerowa to zwykle ta z lepszym asfaltem.

Przed wielkim finałem czeka nas jeszcze jazda po bruku drogą samochodową, biegnącą równolegle do innej drogi samochodowej. Obie drogi jednokierunkowe, obie prowadzą w tym samym kierunku.

A potem WTEM jest plac w Centrum Miasta - pięć miejskich ulic zbiega się w jednym miejscu, tuż nad kanałem, razem z trzema ciągami tramwajowymi i skomplikowaną siecią dróg dla rowerów. Próbujemy ogarnąć to najpierw umysłem, potem wyobraźnią ale za każdym razem nie dajemy rady. W końcu sytuacja nas przerasta, zsiadamy z roweru i przechodzimy na drugą stronę - placu i kanału - prowadząc sprzęt, przejściami dla pieszych. Holendrzy patrzą na nas dziwnie. Robimy krzywą minę - że niby kontuzja.

Mina nie pomaga, jest nam wstyd, ale tłumaczymy sobie, że Holendrzy do jazdy po takich miejscach przyzwyczajają się od małego. Zresztą przy przechodzeniu spotykamy co najmniej trzy rowery z dziećmi na pokładzie.

Podsumowując: nie ma takiej mapy, która oddałaby w rozsądnym choć przybliżeniu przeplatające się holenderskie strumienie miejskiego ruchu - rowerowe, samochodowe, zbiorkomowe i piesze. I przede wszystkim mentalne.

Na spotkaniu z koleżanką dociera do nas, ile razy pojechaliśmy niezgodnie z przepisami - nie dlatego, że kontestujemy zachodni porządek prawny, ale dlatego, że bywamy w tej skomplikowanej rzeczywistości drogowej po prostu zagubieni.

Po chwili dociera do nas, że ani razu nie znaleźliśmy się w niebezpiecznej sytuacji i ani razu żaden kierowca na nas nie zatrąbił.

Bohdan Pękacki

Przyjechałem na dwa miesiące do Holandii. Dostałem rower od kolegi, więc piszę - Dzienniki Holenderskie to mikrozbiorek mikroimpresji z kraju, po którym przyjemnie się jeździ.

Więcej o: