Z dziennika rowerzysty miejskiego: Rower kształtuje świadomość

Mój rowerowy świat się zmienił. Po pierwszym dniu myślałem "Za krótko, żeby coś powiedzieć". Po pierwszym tygodniu - "Zbieg okoliczności...". Ale po miesiącu nie mam już prawie wątpliwości: Wraz ze zmianą roweru zmieniło się nastawienie do mnie innych uczestników ruchu. Na gorsze.

Do tej pory jeździłem po Warszawie na Słoniu - szarym i ciężkim rowerze trekkingowym, z bagażnikiem, błotnikami, dużą sakwą na kierownicy i kilkoma innymi miejskimi atrybutami.

Miesiąc temu do Słonia dokupiłem używaną kolarkę z kierownicą typu baranek - szybką jak strzała, lekką jak piórko (dość ciężkie piórko, ale piórko) i smukłą jak Scarlett O'Hara.

Od tamtej pory jeżdżę prawdopodobnie nieco szybciej, ale tymi samymi trasami, tym samym stylem, z tym samym niskim, choć nie zerowym poziomem road rage'u. Tak samo często zdarza mi się łamać przepisy, bywam tak samo niegrzeczny wobec kierowców, tak samo często daję dowody niezwykle dobrego wychowania wobec pieszych, tak samo często uśmiecham się do ludzi. Jestem tym samym rowerzystą - tylko z innym rowerem.

I teraz: nie wyobrażacie sobie, jaką ilością przekleństw, złych słów i spojrzeń jestem od miesiąca goniony! W środku dnia ściga mnie okrzyk "I jedzie taki bandyta bez świateł!" (lampki, choć małe, mam także przy kolarce), albo po chodniku o szerokości kilu metrów goni jogger  ze staropolskim pozdrowieniem "K...!". Kierowcy autobusów przycinają do krawężników, żebym broń Boże się tam nie zmieścił, liczba samochodów mijających mnie o centymetry wzrosła kilkukrotnie. Firmy naprawiające zużyte klaksony w Warszawie, od kiedy przesiadłem się na kolarkę prawdopodobnie zwiększyły obroty o kilka procent.

Zastanawiam się nad tym fenomenem i do głowy przychodzą mi dwa możliwe wytłumaczenia:

Po pierwsze - i naprawdę dopuszczam taką możliwość - być może tylko wydaje mi się, że jeżdżę tak samo. Przykład: na Słoniu jeździłem wyprostowany, teraz jeżdzę pochylony, więc prawdopodobnie mniej widzę - a w związku z tym częściej narażam się współuczestnikom ruchu.

A może nawet - uchowaj! - stało się ze mna to, co czasem dzieje się z panami lat około czterdziestu pięciu, którzy kupują sobie sportowe samochody i szaleją po ulicach, przekonani o własnej klasie i stylu, którym wydaje się, że wszyscy patrzą na nich z podziwem i zazdrością, co sprawia, że przestają się liczyć z innymi.

Po drugie - a może to właściciele różnych szosówek, rowerowi drapieżnicy w miejskiej dżungli, cykliczni piraci, jeżdżący na granicy bezpieczeństwa, a nierzadko i poza nią - może oni wszyscy zrobili mi złą reklamę? Może zachodzi w kierowcach takie skojarzenie - kolarka znaczy pirat? I trzeba mu od razu pokazać, gdzie jego miejsce, tak na wszelki wypadek?

W Los Angeles gangi rozpoznają się po kolorach, a ktoś, kto nieopatrznie założy czerwoną czapkę w niebieskiej dzielnicy, naraża się na poważne niebezpieczeństwo. Może - zachowując proporcje - zadziałał podobny mechanizm, gdy przesiadając się ze Słonia na kolarkę uzbroiłem się w oręż powszechnie używany w wojnie, z której skali nie zdawałem sobie sprawy?

Jednak żadne z tych wytłumaczeń mnie nie przekonuje. Czy ktoś mi to może wyjaśnić? Macie jakiś pomysł?

Bohdan Pękacki

Do poczytania także - DZIENNIK ROWERZYSTY MIEJSKIEGO:

Co robi miejski rowerzysta w weekend

Aria na strunie G

Jak kupić używany rower i nie osiwieć

"Dziennik rowerzysty miejskiego" to rubryka, w której opisujemy nasze codzienne rowerowanie. Chcesz podzielić się jakąś niezwykłą rowerową przygodą, która Cię spotkała, albo opowiedzieć zwykłą rowerową historię, jakich dziesiątki spotykają nas każdego dnia? Chcesz napisać własny odcinek "Dziennika rowerzysty"? Napisz na adres rowery@agora.pl.

Więcej o: