Bobkowski 2010: Pola ryżowe i corrida

Jedziemy na Pustynię Camargue. To właśnie tutaj siedemdziesiąt lat temu nocuje Bobkowski ze swoim towarzyszem podróży Tadziem w drodze do Martigue. W Szkicach piórkiem o tym miejscu jedynie drobna wzmianka, więc wyobraźnia nam pracuje. Okazuje się, że to bardziej pustkowie niż pustynia. Ale po kolei...

Więcej o wyprawie: www.bobkowski2010.pl

Ruszamy z Aigues-Mortes, miasta obronnego z czasów krzyżowców. Mury oraz średniowieczne zabudowania w centrum zachowały się prawie w całości. Oglądamy pomnik Ludwika Świętego i siadamy w barze, by wypić mrożoną kawę przed drogą.

Kierujemy się na Stes Maries de La Mer. Przed nami kraina corridy. Po drodze zauważamy białe konie oraz zagrody z bykami. Młode uganiają się beztrosko za przysiadającymi na trawie mewami. Niech się cieszą, póki mogą. Szansy na długowieczność raczej nie mają. W okolicznych miejscowościach plakaty informujące o walkach byków oraz festiwalu koni. I reklamy zachęcające do kupienia befsztyka z byka.

Po drode - niespodzianka: obok tradycyjnie wpisanych w krajobraz południa winnic, pojawiają się również pola ryżowe. W przydrożnych straganach z lokalnymi przysmakami pracuje sporo Azjatów. Kolonialna przeszłość Francji nie daje o sobie zapomnieć.

Zjeżdżamy w boczną drogę prowadzącą w kierunku Bac du Sauvage (dzikie jezioro). Okazuje się, że mamy tylko 35 minut, by zdążyć na ostatni tego dnia prom. Nerwy są niepotrzebne, bo dojeżdżamy z dużym zapasem. Przeprawa jest darmowa i trwa zaledwie kilka minut. Z promu można korzystać codziennie. W wakacje co 30 minut w godz. 6.30 - 20. W międzyczasie obowiązkowa przerwa na lunch.

Odjeżdżamy myśląc z zazdrością o przyjemnej pracy przewoźnika. Przed nami jeszcze 7 km. Im bliżej jesteśmy, tym coraz wyraźniej widzimy górującą nad miastem sylwetkę jasnego kościoła. Przez swoje centralne usytuowanie z daleka wydaje się dużo większy niż z bliska. Świątynia Notre-Dame jest miejscem pielgrzymek Romów z całej Europy. Nad wejściem do kościoła zauważamy symbol serca wpisany w krzyż i kotwicę. W środku można obejrzeć posąg czarnej Madonny ubranej w suknię bogato wyszywaną złotą nicią. Także posąg św. Sary, patronki Romów, jest ubrany w kolorowe szaty, przypominające stroje Cyganek.

Samo miasto niestety nie jest rajem dla rowerzystów. W części deptakowej w samym centrum dwaj policjanci każą nam zejść z rowerów. Wokół prawie żadnych specerowiczów, ale prawo to prawo. Nie wiemy, co przeskrobali tu kiedyś cykliści, ale postrzegani są tu wyraźnie jako zagrożenie. O ścieżkach rowerowych można zapomnieć. Tutaj na chodnikach maluje się sylwetki pieszych.

Szukamy miejsca na kolację. Omijamy różowe parasole i sobowtórów Gipsy Kings. Bądźmy szczerzy: miasteczko jest esencją kiczu. Dominują trzy symbole - byki, koń i flamingi - które pojawiają się w przeróżnych formach. Są więc plataky, pomniki i neony. Nad drzwiamy można gdzieniegdzie dojrzeć wypolerowane czaszki z porożami.

W końcu naszą uwagę przykuwa restauracje, gdzie - jak czytamy na tablicy - serwują wołowinę z Polski i kawę z Gwatemali. Kiedy białe wino dostajemy w kieliszkach z wizerunkiem świętego Andrzeja, wiemy już, że o żadnej pomyłce nie może być mowy! Chowany na polskiej wołowinie Andrzej Bobkowski po kilku latach we Francji wyjechał do Ameryki Południowej i osiadł właśnie w Gwatemali, gdzie zajął się popularyzacją modelarstwa. Kochamy takie zbiegi okoliczności.

Pora na nocleg. Jedziemy kilka kilometrów w poszukiwaniu piaszczystej plaży wolnej od komarów. Od ukąszeń jednak się nie uwolnimy. Miasteczko otaczają jeziora i tereny podmokłe, więc chcąc nie chcąc musimy pogodzić się z losem. Zajmujemy przypisane nam miejsce w łańcuchu pokarmowym. Odważniejsi decydują się na nocną kąpiel w morzu. Woda jest wspaniała, odbija się w niej wschodzący właśnie księżyc, którego pełnia dopiero co minęła. Zasypiamy w śpiworach nad brzegiem morza.

Budzimy się około godziny piątej rano. Chcemy dojechać do Arles jak najwcześniej, aby uniknąć palącego słońca. Nasze przyjaciółki komarzyce zachęcają nas bzyczeniem do zwielokrotnienia wysiłków przy pakowaniu. W miasteczku trafiamy jakimś cudem na otwartą kawiarnię, gdzie zgadzają się przyrządzić nam kawę. Pijemy przy barze i ruszamy dalej.

Przed nami 37 kilometrów oraz najprzyjemniejsza część tej wycieczki. Wjeżdżamy do rezerwatu. Jesteśmy jedynymi ludźmi na drodze. Wokół setki ptaków: czapli i flamingów. Podobnie jak my dopiero się obudziły i spokojnie, nie zwracając na nas uwagi, brodzą po wojnie. Dodajmy do tego różową (oczywiście!) poświatę nieba i mamy widoki jak wpierwszych sekundach czołówki Miami Vice.

Droga do Arles jest bardzo prosta - trudno się zgubić. Po drodze niestety nie ma jak się zatrzymać, bo na każdym postoju w sekundę obsiadają nas meszki. Cały czas czujemy się jak czyjś posiłek. Ale i tak stajemy, by robić zdjęcia. Znowu pola ryżowe i siwe konie ganiające się po pustyych polach...

Borys Martela, Joanna Podolska, Stefan Brajter

Blog wyprawy

''Polska na rowery'' jest patronem medialnym wyprawy.

Trasa rowerowa 570621 - powered by Bikemap

Więcej o: