Przed 108. klasykiem Paryż - Roubaix: Nie skończyłem na bruku

Kto przetrwał, wie, jak prawdziwe są słowa: nie ma rzeczy niemożliwych. Jak ważne jest programowanie samego siebie. Że nie można dać za wygraną odrętwiałym rękom, zwatowiałym nogom, poobcieranym stopom i obolałym pośladkom. Że prawdziwi mistrzowie wyłaniają się z błota i kurzu - Przemek Iwańczyk, dziennikarz "Gazet Wyborczej" opisuje swoje doświadczenia z trasy morderczego wyścigu "po bruku".

Po przejechaniu 240 km nic już nie jest takie samo. Nie pamiętasz zbyt wiele, ale zmysły wyostrzają się tak, że barwy są intensywniejsze, powietrze bardziej rześkie, a woda smakuje jak gęsty, malinowy sok. Ponad osiem godzin na twardym siodełku wydają się okamgnieniem, w pamięci zostają tylko szczegóły, można odtworzyć fakturę każdej z milionów kostek brukowych, które wcześniej znikały pod kołami w niesamowitym tempie. Adrenalina się nie podnosi - po prostu kipi. 240 km? Dałbym radę i następne 500. Tu, zaraz, teraz.

W buzujące endorfiny po aż takiej harówie nie wierzę. Każdy fizjolog powie, że człowiek poddany takiemu wysiłkowi nie może być w ekstazie - organizm jest zbyt wycieńczony. Coś jednak pozwala przenosić nawet największe góry. Nikt spośród tych, którzy przetrwali, nie jest w stanie wytłumaczyć tajemnicy, jak to się stało.

Pielgrzymka

Christian Prudhomme, dyrektor Tour de France, opowiada o "pielgrzymce wielbicieli ciężkiej pracy, wyścigu ostatecznym dla wybranych, zdolnych przekraczać własne granice". Włoch Franco Ballerini zginął dwa miesiące temu w samochodowej kraksie. Kiedy mknął po swoje pierwsze zwycięstwo w 1995 roku, czuł się jak błogosławiony jeździec. "Jak Jezus chodziłem po wodzie" - wystrzelił do kamer, schodząc z podium.

W niedzielę komentatorzy Eurosportu kilka razy powiedzą: "Piekło Północy". O 14.30, kiedy rozpoczną relację ze 108. edycji Paryż - Roubaix, kolarze będą prawdopodobnie na Arenberg, 18. sekcji kocich łbów, najgorszym odcinku 259-kilometrowej trasy, którego wystające kamory pamiętają XVIII wiek. Zrobiłem to, mimo że regularnie jeżdżę na rowerze od półtora roku.

Radzili mi: napisz ten tekst od razu, na świeżo oddasz wszystko najlepiej. Nie byłem w stanie. Intelektualnie powaliłby mnie absolwent zerówki, fizycznie - nie dałby rady nawet Pudzianowski.

Dokładnie tydzień po tym szaleństwie, po raz pierwszy spojrzałem na mapę. Na tle całej Francji odcinek Paryż - Roubaix to ledwie fragmencik, na rowerze - świat drogi. Dopiero po kilku dniach można zebrać myśli, odtworzyć wszystko krok po kroku. Przekonać się, że dokonało się czegoś wielkiego, uznać prawdziwość słów: nie ma rzeczy niemożliwych.

Drużyna

Kto wymyślił, że kolarstwo to sport indywidualny? Czy trzeba takiej gehenny, by dowiedzieć się, że to najbardziej zespołowy ze wszystkich sportów? Wsiadając na rower, unosząc go później na mecie w geście triumfu, wchodząc na podium, jesteś tak naprawdę wycinkiem, podsumowaniem, ledwie laurką zastępu ludzi, którzy na ciebie pracują. Ważni są wszyscy. Masażysta, który wstaje o czwartej nad ranem, by przygotować napoje i odżywki. Serwismen, który ślęczy pół nocy, by dobrać najlepsze opony i kasetę z przełożeniami. Koleżanka z drużyny, która na trasie krzyknie: "Dawaj, dawaj!". Wreszcie trener, który wie, jak wzmóc motywację dwoma prostymi zdaniami.

Trasy z Paryża do Roubaix, najbardziej znanego i morderczego klasyka kolarskiego, nie przejedziesz sam. Musisz stać się częścią zespołu. Do grupy Andrzeja Piątka, która wspierając naszą akcję "Polska na rowery", bez wahania podjęła wyzwanie, dołączyłem kilka tygodni przed startem. Ze wszystkimi przywilejami, ale też surowymi regułami, którym trzeba poddać się w tak wymagającym sporcie. Od rozpiski treningowej, której niezrealizowanie od A do Z grozi gniewem "Coacha" [tak nazywają Piątka w grupie], po najprostsze rzeczy - skarpety w tym samym kolorze, co wszyscy, jednakowe ubranie na śniadaniu i kolejność zamawiania dań w restauracji. Swój porządek ma nawet ustawienie rowerów na rozgrzewce - pierwszy jest zawsze Mai Włoszczowskiej, wicemistrzyni olimpijskiej, drugi - Magdaleny Sadłeckiej, trzeci - Aleksandry Dawidowicz. Dopiero dalej stają kolejni.

Oczywiście można od tych reguł uciec, bo nikt nikomu uwagi nie zwróci, nikt nikogo nie pilnuje. Można zostać w knajpie do późnej nocy, zamówić kolejne wino, balować bez opamiętania do rana. Ale to droga w jedną stronę. Jeśli następnego ranka nie zrobisz tego, co zostało ustalone, nie dasz z siebie wszystkiego, będzie to twój ostatni raz.

Golenie

Ostatnia kolacja przed Paryż - Roubaix skończyła się krótko po 22. Właściwie o tej porze należało już wypoczywać. Kolarki, które miały w planach przejechać około 100 km najbardziej wymagającego fragmentu trasy, były w łóżku o przyzwoitej porze. Mnie i trenera Piątka, z którym miałem pokonać cały dystans, zatrzymało do drugiej w nocy przygotowanie kolejnego odcinka z cyklu "Polska na rowery". Wtedy też dowiedziałem się, że już na wstępie złamałem fundamentalną zasadę. - W kolarstwie nie ma miejsca dla sierściuchów - usłyszałem. Nie wiecie, co to znaczy? Krem, maszynka jednorazowa... Wprawny ruch ręki kolarza pozwala mu ogolić nogi najwyżej w kwadrans. Mnie, przy niezbyt bujnym owłosieniu, zajęło to godzinę. Z ranami ciętymi, z wielką obawą, co powiedzą koledzy z pracy. - Martw się lepiej o to, co powie masażysta - uspokajał "Coach". - A on nie przyjmie cię na masaż z włosami na ciele i w bieliźnie. Na jego łóżko wchodzi się tylko w ręczniku, z nogą gładką jak aksamit.

Względy higieniczne to jedno, ale po obejrzeniu internetowych filmików z podparyskich bruków wiedziałem już, po co to wszystko. Rozharatane kolana, helikoptery zgarniające rannych z trasy, obrazki jak z linii frontu, pola najkrwawszych europejskich bitew. Masochistyczna rzeź, w której bez przerwy uderzasz żebrami o kierownicę, a niekiedy trafiasz na tabun kolarzy kłębiących się w rowerowym żelastwie. Przewracasz się i tak jak oni usiłujesz wstać, poskładać sprzęt do kupy, jechać dalej. Wszystko na drodze szerokości pięciu metrów, na których specjalne komisje liczą i mierzą każdy kamień. By trasa była jak najtrudniejsza, by fraza "Piekło Północy" nawet na chwilę nie stała się pustosłowiem. Rany, bez których tego klasyku nie przejedziesz, bez włosów goją się łatwiej.

Rower

Choćbyś miał najlepszy rower świata, bez treningu kilkuset kilometrów nie pokonasz. Choćbyś miał w nogach setki godzin przygotowań, na trasie Paryż - Roubaix bez odpowiedniego sprzętu nie dasz rady. Nad moim Scottem CR1 podrasowanym na najbardziej wymagające wyścigi Grzegorz Dziadowiec pracował kilka dni. Składał, rozkładał, dobierał, ważył, dokonał analizy i korekty ustawienia pozycji w systemie Retul 3D. Na aluminiowe obręcze wybrał w końcu szersze i wyższe opony modelu Pave, których zielony kolor automatycznie kojarzy się z kostką brukową. Na Paryż - Roubaix zakłada się także specjalną owijkę żelową, bez której nawet najbardziej wytrawny kolarz nie utrzymałby kierownicy. Rower ważył około 7 kg.

Pierwsze kilometry prowadzące po równiutkich jak stół, płaskich drogach pokonujesz z uśmiechem, choć zaczynasz zastanawiać się, jak wiele już przejechałeś. Po jednej trzeciej drogi odliczasz każdy ruch korbą, każdy zakręt, każdy metr przejechanej drogi. Nie podbudowuje nawet informacja, że pierwsze trzy godziny pokonaliśmy ze średnią prędkością ponad 30 km/godz., i to mimo paskudnego wiatru, który rzadko jest sprzymierzeńcem kolarzy.

Wpadając na pierwszy odcinek brukowany, wiedziałem już, o co w Paryż - Roubaix chodzi naprawdę. Że trzymam w ręku rower, a nie kilkudziesięciokilogramową maszynę budowlaną wyrównującą ziemię przed ułożeniem przydomowego podjazdu. Nie wiadomo, czy lepiej stać na pedałach, czy usiąść na siodełku. Tyłek boli jak diabli, mimo że został zabezpieczony kilogramami specjalnych maści. Nogi też, zresztą w każdym wariancie wszystko wewnątrz trzęsie się i rwie tak samo.

Pod gardłem czułem wątrobę oraz piątą kanapkę i czwartego batonika energetycznego, które trzeba wciągać co pół godziny. Do tego płyny. Kęs za kęsem, bidon za bidonem, w sumie ponad sześć litrów na ośmiogodzinnej trasie. Jeśli poczujesz się głodny lub spragniony, to jest twój koniec. Za chwilę odetnie ci prąd, zrobi się ciemno przed oczami, skapitulujesz.

Wsparcie

Skapitulujesz również, kiedy nie dostaniesz pomocy od grupy. Zbawieniem był dla mnie widok dołączających do nas kolarek, tym bardziej że chyba żadna z nich nie spodziewała się, że dotrwam do 110. km. Kolejna setka z nimi była frajdą, mimo że drogi wiodły przez coraz bardziej wymagające sekcje brukowe. Zapłaciłem na nich utratą bidonu i coraz większymi otarciami na stopach. Okazało się, że buty ścisnąłem zbyt mocno. Znów pomoc masażysty, znów refleksja, jak mało w kolarstwie znaczysz sam.

Na płaskich odcinkach dostawałem lekcje wsparcia. To było programowanie, że po półmetku poddać się nie wolno, że człowiek zdolny jest do wszystkiego. Przypomniał mi się również zakład trenera, który postawił dziesięć butelek markowego Bordeaux, że nie przejadę Paryż - Roubaix bez długich przerw i solidnego obiadu. Zrobił to celowo, tak jak celowo przypominał, że prawie nikt z jego grupy nie stawiał na mnie, że w ogóle dam radę pokonać ten dystans. Robił to po to, by wzbudzić we mnie jeszcze większą determinację, choć sam pewnie wierzył, że damy radę pokonać cały wyścig, mimo że jego program przygotowawczy zrealizowałem najwyżej w 60 procentach.

Dziewczyny wróciły z trasy po 190. kilometrze. Coś, co przynosi szczęście od Mai Włoszczowskiej, dwa siarczyste, mobilizujące zdania od Oli Dawidowicz miały wystarczyć na najbardziej kryzysowy odcinek. Chęci pozostały, ale pogoda nie ułatwiała zadania. Po trzyminutowej przerwie ruszyliśmy z trenerem dokładnie w momencie, kiedy lunął deszcz. Pokryta dotąd kurzem kostka stała się lodowiskiem, na którym jeden nieodpowiedni ruch powodował katastrofę. Gubiąc na chwilę trasę, ominęliśmy dwie pętle, które skróciły dystans o około 18 km, ale najgorsze i tak zaliczyliśmy. To wtedy miałem dość najbardziej, to wtedy tętno skakało pod 190 uderzeń na minutę, to wtedy trafiły nam się najbardziej wymagające podjazdy. Wtedy właśnie przełamałem barierę, po której mogłem krzyknąć: Mogę wszystko!

Chris Boardman, brytyjski mistrz świata w jeździe indywidualnej na czas, wyzwania podjąć nie chciał: "To jest cyrk, nie chcę być jednym z klaunów" - mówił w jednym z wywiadów. Dla mnie ostatnie kilkanaście kilometrów było frajdą. W świecącym słońcu, ze świadomością, że każdy może na rowerze wszystko, wreszcie na mecie stadionu w Roubaix, gdzie kolarze finiszują do 1896 roku. Byliśmy rześcy, wypoczęci, gotowi do kolejnych wyzwań.

W niedzielę z podparyskiego Compi?gne wystartuje 13 zawodowych ekip. Ruszą około 10.50, na metę Velodromu wpadną około 17.30. Do ostatnich metrów faworyci będą walczyć o zwycięstwo, wszyscy o to, by pokonać samego siebie.

Przemysław Iwańczyk, "Gazeta Wyborcza"

Z zegarka trenera Piątka:

Dystans 238,4 km

Czas trwania przejazdu 8:13:09

Wydatek energii 7354 kcal

Liczba uderzeń serca 70093

Minimalne tętno 92 uderzenia/min

Średnia tętno 140 uderzeń/min

Maksymalne tętno 187 uderzeń/min

Minimalna kadencja (obroty korbą) 16 obrotów/min

Średnia kadencja 72 obroty/min

Maksymalna kadencja 125 obrotów/min

Czas bez pedałowania 2:09:25 (25,9 proc.)

Dystans bez pedałowania 52,2 km (21,9 proc.)

Minimalna wysokość n.p.m. 85 m

Średnia wysokość n.p.m. 133 m

Maksymalna wysokość n.p.m. 225 m

Podjazd 1145 m

Zjazd 1228 m

Partnerzy akcji:

Więcej o: