Moje 365 dni z rowerem

1 stycznia 2013 r. po raz pierwszy sfotografowała się na dwóch kółkach - tak rozpoczął się projekt "365 dni z rowerem". Każdego dnia wrzucała do sieci po kilka zdjęć, oczywiście z rowerem w tle. Po co? Żeby przekonywać, że rower to nie tylko rekreacja. Że można nim podróżować do pracy, a przy okazji bardzo elegancko wyglądać.

Rozmowa z Małgorzatą Radkiewicz, rowerzystką, właścicielką butiku z akcesoriami rowerowymi BikeBelle, współzałożycielką Krakowskiego Stowarzyszenia Przestrzeń - Ludzie - Miasto.

Renata Radłowska: Pierwsze zdjęcie?

Małgorzata Radkiewicz: Zrobiliśmy je na moście Grunwaldzkim. Sytuacja zupełnie spontaniczna, żadnych przymiarek, po prostu za mną Wawel, a w obiektywie ja.

Opowiem, skąd wziął się pomysł na ten projekt: mam już rowerowego bloga, prowadzę sklep z akcesoriami rowerowymi, więc uznałam, że trzeba zrobić krok dalej. Do ludzi docierają obrazki, cóż - cywilizacja obrazkowa. Więc jak promować rower, jeżeli nie obrazem, zdjęciem? A promować chciałam i chcę. Zwiększenie udziału rowerów w ruchu w naszych miastach opłaca się nam wszystkim, ale ciągle wiele osób sądzi, że jazda na dwóch kółkach łączy się z wysiłkiem i/lub wyrzeczeniami. Tymczasem wcale tak nie musi być - i to chciałam pokazać.

Najdziwniejsze miejsce, do którego na rowerze dotarłaś?

- Było parę niespodziewanych miejsc, ale jednym z najbardziej oryginalnych na pewno był Snowdon, najwyższa góra Walii. Wchodziliśmy na szczyt w totalnej mgle, po drodze spotkaliśmy grupę chłopaków na rowerach i po prostu pożyczyłam od nich rower, żeby się z nim sfotografować - mój czekał na dole. Wydało mi się niesamowite, że ktoś na ten naprawdę dość skalisty szczyt ma ochotę w takiej mgle wjeżdżać na dwóch kółkach.

Przez ten rok byłam w dziewięciu krajach i w każdym z nich robiłam rowerowe zdjęcia, więc nie tylko Kraków jest rowerowym tłem. Najdalej od domu byłam z moim projektem w Chinach i w Wenezueli. W Pekinie pogoda była koszmarna, przez smog trudno było cokolwiek zobaczyć i na dodatek ten przejmujący mróz! Kosztowało mnie sporo samodyscypliny, by mimo tych warunków codziennie wsiąść na rower. Było to mimo wszystko wspaniałe doświadczenie: Pekin okazał się jednym z najbardziej rowerowych miast, do jakich trafiłam (Katie Melua nie myliła się w swojej piosence!), choć organizacja ruchu rowerowego jest tam niezwykle odległa od europejskiej.

W Wenezueli zaś wsiadłam na rower, który był niemiłosiernie zardzewiały. Miła para Francuzów, która mi go wypożyczyła, wyśmiała moje próby odrdzewiania. W życiu na czymś takim nie jeździłam!

Wsiadać codziennie na rower, szukać pleneru, fotografować się - poważne zobowiązanie. Nie odpuściłaś ani jednego dnia?

- Oczywiście, że były takie dni, kiedy dopadało mnie lenistwo, musiałam z tym walczyć. Zdarzało się, że byłam chora albo spędzałam cały dzień na lotnisku, mimo wszystko starałam się to zdjęcie zrobić - jeśli nie mogłam fizycznie wsiąść na rower, wykorzystywałam rozmaite rowerowe akcenty w otoczeniu - miało być uczciwie i autentycznie. Nie chciałam zawieść ludzi, którzy byli współuczestnikami projektu. Zdarzyło się jednak, że przechodnie, którzy robili mi część zdjęć do projektu (np. kiedy mój aparat zawiódł), nie dosyłali mi tych fotografii...

Można było zrobić zdjęcia na zapas...

- Natrzaskać zdjęć i odpoczywać przez parę dni? A w życiu! Na początku wiosny wróciła zima, spadło dużo śniegu - miałam nie fotografować się w takiej scenerii? Gdzie byłby autentyzm?!

Byłaś najbardziej estetyczną rowerzystką w mieście. Promowałaś nie tylko rower, lecz także modę rowerową.

- Ludziom rower kojarzy się głównie ze sportem, to niedobrze. Dla mnie rower to przyjemność i środek transportu, a nie pot, krew i łzy. Chciałam pokazać, że na rowerze można czuć się kobieco, elegancko. Że można założył szpilki i dojechać do pracy albo na randkę, bo pedałowanie nie przeszkadza w wyglądaniu dobrze i dobrym samopoczuciu.

W krajach bardziej rozwiniętych rowerowo cyklista, który wygląda ładnie - czy też po prostu normalnie! - to standard. Są sposoby, które umożliwiają jazdę rowerem w każdych warunkach, naprawdę nie jest to ani niemożliwe, ani specjalnie nieprzyjemne. Deszcz? Zakładam pelerynę i ochraniacze na buty, nie moknę na przystanku i nie krążę autem przez 40 minut w poszukiwaniu miejsca parkingowego. Pocenie się? A kto od nas wymaga bicia rekordów prędkości? Szpilki? Wygodniej mi w nich pedałować, niż chodzić.

Jak w ciągu tego roku rowerowo zmienił się Kraków?

- Przede wszystkim rowerzystów jest coraz więcej. Przybywało nie tylko tych, którzy jeżdżą rekreacyjnie, lecz także takich, którzy rower wybrali jako środek transportu, czasem nawet całoroczny.

Rozwój infrastruktury? Na pewno powstało więcej kontrapasów, mamy pierwsze śluzy rowerowe.

Niestety, ubiegły rok nie był tym, w którym władze Krakowa wreszcie zauważyły, że rower to przyszłość miasta. Może i zdały sobie sprawę, ilu cyklistów w mieście żyje i że jest to silna grupa, ale na tym ta refleksja chyba się skończyła. Myślę, że prawdziwa rewolucja zacznie się, kiedy wreszcie zrozumiemy czysto ekonomiczne zyski, jakie może przynieść przyrost ruchu rowerowego w miastach. To nam - rowerzystom, ale także kierowcom i pieszym - się po prostu opłaca.

Ostatnie zdjęcie?

- Założyłam na siebie boa, w ręce trzymałam zapalony zimny ogień, na głowie miała karnawałowy kapelusik i w takim stylu pożegnałam i stary rok, i projekt.

Odpoczywasz teraz od roweru?

- Nigdy! Już pojechałam na nim do pracy. Oczywiście wielką ulgą jest to, że mogę sobie jeździć bez konieczności fotografowania się (i szukania pleneru). Nie jestem modelką, to zajęcie zupełnie mi nie odpowiada. Mimo wszystko "365 dni z rowerem" to była wspaniała przygoda, która - mam nadzieję - pozwoliła również innym uwierzyć, że od roweru odpoczywać nie warto.

Artykuł pochodzi z krakowskiego wydania lokalnego Gazety.

Więcej o: