Kraków: Milion na rowery? Żenujące! List do Jacka Majchrowskiego

Nie rozumiem Pańskiej niechęci do rowerów. Jej skalę można wyrazić konkretną kwotą - milion złotych w 2014 r. na rozbudowę infrastruktury rowerowej w Krakowie. Panie Prezydencie, czy Pan wie, że w mieście, którym Pan zarządza, z roweru korzysta codziennie 30 tys. ludzi?!

Szanowny Panie Prezydencie,

Oczywiście wiem, że nie będzie tak źle. Radni miasta znów stworzą koalicję rowerową i wprowadzą poprawki do budżetu, że z miliona zrobi się parę milionów (trzy, cztery). Nie jest to oszałamiająca suma, ale przyzwoita; dzięki radnym, którzy do rowerów mają serce (a jest ich w radzie kilku - to nie terroryści rowerowi, jak by Pan chciał), Kraków nie ośmiesza się do końca. Dlaczego rok w rok jest Pan w tej niechęci do rowerów tak konsekwentny? Nie wierzę, że organicznie rowerzystów Pan nie lubi.

Panie Prezydencie, doceniam, że w podległej Panu jednostce (Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu) urzędnicy nad rowerami się pochylili - powstał specjalny zespół, który zajmuje się tylko tym tematem; że gdyby nie Pan, pewnie nie byłoby w ZIKiT oficera rowerowego, który zresztą wywodzi się ze środowiska aktywistów rowerowych (które dla Pana środowiskiem naturalnym nie jest). Doceniam i nowe stojaki, i reanimację miejskiej wypożyczalni rowerów, i to, że miasto zaczęło z cyklistami rozmawiać (czego efektem jest "Kontrakt 100 Rozwiązań", czyli lista rowerowych priorytetów).

Nie chcą karmić się obietnicami

Spodziewam się, że te wszystkie działania nie wynikały z dobrej woli; z poczucia, że rower miejski może być w przyszłości jakąś alternatywą dla samochodów (na pewno w większym zakresie niż dziś); nie były też efektem zrozumienia europejskich trendów. Ani mentalnego przełamania. Nie chcę złośliwie zakładać, że są działaniami pozorowanymi; myślę natomiast, że była to świadoma zagrywka piarowska. A więc: miasto wykona ważny gest, niech będzie, że symboliczny; cykliści się uspokoją, będą mieli poczucie, że o nich się pamięta; miasto pokaże, że jest otwarte, a nawet tak otwarte, że zamierza płacić pensję człowiekowi, który zadba o interesy rowerzystów.

Ale to nie zadziałało, Panie Prezydencie. Środowiska rowerowe nie chcą karmić się obietnicami. One potrafią liczyć (niekiedy lepiej niż urzędnicy), wiedzą, ile kosztuje kilometr ścieżki rowerowej; ile trzeba zapłacić za opracowanie projektów; wszelkie technikalia mają w małym palcu, a logistyka to ich mocna strona. Nie da się cyklistów oszukać, więc rzucanie na budżetowy stół miliona złotych na infrastrukturę rowerową jest zwyczajnie żenujące. Jest brakiem szacunku dla 30 tys. ludzi, którzy codziennie poruszają się po mieście na dwóch kółkach.

Bo miasto spłaca długi

Skąd ta liczba? Z badań: udział rowerzystów w ruchu drogowym to dziś w Krakowie jakieś 3-5 proc. Co roku cyklistów jest więcej o kilkanaście procent. Dziwne, ponieważ rosnąca liczba rowerzystów nie wynika z mnożących się kilometrów ścieżek rowerowych (które aż tak się nie mnożą niestety). Przybywa ludzi na dwóch kółkach, a na ścieżkach rowerowych tworzą się korki. I to się widzi, jeżeli samemu czasem się jeździ na rowerze...

Parę miesięcy temu radni miasta zdecydowali w uchwale kierunkowej o corocznym przeznaczaniu 0,3 proc. budżetu na rowery; to daje 10 mln zł (nie chodzi o pieniądze na trasy budowane przy okazji nowych ulic i torowisk, ale finansowanie zupełnie samodzielnych zadań). Podejrzewam, że ani to Pana nie uradowało, ani specjalnie nie zasmuciło. Z taką uchwałą można nic nie robić - kierunkowa, czyli wyznaczająca kierunek działań dla prezydenta; sugerująca, ale nie zobowiązująca do czegokolwiek. Budżetem i tak zarządza Pan, a Pan wytłumaczy, że kryzys, że są ważniejsze wydatki, że miasto spłaca długi. Tyle że nawet Pana urzędnicy przyznają: na wydanie 10 mln zł na infrastrukturę rowerową miasta nie stać, ale na połowę tej kwoty owszem.

Pewnie Pan zna te dane: Gdańsk wydaje na rowery siedem i pół razy więcej, niż Pan chce przeznaczyć w 2014 r.; Szczecin dziewięć razy, Łódź - piętnaście, a Warszawa - dwadzieścia. Czy Szczecin jest dziewięć razy bogatszy niż Kraków? Wiem - w Szczecinie nie powstaje hala widowiskowo-sportowa ani centrum kongresowe, ale aż dziewięć razy więcej?!

Krakowski oznacza zachowawczy

Kiedy rozmawiam ze znajomymi rowerzystami z innych miast, dziwią się, że lewicowy prezydent jest rowerom aż tak niechętny. Więc odpowiadam, że lewicowy, ale krakowski. Bo w kontekście rowerowym przymiotnik "krakowski" oznacza zachowawczy, konserwatywny. Przecież był już Pan prezydentem, kiedy w Polsce powstawała pierwsza miejska wypożyczalnia rowerów - przypominam, że właśnie w Pańskim mieście.

Rozmawiam z krakowskimi radnymi (przyznaję, że z tymi prorowerowymi), którzy tłumaczą, że owszem, może serca do rowerów Pan nie ma, ale najgorsze jest to, że nie ma w Pańskim otoczeniu nikogo, kto mógłby przekonać, że inwestycje w infrastrukturę rowerową są wizerunkowo opłacalne, im więcej mieszkańców na rowerach, tym mniej samochodów na ulicach, więc odrobinę lepsze powietrze (w Krakowie nie do przecenienia), im ich więcej, tym mniej pieniędzy wydanych na ich leczenie. I na koniec: proszę się nie bać protestów mieszkańców, którzy oczekują, że przede wszystkim będzie pan budował drogi dla samochodów. Bo współczesny krakowianin to kierowca i rowerzysta. W jednym.

Z wyrazami szacunku, Renata Radłowska, miejska rowerzystka

Artykuł pochodzi z krakowskiego wydania lokalnego Gazety.

Więcej o: