Rowerem dogonić świat

- Nie wierzyłem, że za mojego życia sport, który kocham stanie się w naszym kraju tak popularny - mówi Czesław Lang. Kolarskie legendy cieszą się, obserwując jak polskie miasta opanowują rowerzyści i wierzą, że kiedyś Warszawa będzie takim rajem dla cyklistów jak Amsterdam czy Kopenhaga

- Duńscy naukowcy zbadali różne formy ruchu i stwierdzili, że jazda na rowerze daje nam najwięcej korzyści. Doszli do wniosku, że człowiek, który codziennie przejedzie pięć kilometrów w dobrym tempie, przedłuży swoje życie o pięć lat - mówi Czesław Lang. - Od siebie dodam, że dzięki takiej jeździe nie tylko wydłużamy sobie życie, ale też o co najmniej pięć lat młodziej się czujemy. Naprawdę warto się trochę spocić - przekonuje wicemistrz olimpijski z Moskwy, z 1980 roku.

Peleton amatorów

Lang, który popularyzuje kolarstwo jako organizator Tour de Pologne i cyklu Skandia Maraton, cieszy się, że jednoślady stały się nieodłącznym elementem krajobrazu polskich miast. - Jadę z Warszawy do Powsina, mijam gromady zadowolonych ludzi w różnym wieku i na przeróżnych rowerach. Widzę, że jazda daje im frajdę. Powiem szczerze - nie wierzyłem, że za mojego życia sport, który kocham stanie się w naszym kraju tak popularny - opowiada.

Lata temu ludzie tacy jak on, Ryszard Szurkowski, Stanisław Szozda czy Lech Piasecki byli idolami Polaków. Wspaniali kolarze zdobywali medale olimpijskie, wygrywali mistrzostwa świata i legendarny, pełen pasjonujących pojedynków z zawodnikami ze Związku Radzieckiego Wyścig Pokoju. Ale wtedy porywali tylko do kibicowania. Dopiero dziś z radością obserwują tłum kolarzy-amatorów.

- Na rower przyszła taka sama moda, jak na bieganie. Wreszcie mamy społeczeństwo świadome walorów uprawiania sportu - mówi Piasecki. Jedyny Polak, który jechał w Tour de France w żółtej koszulce lidera wyścigu, teraz już z nikim się nie ściga. - Na wyczynową jazdę nie mam czasu, ale rekreacja to jest to. Na miejskich ścieżkach rowerowych, które pokonuję ze swoim synem, naprawdę odpoczywam - opowiada. - Czasem mam tylko ochotę depnąć, dogonić zapaleńca, który na takiej ścieżce szarżuje za nic mając bezpieczeństwo innych i zrzucić go z roweru - śmieje się Piasecki.

Dawni mistrzowie doskonale wiedzą, że w miejskiej przestrzeni trudno wypracować kanony dobrego zachowania u wszystkich uczestników ruchu drogowego, zdają sobie sprawę, że nasza infrastruktura niedomaga, ale wciąż istniejące minusy nie przesłaniają im tego, co dobre.

Dwukołowe ferrari

- Każdy, kto działa w tej branży, potwierdzi, że rowery kupuje coraz więcej Polaków - mówi Piasecki, który w Gorzowie Wielkopolskim prowadzi swój sklep. U byłego mistrza dostać można mistrzowski sprzęt. - Cieszy, że ludzie zaczynają rozumieć, jak ważny jest markowy rower. Jeszcze kilka lat temu wszyscy kupowali tzw. "górale", teraz coraz bardziej popularne są rowery miejskie. Już dobrze wiemy, że z rowerami jest jak z samochodami - warto mądrze wybrać, by mieć komfort jazdy - mówi Piasecki. - Często jest tak, że ludzie w sklepie mówią "oj, jaki ten rower drogi". Wtedy proponuję, żeby się klient przejechał. Efekt? Za 2-2,5 tys. złotych kupuje znakomity rower miejski, a za kilka dni wraca po następny z żoną, siostrą czy bratem - dodaje były mistrz świata.

- Ja to widzę tak: rower górski jest jak samochód terenowy, a dobry rower na szosę jak ferrari. Mnie takie ferrari cieszy bardziej - mówi Lang.

Ferrari, jeepa albo chociaż syrenkę na dwóch kołach ma dziś co piąty Polak. W 2012 roku w naszym kraju sprzedano więcej rowerów niż samochodów. Czy to znaczy, że na punkcie kolarstwa zwariowaliśmy już tak mocno, jak rozmiłowani w nim Włosi?

- Do nich, Holendrów czy Duńczyków [tam na 100 mieszkańców przypada aż 96 rowerów, a w Polsce 22] jeszcze sporo nam brakuje, ale spokojnie, wszystko nadrobimy - śmieje się Lang. - Mówiąc serio, jestem zaskoczony, że moda na rower tak szybko się u nas rozwija. To głównie zasługa pasjonatów jazdy, ale też trzeba zauważyć, że coraz więcej dobrego dzieje się w miastach. Ci, którzy nimi rządzą, budują ścieżki i parkingi, organizują wypożyczalnie sprzętu, wreszcie zauważają, że ich wyborcy to cykliści - tłumaczy były kolarz. - Rower to świetne rozwiązanie dla miast, bo je odciąża, zmniejsza korki i zanieczyszczenie spalinami - dodaje.

Rowerem ze wsi do miasta

W korkach stać nie lubi też Szurkowski. 67-latek uznawany za najwybitniejszego polskiego kolarza nadal imponuje formą. - Jeżdżę trzy-cztery razy w tygodniu, ważę prawie tyle samo, co 40 lat temu, kiedy byłem zawodnikiem. I nie choruję, bo sport daje mi dużą odporność - mówi dwukrotny wicemistrz olimpijski w drużynie.

Szurkowski daje dowód na to, że nie trzeba być wyczynowcem, by z jazdy na rowerze wycisnąć wszystko, co najlepsze. - Na profesjonalny trening, w jakim byłem kiedyś, nie mam czasu, ale wystarcza mi, że jestem w ruchu i dbam o zdrowie - tłumaczy.

- Mnie nakręca jazda po szosie w górach, bez znaczenia polskich, włoskich czy hiszpańskich, ale też wielką frajdę daje mi najzwyklejsza przejażdżka na zakupy czy do pracy. Rower to oderwanie się od różnych problemów, dotlenienie organizmu, poprawienie krążenia - mówi Lang. - Dzięki niemu można szybciej załatwić codziennie sprawy, ale też spotkać się ze znajomymi. W ostatnią niedzielę m.in. z Ryszardem Szurkowskim, Janem Brzeźnym i Heniem Charuckim byliśmy na mistrzostwach Polski w Sobótce i trzy razy pokonaliśmy rundę, na której ścigali się zawodowcy. W bardzo fajnym towarzystwie zrobiliśmy ok. 70 km, powspominaliśmy sobie i nawet trochę się pościgaliśmy - zdradza wicemistrz olimpijski.

Fani dwóch kółek u Langa mogą startować w wyścigach, a u Szurkowskiego, podobnie jak u Piaseckiego, mogą zaopatrzyć się w najlepszy sprzęt. Czterokrotny zwycięzca Wyścigu Pokoju swój kolarski biznes prowadzi w Warszawie.

- Każdy, kto sprzedaje dobre rowery, robi dobry interes, bo co by nie mówić warunki finansowe nam się poprawiły i dziś ludzi bardziej niż kiedyś stać na różne pasje. Byłoby pięknie, gdyby kiedyś po naszych miastach jeździło tylu rowerzystów, ilu widać na ulicach Amsterdamu - marzy Lang. - Niemożliwe? W latach 70. też tak myślałem. Wtedy startowałem tam w wielu różnych imprezach, a na treningi nie musiałem szukać szos, bo wystarczały ścieżki rowerowe. Tam infrastruktura pod rower już wówczas była świetnie przygotowana, a u nas poza zawodnikami zrzeszonymi w klubach jeździli tylko wieśniacy, z których reszta się śmiała, że nie stać ich na lepsze pojazdy. Dziś u nas jest jeszcze wiele do zrobienia, ale przeskok z myślenia, że rower to wstyd do cieszenia się tym, co daje, a więc wolnością, spokojem i oderwaniem od problemów to naprawdę wielka zmiana - kończy Lang.

Więcej o: