Na przejażdżce z olsztyńskim oficerem rowerowym. Ale samochodowej

Kiedy Mirosław Arczak deklaruje, że sytuację na olsztyńskich ulicach ocenia nie tylko z perspektywy rowerzysty, nie wszyscy chcą mu wierzyć. Jednak to prawda, sprawdziliśmy na własnej skórze. Wybraliśmy się z oficerem na samochodową przejażdżkę.
Mirosław Arczak
Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Wyborcza.pl

Kilka miesięcy temu informowaliśmy, że prezydent Piotr Grzymowicz przesiadł się z samochodu na rower. I zaczął dojeżdżać nim do ratusza. Wiele osób przecierało oczy ze zdumienia i komentowało, że to zagranie pod publiczkę. Prezydent radził sobie raz lepiej, raz gorzej. Przekonał się, że życie olsztyńskich rowerzystów do najłatwiejszych nie należy. Sam złamał kilka przepisów, np. jeździł po chodnikach, gdzie nie było ścieżki. Za te przewinienia straż miejska ukarała go nawet pouczeniem. Ale nauka nie poszła w las. Od tej pory Piotr Grzymowicz przychylniejszym okiem spogląda na propozycje użytkowników jednośladów. To dowód na to, jak cenne są podobne doświadczenia, a punkt widzenia często zależy od punktu siedzenia.

Mirosław Arczak jest kojarzony przede wszystkim z rowerami. I nie ma znaczenia, czy to środek mroźnej zimy, czy upalne lato. To bez wątpienia jego ulubiony środek transportu. Kiedy w czasie różnych debat czy dyskusji z drogowcami przekonuje, że ocenia sytuację na olsztyńskich ulicach nie tylko z tej perspektywy, nie wszyscy chcą mu wierzyć. Postanowiliśmy to sprawdzić. Okazją było środowe spotkanie w nadleśnictwie Nowe Ramuki, gdzie dyskutowano o nowej trasie turystycznej wzdłuż drogi na Butryny. Oficer był tak uprzejmy, że zaproponował mi podwiezienie. Samochodem, żeby nie było wątpliwości. Ok. godz. 11 wyruszyliśmy w trasę. Szybko mogłam się przekonać, jak inaczej jeździ się z kierowcą, który ogląda świat nie tylko zza kółka. Nie wyprzedza w niedozwolonych miejscach, nie szarżuje, nie szaleje. Nie pędzi jakby za chwilę miał nastąpić koniec świata. Nic z tych rzeczy. Mój towarzysz jechał przepisowo i spokojnie. Zdarzyło mu się jednak zatrąbić na innego właściciela auta, który przespał zielone na skrzyżowaniu i blokował ruch. Jednak najbardziej zapunktował u swojej pasażerki, kiedy zatrzymywał się, aby przepuszczać pieszych na przejściach. Z doświadczenia osoby pokonującej Olsztyn głównie na własnych nogach mogę powiedzieć, że taki odruch wśród zmotoryzowanych zdarza się niezwykle rzadko.

Czy były jakieś minusy? Jeden. Mirek zastrzegł, że nie lubi dużo mówić, kiedy prowadzi samochód. A milczenie nie przychodzi mi łatwo.

Jak zdradził oficer, prawo jazdy ma od półtora roku. Na drogach radzi sobie dobrze, a jazda tym środkiem komunikacji sprawia mu przyjemność. Pomaga mu także w pracy, bo zajmując się różnymi drogowymi problemami, może na nie spojrzeć nie tylko z perspektywy rowerzystów, ale również użytkowników aut. I zrozumieć obie strony. Mamy nadzieję, że więcej mieszkańców zamiast kłócić się, czyje racje są ważniejsze, będzie postępować podobnie.

Artykuł pochodzi z olsztyńskiego wydania lokalnego Gazety.

Więcej o: