Warszawa: Nie jestem maniakiem. Ale miejski rower to fenomen!

Po kilku dniach od wybuchu veturilomanii skusiłem się i ja. Pierwszy raz od lat wsiadłem na rower. Dotarło do mnie, że o wiele fajniej jest podjechać przystanek czy dwa rowerem niż zapchanym autobusem.

Nigdy nie byłem maniakiem rowerowym. Swój własny rower, starego jubilata, miałem tylko w podstawówce. Długie wyprawy na dwóch kółkach, godziny spędzone na siodełku, pedałowanie, zakwasy - to nie dla mnie. Tak myślałem do sierpnia, kiedy w Warszawie zaczęła działać sieć rowerów miejskich Veturilo.

Przyznaję, że nie rozumiałem związanego z tym poruszenia. Myślałem: "Kto będzie z tego systemu korzystać? Zapaleńcy mają przecież swoje jednoślady. A ten, kto nie jeździł rowerem - tak ja jak - miałby teraz nagle zacząć? Po co się męczyć i pocić, skoro można przystanek czy dwa podjechać tramwajem albo autobusem".

Ale nagle ulice Warszawy zaroiły się od charakterystycznych szarych jednośladów. Widać ich dużo w Śródmieściu, ale też na Pradze, gdzie jeszcze nie ma przecież stacji wypożyczeń. Tłoczno zrobiło się na słynnej dzikiej ścieżce na prawym brzegu Wisły. Tam większość osób pedałowała właśnie na miejskich rowerach. Jeździli młodzi, starsi, miejscowi i turyści. Kilka dni po uruchomieniu systemu widziałem trzy panie w wieku emerytalnym, które na zakupy do Hali Mirowskiej wybrały się na veturilo. Zachwalały praktyczne koszyki przy kierownicy, w których można zmieścić całkiem sporo produktów. Do swoich biur i korporacji pędzą też na veturilo białe kołnierzyki w żakietach i garniturach.

Ciekawe zjawisko socjologiczne zauważyłem przy stacjach wypożyczeń, które stały się miejscami wymiany informacji. Widziałem, jak stojący w kolejce do takiej stacji Polacy (tak, tak - system stał się tak popularny, że czasem trzeba trochę odstać) tłumaczą Hiszpanom tajniki jego działania. A po chwili radzą, gdzie tanio i dobrze zjeść. Wypożyczający rowery są jakby milsi. Gawędzą, dzielą się doświadczeniami. Nikt nikogo nie popędza przy elektronicznych terminalach, co najwyżej bardziej doświadczeni pomagają nowicjuszom. A kiedy pedałujący na veturilo mijają się gdzieś na trasie, często się do siebie uśmiechają. "Veturilo zbliża ludzi" - to mogłoby być hasło reklamowe całego systemu.

Po kilku dniach od wybuchu veturilomanii skusiłem się i ja. Pierwszy raz od lat wsiadłem na rower. Ciepły wieczór, wiatr we włosach. A ja na ścieżce rowerowej przy Sobieskiego ścigam się z autobusem. Cieszę się jak dziecko, że jestem pierwszy na przystanku.

Nie jestem częstym użytkownikiem systemu, nie dojeżdżam rowerem do pracy. Korzystam z niego od czasu do czasu, rekreacyjnie. Ale sprawia mi to ogromną frajdę, przypomina wyprawy z dzieciństwa. Dotarło do mnie, że jednak o wiele fajniej jest podjechać przystanek czy dwa rowerem niż zapchanym autobusem. Przez te kilka miesięcy Veturilo przyjęło się w Warszawie. Wielu warszawiaków - tak jak ja - wsiadło na rowery po długiej przerwie. Teraz ważne jest to, by rozbudowywać sieć wypożyczalni, również w odległych dzielnicach.

W końcu zrozumiałem też, o co chodzi Masie Krytycznej - bez porównania przyjemniej pedałuje się po ścieżce rowerowej niż po ulicy, kiedy mijają cię rozpędzone samochody. A jeżeli my, rowerzyści, nie będziemy walczyć o sieć racjonalnie rozłożonych po mieście ścieżek, to te nigdy nie powstaną. Dlatego pewnie i ja dołączę do Masy Krytycznej. No, może poczekam tylko na bardziej sprzyjającą aurę.

Artykuł pochodzi z warszawskiego wydania lokalnego Gazety.

Więcej o: