Nostalgia rowerowa Rafała

Nie da się ukryć, że jestem nieco młodszy od Konrada i moja nostalgia jest nieco inna niż jego. Młodsza, choć równie postrzępiona upływem lat. Tym niemniej i ja mam swoje ulubione wspomnienia.

1. Turbo - nie tylko guma z obrazkami

Moja przygoda z rowerem zaczęła się nieco później niż u Konrada . Zaczynałem tak jak większość dzieci w tamtych latach - od ostrego koła, trójkołowego, z napędem na przód. Bez torby, wąsów i tej całej hipsterki. Zresztą, tego pojęcia jeszcze wtedy nie było. Tak jak nie było kurierów. Były za to działające tory kolarskie (w liczbie większej niż jeden w kraju). Ale wracając do tematu:

Rowerek był zielony i nazywał się "Turbo". Nie miał opon, tylko odlane z plastyku kółka. Po chodnikach i nierównym asfalcie jeździło się tym tragicznie, a hałas jaki przy tym powstawał obijał się echem od nieotynkowanych elewacji bloków z wielkiej płyty powodując wypadanie plomb i szyb z okien. Dziś chyba żaden szanujący się rodzic nie dałby takiego pojazdu swojemu dziecku. Wtedy jednak nic innego po prostu nie było.

2. Reksio, czyli jak zgubić siodełko

Tak. Jestem prawdopodobnie jedynym cyklistą w tym kraju, który zgubił siodełko. Fakt, że miałem wtedy tylko 5 czy 6 lat, ale większość znajomych do dziś nie może pojąć jak można jechać rowerem i nie dostrzec utraty tej jakże ważnej części roweru.

Wszystko działo się "w terenie", w którym jechałem, stojąc na pedałach. No i wypadło, nie wiem gdzie. Przeszedłem później tą trasę kilkukrotnie, także z Tatą, ale siodła już nie znaleźliśmy. Zostały tylko gołe sprężyny i pręty. A ponieważ nie były to czasy, gdy siodła można było kupić ot tak, skończyło się na tym, że jeździłem siedząc na prętach owiniętych grubym kocem.

Zresztą wtedy wszystko się spawało, łączyło na drut albo przypadkowego rozmiaru śruby i wkręty. Ludzie po prostu nie mieli wyboru.

3. BMX i jesteś ziomalem

Moja historia od Konradowej zaczyna się mocniej różnić dopiero później. Na pierwszą komunię dostałem bowiem rower BMX. Wtedy taka była moda. Choć nikt nie znał nawet pojęcia "hopka", ani nie umiał robić żadnych tricków trudniejszych niż jazda bez trzymanki, BMXa wtedy mieć po prostu wypadało. Mój był czerwono-biały i, co nie było typowe, miał hamulce szczękowe uruchamiane tak jak w dzisiejszych rowerach - dźwigniami na kierownicy. Ten rower faktycznie uczył tricków. Jak nie wysiadały hamulce, to pękał w nim mostek (ta część trzymająca kierownicę). Skutek był taki, że w rok nauczyłem się zarówno jeździć bez trzymanki (przydatne przy pękaniu mostka), jak i hamować przednim, tylnym lub oboma hamulcami (zależnie, które linki były akurat całe).

4. Górale

Góral marki "Romet". Tak, to jest ta część historii, której Konrad po prostu nie miał szansy przeżyć. Góralami jeździła młodzież od drugiej połowy lat 90-tych. Te rowery nie były jednak ani odrobinę podobne do konstrukcji z teraźniejszości. Wyobrażacie sobie, by pojechać w teren rowerem ważącym ponad 20 kilo? Z ramą ze stali i bez żadnej amortyzacji? Tak, to wtedy była norma. Cały dzisiejszy sport ekstremalny bujajacy się na rowerach z pełnym zawieszeniem o skoku nierzadko ponad 20 cm zaczynał się właśnie na takim sprzęcie. Z nieindeksowanymi przerzutkami, bez kasku i ochraniaczy. Dzieciaki szalały po okolicznych lasach i polach, łamiąc obojczyki i ręce.

Gdyby dzisiaj zobaczył to jakiś specjalista od bezpieczniactwa albo kolarstwa górskiego, pewnie dostałby zawału. No chyba, że sam tak wtedy jeździł.

5. Łatanie dętki w stylu lat 80-tych.

Większość akcesoriów o których pisał Konrad, ominęła moją erę. Za to miałem nieco do czynienia z narzędziami z dawnych lat. Weźmy na przykład takie łatanie dętki. Dziś kupujemy łatki i klej i po kilku minutach jest po sprawie. Względnie wymieniamy gumę na nową. Dawniej nie było to takie proste.

Dętek oczywiście wtedy nie można było kupić tak jak dziś, więc dętki się łatało nawet po najechaniu na widły. A w zasadzie wulkanizowało się je, na gorąco. Wycinało się ze starej dętki (trzeba było najpierw taką mieć) łatkę, zależnie od potrzeb. Kładło się ją na dętkę (wcześniej oczyszczoną i przeszlifowaną papierem ściernym). Pod spód dawało się specjalny korek, który się podpalało. A wszystko brało się w specjalny ścisk. I trzeba było tym machać, by całość nie poszła z dymem, a tylko rozgrzała i skleiła. Łącznie jakaś godzina pracy. A jak się nie udało, to miało się z czego wycinać łatki w przyszłości.

Naprawa taka puszczała zazwyczaj góra po tygodniu. Rezultat - kolejny smród spalenizny na korytarzu. Ale co zrobić? Dętki to naprawdę był towar deficytowy!

6. Fabryka Samochodów Osobowych

Tak, wiem, to była fabryka aut. Co ona może mieć wspólnego z rowerami? Znajomym zwykle mówię, że trzeba "znać swojego wroga". Ale tak naprawdę z FSO jestem związany emocjonalnie. I tak, chodzi o rowery.

Nie to by FSO kiedykolwiek jakiekolwiek produkowało (choć kto wie?). Ale były czasy, gdy w Warszawie nie było stu serwisów rowerowych z pełnym asortymentem części dostępnych od ręki. Ba, niektóre części rowerowe były nie do kupienia - nigdzie i za żadne pieniądze. Takie właśnie części wykonywała do mojego roweru lub naprawiała Fabryka Samochodów Osobowych.

Gdy pękała mi linka hamulcowa w BMXie (większość rowerów nie miała z tyłu hamulca na linkę, więc linki takie były trudne do kupienia), FSO ją naprawiało. Tak, linki się naprawiało! Choć dziś bym chyba bał się na czymś takim jeździć.

Gdy puścił na spawie mostek kierownicy, spawacze w fabryce męczyli się z nim kilka godzin. A ponieważ spaw szybko znowu puścił, kilka dni później męczyli się jeszcze raz. A potem jeszcze raz. Aż kilka miesięcy później Tatusiowi udało się zdobyć nowy mostek.

Gdy połamałem pod sakwami mój pierwszy bagażnik, także naprawiało go FSO. Gdy uczyłem się rozbierać suport w swoim pierwszym "góralu", fabryka wykonała mi odpowiedni ściągacz (mam go do dziś). FSO dorabiało też części do budowy mojego roweru poziomego . Ma ktoś jeszcze wątpliwości co do "rowerowości" tej fabryki i jej pracowników?

Zresztą to były czasy, gdy prawdopodobnie w każdej fabryce, hucie i stoczni w kraju wykonywano podobne naprawy. Skąd to wrażenie? Mam znajomego, który podobne opowiadania miał związane z jedną z polskich stoczni. I innego, który opowiadał mi o częściach wykonywanych w jednej z hut.

7. Pierwsze wyjazdy za osiedle

O zabawach na osiedlu Konrad już pisał. Ja jednak zawsze byłem trochę samotnikiem. Zamiast ganiania po osiedlu za kolegami, wolałem wziąć jednego i pojechać daleko w świat (czyli w języku siedmiolatka: na sąsiednie odiedle). W wieku 10 lat jeździliśmy już po najruchliwszych ulicach Warszawy, nierzadko robiąc kursy np z Białołęki na Okęcie.

Rodzice oczywiście nic o tym nie wiedzieli. Gdy prawda wyszła na jaw, byłem już na tyle duży, że nie stwarzało to problemu i nie skończyło się laniem. Może to dlatego Tatuś tak łatwo pozwolił mi w wieku 17 lat pojechać rowerem samodzielnie dookoła Suwalszczyzny? Wiedział, że sobie poradzę.

Tak naprawdę nie wiem, ale ta wyprawa naprawdę zmieniła moje życie. Gdy się już raz spróbuje, od roweru po prostu nie ma odwrotu.

A jakie są Wasze rowerowe wspomnienia? Co was wkręciło w rower? Piszcie do nas na freerower@agora.pl Najfajniejsze maile postaramy się opublikować.

Więcej o: