Estonia. Saaremaa na rowerze

Byliśmy już na Gotlandii, Alandach i Olandii, w planach mamy Bornholm. Podróże te nazywamy zdobywaniem "Korony Bałtyku"

W tym roku przyszła pora na Saaremę, estońską wyspę u ujścia Zatoki Ryskiej - 2673 km kw., średnia wysokość ok. 25 m n.p.m., ponad 36 tys. mieszkańców.

Z Polski jedziemy samochodem z rowerami na bagażniku. Po noclegu u naszego przyjaciela w gościnnym domu nad Wigrami i przejechaniu Litwy nocujemy w Ventspils na Łotwie. Stąd następnego dnia odpływa na Saaremę prom m/s "Scania". Przez sześć dni objeżdżamy zachodnią część wyspy, dzienne robiąc od 50 do 70 km - na mecie licznik pokazuje 376 km.

Dzień 1.

Po południu m/s "Scania" przybija do nabrzeża w Montu na półwyspie Sorve. Robię pamiątkowe zdjęcie z podniesioną furtą dziobową promu w tle i wyruszamy do latarni morskiej w Sääre, a następnie w kierunku klifu Ohessaare. Naszą uwagę zwraca kamienna plaża z setkami kopczyków. Nie mają one jednak żadnego związku z dawnymi wierzeniami ani praktykami rytualnymi, to jedynie forma zabawy i rodzaj sztuki zwanej "rock balancing". Dokładam swój kamień na najwyższy kopiec. Niedaleko kamienistej plaży natrafiamy na dobrze zachowany stary wiatrak. Na całej wyspie jest ich znacznie więcej, dlatego Saaremaa nazywana jest "wyspą wiatraków".

Większość dróg ma nawierzchnię szutrową. Mankamentem są tumany wapiennego pyłu ciągnące się za każdym samochodem - zanim wjadę w taką białą chmurę, nabieram dużo powietrza i czekam, aż się nieco przerzedzi. Całe szczęście, że ruch samochodowy jest niewielki.

Wieczorem dojeżdżamy do wsi Salme ("wieczór" to określenie dosyć umowne, bo na początku lipca zmrok zapada ok. godz. 22.30). W dobrze zaopatrzonym sklepie (czynny przez cały tydzień) uzupełniamy prowiant.

Dzień 2.

Pada od rana. Po kilku godzinach jesteśmy nie tylko mokrzy, ale od stóp do głów zachlapani błotem. Na szczęście po drodze spotykamy Maarikę Tomel, pracownicę organizacji turystycznej promującej aktywny wypoczynek i dziedzictwo kulturowe Saaremy. Poleca hostel w Kihelkonna i telefonicznie zapowiada nasz przyjazd.

W przerwie między kolejnymi opadami deszczu objeżdżamy okolicę. Kościół z XIII w. w Kihelkonna jest jednym z największych i najstarszych obiektów sakralnych w Estonii. Właśnie trwają prace konserwatorskie. Spod delikatnie zdejmowanych warstw farby ukazują się dawne zdobienia. Z wieży kościoła rozciąga się widok na otaczające wieś lasy i odległą zatokę. Wiele obiecujemy sobie po wizycie w małym porcie. Niestety, przy nabrzeżu stoją tylko stare budynki przetwórni ryb i zdewastowane instalacje do ich transportu - wszystko, co pływa, jest w morzu.

Dzień 3.

Schronisko, w którym spędziliśmy noc, nie ma stałej obsługi, więc przed wyruszeniem w dalszą drogę odwiedzamy Maarikę, aby oddać klucze. Korzystamy z zaproszenia na kawę i ciasto. W ogródku na sznurze suszą się flądry (pokrojone w paski są miejscową przekąską do piwa). Uczymy się prawidłowego wymawiania estońskich nazw i imion. Podwójne samogłoski, np. "aa" w imieniu Maarika, wymawia się jako długie "a".

Dzisiaj naszym celem jest półwysep Harilaid na terenie Parku Narodowego Vilsandi (północny zachód wyspy). Na samym cyplu znajduje się już nieczynna krzywa latarnia morska Kiipsaare. Ok. 3 km przed nią zmotoryzowani muszą zostawić pojazdy na parkingu i dalszy odcinek pokonać pieszo. Mamy małą satysfakcję, że jesteśmy szybsi, ale do czasu Zaczyna się piach i musimy pchać nasze rowery. Latarnia wybudowana w 1933 r. 25 metrów od brzegu teraz stoi w wodzie - jeszcze w 1997 r. znajdowała się na plaży. Pochyla się z szacunkiem w kierunku morza, które odebrało jej ląd.

Dzień 4.

Dalsza trasa prowadzi zachodnim brzegiem zatoki Tagalaht, potem przez Mustjala do Tagaranna. Ponad 50 km po asfalcie sprawia, że cel osiągamy "przed czasem", więc spokojnie objeżdżamy cypel Ninase. Czas na spacer po klifie, zbudowanie kamiennego kopczyka na plaży i odetchnięcie bałtycką bryzą. W okolicy jest wiele domków letniskowych, które prawdopodobnie zaludniają się tylko w weekendy - teraz jest dosyć pusto. Nocujemy na kempingu, gdzie oprócz nas mieszka tylko jedno małżeństwo.

Dzień 5.

Jedziemy drogą wzdłuż morza po zachodniej stronie półwyspu, brzegami zatok Kugalepa, Louka i Tagalaht. Trasa, bardzo urozmaicona, częściowo prowadzi drogą gruntową, czasami skrajem kamienistej plaży lub obok bagna. Piękne widoki są najlepszą nagrodą za nudne odcinki asfaltu. Po kilkunastu kilometrach, już w lesie, zza zakrętu wyłania się citroën berlingo ze znaczkiem PL. Podróżuje w nim czteroosobowa rodzina wracająca z Finlandii. To jedyni ludzie spotkani na odcinku ponad 20 km. Trochę dalej trafiamy na biwak z namiotem naszych znajomych. Miejsca do biwakowania (oznaczone na mapach) często są wyposażone w wiatę lub zadaszony stół i stalowe palenisko do grillowania. Warto o nich pamiętać, gdy zajdzie potrzeba noclegu, zwłaszcza w czasie załamania pogody. Krótko odpoczywamy na kempingu nad jeziorem Karujärv, czyli Niedźwiedzim. Ma ponad 8 tys. lat, z jego nazwą wiąże się legenda o walce siedmiu niedźwiedzi w otaczających jezioro lasach. Noc w Kuressaare, stolicy wyspy, spędzamy w schronisku młodzieżowym. Wcześniej przejażdżka do mariny, wokół zamku biskupiego i główną ulicą Lossi, gdzie w kawiarnianych ogródkach niedaleko ratusza toczy się wieczorne życie towarzyskie.

Dzień 6.

Na targu w centrum Kuressaare można kupić m.in. owoce, warzywa, odzież i świeże ryby. Są również wyroby miejscowego rękodzieła - wykonane głównie z drewna łyżki, cebrzyki, różnego rodzaju podstawki i deski. Pamiątki dla turystów zdobią wypalone wiatraki, latarnie morskie i żaglowce.

Najważniejszym zabytkiem w Kuressaare jest były zamek biskupi z końca XIV w. Na przełomie XIV i XV w. został otoczony 625-metrowym wysokim na 7 m murem, którego część zachowała się do dzisiaj. Dostępu do warowni bronią również fosa i znajdujące się nad nią cztery bastiony. To jeden z lepiej zachowanych średniowiecznych zamków w krajach bałtyckich. W zamkowym muzeum zobaczymy m.in. wystawę o historii wyspy od czasów prehistorycznych do odzyskania niepodległości 20 sierpnia 1991 r. Ostatni nocleg spędzamy w namiotach, obok latarni morskiej Sääre.

Dzień 7.

O świcie budzą mnie krzykliwe mewy. Idę na spacer po plaży, gdzie znajduję wiele kamyczków z otworkami i wgłębieniami, nietypowe okazy zabieram na pamiątkę (od specjalistów z Muzeum Ziemi dowiedziałem się, że może to świadczyć o obecności tzw. skałotoczy - organizmów żywych, które szukając schronienia, drążą jamki w skałach).

Z Sääre do przystani promowej w Montu jest tylko 9 km. M/s "Scania" czeka już na pasażerów. A nas czekają jeszcze 4 godz. rejsu, 8 godz. samochodem i ponowny pobyt w magicznym domu nad Wigrami. Jest tam skrzypiąca, drewniana podłoga i piec kaflowy w kuchni, na którym sypia gospodarz.

W sieci

www.visitestonia.com www.saaremaa.ee www.sscf.ee (linie promowe)

Trochę cen (w koronach estońskich)

Prom m/s "Scania" między Ventspils (Łotwa) i Montu na Saaremie kursuje od 30 maja do 31 sierpnia - 940 koron estońskich + rower; w bistro na promie: hamburger - 30, jajka na bekonie - 50, omlet z serem - 50 Tehumardi Camping (koło Salme) - namiot/osoba - 60, domek 4-osobowy bez łazienki - 750 Bar w porcie Veere - filet z pstrąga z ziemniakami lub frytkami - 99, kiełbaska z frytkami - 50, zupa -30, kawa -15 Värava Tourist Farm - namiot/osoba - 25, śniadanie - 50 Ninase Camping - domek 2-osobowy - 450, namiot/osoba - 50, śniadanie - 45, kawa - 15 SYG Hostel Kuressaare - 1 os. w pokoju 4-osobowym (łazienka i prysznic na piętrze) - 160

Źródło: Gazeta Turystyka

Więcej o: