8 rowerowych rzeczy, które zaskakują Holendrów w Polsce

Holendrzy są zbulwersowani zatrzymaniem i karą dla Berta van der Linden. Wynika to z różnic prawnych i kulturowych. Czym jeszcze cyklista z Holandii byłby zostać zaskoczony w Polsce? Za co mogłaby go złapać Policja? Oto nasze małe zestawienie.
Ulice w Holandii znacznie różnią się od ulic w Polsce. Typowa główna i przelotowa ulica w Amsterdamie ma zwykle 2 pasy ruchu dla aut i dwa dla komunikacji zbiorowej. Plus oczywiście drogi rowerowe. Ulice w Holandii znacznie różnią się od ulic w Polsce. Typowa główna i przelotowa ulica w Amsterdamie ma zwykle 2 pasy ruchu dla aut i dwa dla komunikacji zbiorowej. Plus oczywiście drogi rowerowe. fot. Rafał Muszczynko

Zupełnie inne ulice

Na początek banał - ulice w Holandii bardzo różnią się od ulic w naszych miastach. Nie tylko pod względem infrastruktury rowerowej, lecz ogólnie.

ZOBACZ TEŻ: Po czym poznać, że miasto jest przyjazne rowerom?

Co prawda z tego powodu Holender być może nie dostałby mandatu, ale na naszych przewymiarowanych miejskich arteriach z gigantycznym ruchem samochodów, przejściami podziemnymi i bez jakiejkolwiek infrastruktury rowerowej, holenderski cyklista czułby się co najmniej zagubiony. Mógłby mieć problemy z wykonaniem manewrów (np. ze skrętem w lewo) albo wręcz stwarzać zagrożenie.

Nie dlatego, że holenderski cyklista jest gorszy od polskiego. On po prostu jest przyzwyczajony do tego, że infrastruktura rowerowa jest wszędzie, a ulice w mieście nie wyglądają jak autostrady. I trudno Holendra za to winić. To Polska tkwi mentalnie w latach 70-tych w kwestii wyglądu ulic.

W Holandii raczej nie spotyka się krawężników na drogach rowerowych. Przejazd ścieżki przez ulice zazwyczaj wygląda tak. W Holandii raczej nie spotyka się krawężników na drogach rowerowych. Przejazd ścieżki przez ulice zazwyczaj wygląda tak. fot. Rafał Muszczynko

Polskie drogi rowerowe mogą zabić

Wielki szok Holender przeżyłby też po wjeździe na polskie drogi rowerowe (o ile jakieś by znalazł). O ile w kraju tulipanów drogi rowerowe projektuje się tak, jak gdyby miały po nich jeździć małe samochodziki, o tyle w Polsce na drogach rowerowych na cyklistów wciąż czekają liczne pułapki.

Holender zapewne nie zabił by się na pierwszym słupku lub latarni stojącej pośrodku drogi rowerowej (co nie znaczy, że uznałby je za normalne), o tyle schody lub zakręt "od ekierki" na końcu zjazdu z górki mogłyby być dla niego niemałym zaskoczeniem.

Całkiem prawdopodobne jest też to, że cyklista z Holandii uszkodziłby koło na naszych wysokich krawężnikach. W Holandii krawężników na drogach rowerowych albo w ogóle nie ma albo wyglądają tak:

Krawężniki na holenderskich drogach rowerowych są zwykle idealnie ułożone. /fot. Rafał Muszczynko

Zgodnie z prawem, rowerzysta jadący drogą rowerową prosto ma pierwszeństwo przed autem skręcającym w prawo. Zgodnie z prawem, rowerzysta jadący drogą rowerową prosto ma pierwszeństwo przed autem skręcającym w prawo. fot. screenshot

Pierwszeństwo na drodze rowerowej

To, co dla Holendra mogłoby się skończyć poważnym wypadkiem, to kwestia pierwszeństwa na przejazdach rowerowych i skrzyżowaniach. Co prawda od maja 2011 roku polskie prawo przypomina to holenderskie, ale pozostaje jeszcze różnica mentalna.

ZOBACZ TEŻ: Jak jeździć zgodnie z nowymi przepisami

W Holandii zbliżając się do przejazdu rowerowego cyklista ma absolutną pewność, że kierowca postąpi zgodnie z prawem, a samochód ustąpi mu pierwszeństwa. Podobnie jadąc po pasie rowerowym lub wyprzedzając auta od prawej strony. W Polsce, choć prawo mamy podobne, kierowcy nie są jeszcze nauczeni i przyzwyczajeni do obowiązku ustępowania pierwszeństwa cyklistom. Czasem kierowcy nie patrzą w prawe lusterko przed skrętem w prawo, ani nie oglądają się za siebie.

Jak to może się skończyć przy pewnym siebie Holendrze wjeżdżającym na przejazd rowerowy z normalną prędkością? Cóż, mamy w kwestii edukacji kierowców naprawdę wiele do zrobienia.

W cywilizowanym zachodzie poruszanie się rowerem pod prąd jest normalna praktyką dozwolona prawem lub przynajmniej tolerowaną. W cywilizowanym zachodzie poruszanie się rowerem pod prąd jest normalna praktyką dozwolona prawem lub przynajmniej tolerowaną. fot. Rafał Muszczynko

Rowerem pod prąd

Holendrzy, podobnie zresztą jak Duńczycy, Austriacy, Niemcy i Francuzi, mogliby w Polsce zostać zaskoczeni też jednokierunkowością ulic. Nie to, by w tych krajach ulic jednokierunkowych nie było, ale niemal zawsze są one otwarte dla rowerzystów jadących w obie strony, nierzadko bez wyznaczania kontrapasów i stosowania dodatkowego oznakowania.

Za jazdę pod prąd ulicą jednokierunkową, przybysz z cywilizowanego Zachodu mógłby u nas dostać mandat w wysokości od 250 do nawet 750zł.

Jazda na czerwonym na rowerze jest w Holandii czymś zupełnie normalnym. Matki uczą tego swoje dzieci. Jazda na czerwonym na rowerze jest w Holandii czymś zupełnie normalnym. Matki uczą tego swoje dzieci. fot. Rafał Muszczynko

Jazda na czerwonym

Zupełnie inne od polskiego jest też holenderskie podejście do czerwonych świateł. Gdy u nas Policja urządza łapanki cyklistów przejeżdżających przez puste jezdnie, w Holandii normalnym widokiem jest matka ucząca swoje dzieci jeździć rowerem na czerwonym. Nie znaczy to, że w Holandii czerwone światło nic nie znaczy (przekona się o tym każdy kierowca samochodu próbujący wjechać na skrzyżowanie choćby na późnym żółtym). Istnieje jednak dość szerokie przyzwolenie na chodzenie i jeżdżenie rowerem na czerwonym, o ile nie stwarza to zagrożenia dla innych uczestników ruchu. Holendrzy są uczeni by rozejrzeć się dokładnie, a w przypadku wolnej drogi, po prostu przejechać rowerem na czerwonym.

Ba, mało tego! Holenderska sygnalizacja świetlna też wygląda inaczej od polskiej. Zielone strzałki w Holandii, jeżeli już się zdarzają, dotyczą wyłącznie cyklistów. Holenderska sygnalizacja potrafi też w ogóle nie mieć czerwonego światła dla pieszych i rowerów. Albo nie zapalać go cykliście lub pieszemu, gdy po ulicy lub torach w poprzek nic nie jedzie.

Mandat za to przejechanie na czerwonym świetle w Polsce może wynosić od 300 do 500 złotych.

W Holandii nikogo nie dziwi widok dziecka jadącego samodzielnie do szkoły. W Holandii nikogo nie dziwi widok dziecka jadącego samodzielnie do szkoły. fot. Rafał Muszczynko

Dzieci na rowerze

Co prawda polskie przepisy dopuszczają już przewóz dzieci w rowerowych przyczepkach, ale Holender i tak mógłby się mocno zdziwić przyjeżdżając z dzieckiem do Polski.

Po pierwsze w Holandii nie ma czegoś takiego jak karta rowerowa. Dzieci - owszem - uczą się w podstawówce jak jeździć rowerem, w dodatku uczą się jeżdżąc po ulicach. Ale nikt nie sili się ani na wydawanie papierków ani tym bardziej na ich sprawdzanie. Na szczęście Polska ratyfikowała Konwencję Wiedeńską o Ruchu Drogowym, więc mandat za brak karty rowerowej u dziecka nie wchodziłby w grę.

Jeszcze bardziej zaskakujące dla Holendra może być to, że w Polsce dziecko w wieku poniżej 10 lat nie może się samo poruszać rowerem po ulicy i w myśl Prawa o Ruchu Drogowym jest... pieszym. W Holandii widok ośmiolatków jadących zupełnie samodzielnie do szkoły po ulicy nie jest niczym dziwnym.

Mało tego, samotnie poruszające się dzieci w Holandii uznaje się go za sukces drogowców i tamtejszych inżynierów ruchu - ulice są tak bezpieczne, że rodzice nie boją się puszczać dzieci samopas. Ciekawe kiedy tak będzie w Polsce?

Na rowerze z psem przez duże skrzyżowanie? Takie widoki to w Amsterdamie norma. Na rowerze z psem przez duże skrzyżowanie? Takie widoki to w Amsterdamie norma. fot. Rafał Muszczynko

Psy i rowery

Holender mógłby się też zdziwić wybierając się na przejażdżkę rowerową wraz ze swoim psem. W Niderlandach nie jest niczym dziwnym widok cyklisty skręcającego w lewo na dużym skrzyżowaniu z czworonogiem biegnącym przy kole. Tamtejsi rowerzyści wiedzą, że nic nie uszczęśliwia psa bardziej niż wycieczka rowerowa.

W Polsce zachowanie takie skończyłoby się albo mandatem za utrudnianie ruchu i powodowanie zagrożenia na drodze, albo przynajmniej dźwiękiem klaksonów i pukaniem się w czoło kierowców.

Odpoczynek w parku, na trawie. W Holandii to legalne. Odpoczynek w parku, na trawie. W Holandii to legalne. fot. Rafał Muszczynko

Po dojechaniu do celu

Holendra odwiedzającego w Polsce mandat może spotkać nawet, gdy już zsiądzie z roweru. W kraju tulipanów i wiatraków normalnym jest na przykład przyjazd rowerem do parku, by położyć się na trawie i odpoczywać.

W Polsce nawet za tak niegroźne przewinienie jak jazda rowerem przez park lub położenie się na trawie może nas spotkać mandat. Wiele regulaminów parków zakazuje bowiem jednego i drugiego.

Dlatego nie dziwmy się, że Holendrzy nas nie rozumieją, że są zbulwersowani karami jakimi obciąża się ich w Polsce. Pod względem przepisów i mentalności zachodnia Europa jest dla nas cały czas ziemią nieodkrytą.