"Wygraj albo zgiń". Isle of Man TT zbiera śmiertelne żniwo, ale końca nikt nie chce

Karol Górka
Śmiałkowie, którzy podejmują się straceńczej misji startu w Isle of Man TT, wiedzą, że może to być ostatni wyścig w ich życiu. Liczba ofiar jest tylko nieznacznie niższa niż liczba zwycięzców, których w całej historii było już 284. Co takiego jest w tym wyścigu, że motocykliści są gotowi zaryzykować własne życie, by w nim wystartować?

Wyścigi na wyspie Man - położonej na Morzu Irlandzkim między Wielką Brytanią a Irlandią - rozpoczęły się dość przypadkowo. Rząd Wielkiej Brytanii na początku XX w. zakazał ścigania się na autostradach i drogach publicznych, a nie istniały jeszcze tory wyścigowe. Sekretarz Automobilklubu Wielkiej Brytanii i Irlandii, Sir Julian Orde, wpadł jednak na pomysł, by przenieść wyścigi na wyspę, której władze chętnie przyjęły jego pomysł. Natychmiast uchwalono ustawę, która zezwoliła na organizację wyścigu, choć w 1904 r. jeszcze tylko dla samochodów, na trasie mierzącej ponad 52 mile, czyli ponad 83 kilometry.

Zobacz wideo Kubica ma prosty zespół na start w legendarnym wyścigu. "Nie będzie łatwo"

Wyścig początkowo nie miał tak złej sławy, jak obecnie. Pierwsi zwycięzcy osiągali średnią prędkość wynoszącą nieco ponad 20 km/h. Ale to szybko się zmieniło - po pierwszej wojnie światowej wynosiła już blisko 90 km/h, by tuż przed wybuchem drugiej wojny wzrosnąć do 145 km/h. To jednak wciąż nie robi wrażenia w porównaniu do aktualnego rekordu toru, który należy do Petera Hickmana - pętlę toru pokonał w czasie 16:42,778, czyli ze średnią prędkością blisko 218 km/h.

Co roku kilku zawodników ginie w Isle of Man TT

Za pędzącymi kierowcami nie nadążyli jednak organizatorzy, którzy od dłuższego czasu pracują nad zwiększeniem bezpieczeństwa. Z - dodajmy - dość miernym skutkiem. Wyścig odbywa się na zwykłych ulicach, które od budynków nie są odgrodzone nawet najprostszymi barierkami. Tylko kilka zakrętów zabezpieczone jest dmuchanymi bandami, ale to nie znaczy, że jest tam bezpiecznie. Trzeba mieć masę szczęścia, by przewracając się przy prędkości ponad 300 km/h, trafić w dmuchaną bandę. Nawet jeśli to się uda, zawodnicy nadal mogą odnieść poważne obrażenia.

W ostatniej edycji, na przełomie maja i czerwca, szczęścia zabrakło pięciu uczestnikom, dla których był to ostatni wyścig w ich życiu. Pod tym względem to najgorsza edycja od 1989 r., gdy podczas wyścigu Isle of Man TT także zginęło pięć osób. Łącznie od pierwszej edycji wyścigu na wyspie Man zginęło już 265 zawodników. Giną jednak nie tylko oni - od pierwszej edycji zginęło już 11 osób obecnych podczas wyścigów, ale w nich nie startujących, w tym widzowie, policjant i pracownicy obsługi toru.

Zawodnicy nie wyobrażają sobie końca Isle of Man TT

Mimo że od 1990 r. tylko dwukrotnie się zdarzyło, aby nie zginął żaden z zawodników, wyścig cały czas cieszy się wielką popularnością wśród motocyklistów. Choć po każdym śmiertelnym wypadku pojawiają się głosy, że wyścig powinien przestać istnieć, zawodnicy nadal chcą tu przyjeżdżać. I nie wyobrażają sobie, że kiedykolwiek Isle of Man TT miałby zakończyć swoją historię. 

- Myślę o rodzinach i przyjaciołach ludzi, którzy nie wrócą do domu - powiedział Peter Hickman, cytowany przez Autosport. W tym roku wygrał swój dziewiąty wyścig na wyspie Man w karierze. - To trudny sport. Nie wszyscy to rozumieją i ja ich rozumiem. Wszyscy jesteśmy tu jednak z własnego wyboru - dodał.

- Chcemy tu być. Nikt z nas nie chciałby, żeby ten wyścig się skończył, nawet jeśli nie wrócimy do domu. Rozumiem, że ludzie tego nie mogą zrozumieć, ale właśnie tacy jesteśmy. Jeśli tu jesteśmy i ścigamy się, akceptujemy to ryzyko - podkreślił Hickman.

Organizatorzy, choć nie mają łatwego zadania, stale próbują poprawiać bezpieczeństwo zawodników. Od 20 lat nikt nie wyjedzie na tor, jeśli nawierzchnia jest mokra. Debiutanci muszą obowiązkowo przejść specjalne szkolenie z doświadczonymi zawodnikami, którzy pomagają im się odnaleźć na torze. W tym roku zamontowano dodatkowe panele LED, aby ostrzegać o niebezpieczeństwie na torze.

Organizatorzy wyciągają wnioski po śmiertelnych wypadkach

Jest już pewne, że po tegorocznych wypadkach, szczególnie po dwóch w klasie Sidecar (motocykli z dodatkowym koszem), organizatorzy przeprowadzą dokładne dochodzenie, aby wyjaśnić okoliczności tych zdarzeń. Wszystko po to, by móc wyciągnąć wnioski i spróbować poprawić bezpieczeństwo, by zrobić, co jest możliwe, by w przyszłości uniknąć podobnych zdarzeń. Tak, jak po wypadku w 2014 r., gdy zginął Bob Price. Anglik wypadł z trasy i uderzył w nieosłoniętą ścianę pubu The Raven, ponosząc śmierć na miejscu. Gdyby już przed jego wypadkiem bandy osłaniały ścianę, miałby szansę przeżyć. Po jego śmierci cała ściana została zabezpieczona.

Nie da się w pełni zabezpieczyć toru wiodącego ulicami, często znajdującymi się tuż przy budynkach, drzewach czy słupach telegraficznych, a także ogrodzonych wysokimi kamiennymi murami. Trzeba także pamiętać, że są to kręte drogi, po których motocykliści pędzą z prędkościami przewyższającymi 300 km/h. Z tego względu właściwie co roku pojawiają się głosy, że wyścig powinien przestać istnieć. Władze wyspy Man jednak nie zdecydują się na ten ruch z prostego powodu - wyścig przynosi gigantyczne dochody. Tylko w 2019 r., całe wydarzenie wygenerowało blisko 37 mln funtów, będąc jednym z głównych wydarzeń odbywających się na wyspie w ciągu roku. 

To nie pieniądze przyciągają zawodników na wyspę Man

Ale to nie pieniądze przyciągają zawodników do walki o wygraną w Isle of Man TT. Wystarczy wspomnieć, że za zwycięstwo, prowadząc od startu do mety, do wygrania jest jedynie ok. 18 tys. funtów. Kontrakty sponsorskie zawodników w MotoGP przynajmniej kilkukrotnie przewyższają tę kwotę, nie wspominając już o gwiazdach pokroju Marca Marqueza, Aleixa Espargaro czy Fabio Quartararo.

Gdyby spytać motocyklistów, gdzie chcieliby wygrać wyścig, gdyby to miało być ich jedyne zwycięstwo, niemal wszyscy bez zastanowienia odpowiedzieliby, że właśnie na wyspie Man. Wygrana w Isle of Man TT daje wieczną chwałę wśród motocyklistów, a sama atmosfera podczas całego wydarzenia sprawia, że wszyscy, którzy choć raz się tu ścigali, chętnie wracają w kolejnych latach.

I znów kładą na szali własne życie. Wszystko zgodnie z powiedzeniem słynnym na wyspie Man: "jeśli chcesz zostać tu sławny, wygraj albo zgiń".

Więcej o: