"Polski książę" zginął u szczytu kariery. "On był geniuszem"

Alan Kulwicki na trwale zapisał się w historii sportu. Jego perfekcjonizm, wytrwałe dążenie do celu i poświęcenie do dziś są wzorem dla kolejnych pokoleń. 1 kwietnia tragiczny wypadek przerwał jego karierę, gdy Amerykanin chlubiący się polskim pochodzeniem był u szczytu sławy.

Seria NASCAR nie jest specjalnie u nas popularna, ale w USA to religia fanów motorsportu. Miliony widzów śledzą każdy wyścig, w którym rywalizacja na owalnych torach trwa między 3 i pół, a cztery godziny. Dziesiątki tysięcy widzów zasiadają na trybunach wokół torów. Ale dziś NASCAR notuje spadek popularności. We wczesnych latach 90. przeżywał złote czasy. Transmisje oglądało trzy razy więcej widzów niż dziś, a na trybunach liczba widzów przekraczająca 150 tysięcy nie była rzadkością. Właśnie wtedy, człowiek znikąd — Alan Kulwicki sięgnął po mistrzostwo.  

Zobacz wideo

Nie dość, że z północy to jeszcze inteligent

Człowiek znikąd, bo NASCAR to domena południa USA, a Kulwicki pochodził z północy. Wychował się w pełnym potomków polskich emigrantów Greenfield na przedmieściach Milwaukee w stanie Wisconsin.  

Nie dość, że z północy, to jeszcze w dodatku inteligent. Jeden z nielicznych pełnoprawnych kierowców wyścigowym w Winston Cup — najwyższej klasie serii NASCAR, który ukończył uniwersytet. Amerykanin polskiego pochodzenia zdobył tytuł inżyniera na wydziale inżynierii mechanicznej Uniwersytetu Wisconsin-Milwaukee. W 1992 roku pokazał, że nie trzeba pochodzić z południa i nosić brodę, by wygrywać na owalnych torach mistrzostwo.

Kamil Stoch i Adam MałyszMałysz usłyszał od Stocha: Nie życzę sobie. Ujawniamy, gdzie jest kasa, gdzie jest klasa

Ale droga do tytułu była kręta i wyboista. Swoją karierę zaczął tak jak znakomita większość kierowców — od wyścigów kartingowych. Zachęcił go do tego przykład ojca, który był uznanym mechanikiem i konstruktorem silników do samochodów wyścigowych. Ale z powodu częstych wyjazdów rzadko mógł wspierać syna w jego startach. W końcu Alan sam zaczął pracować nad silnikami do swoich pojazdów. Startował w lokalnych zawodach. Najpierw hobbistycznie, gdy przez dwa lata po studiach pracował jako inżynier, a potem zawodowo. W końcu spróbował swoich sił w niższej serii klasy NASCAR – Busch Series.

Kulwicki sprzedał wszystko, co miał i ruszył na południe

Wtedy w 1985 r. doszedł do wniosku, że startując na środkowym zachodzie, wielkiej kariery nie zrobi. Miał już 30 lat, więc postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Sprzedały cały swój dobytek i pożyczył pickupa, na który zapakował samochód wyścigowy, który sam skonstruował. Jego własna półciężarówka została zniszczona dwa dni przed podróżą, gdy doszło do spięcia w układzie elektrycznym. Ruszył do Charlotte w Północnej Karolinie – do amerykańskiej mekki NASCAR. 1380 km od rodzinnego domu. 

Niespodziewanie zjawił się pod sklepem Billa Terry’ego, który był właścicielem małego teamu w NASCAR. Tu wyjaśnienie. W przeciwieństwie do Formuły 1 NASCAR to bardzo otwarta seria. Nie trzeba mieć wagonu pieniędzy, by zacząć tam starty. Zresztą na tym z grubsza polega idea tych wyścigów. W rywalizacji biorą teoretycznie takie samochody, którymi kierowcy mogliby spokojnie wrócić po dekoracji do domów. 

Kulwicki zaliczył w teamie Terry’ego kilka startów. W połowie sezonu 1986 r. ich drogi się rozeszły. Kulwicki kupił team od swojego dotychczasowego patrona i zmienił nazwę stajni na AK Racing. Od tego czasu był jednocześnie zawodnikiem, właścicielem i głównym inżynierem swojego jednoosobowego teamu. Nie miał żadnego wsparcia finansowego ze strony sponsorów czy producentów samochodów. Ale miał talent, determinację, wytrwałość i perfekcjonizm. Nad wozem pracował długie godziny, by był on zdolny do wytrzymywania trudów wyścigu i sezonu.

Z dwoma silnikami na sezon został debiutantem roku

Mimo że Kulwicki miał w teamie tylko jeden samochód i dwa silniki do niego na cały sezon to w 1986 r. zajął 21. miejsce w klasyfikacji generalnej i został debiutantem roku w najwyższej serii NASCAR. Mógł wtedy podpisać lukratywny kontrakt jako kierowca w innym teamie, ale on wolał pracować na własny rachunek. W 1991 r. nie skusiła go nawet oferta za milion dolarów za sezon.  

Ale współpracować z nim było ciężko, bo nie miał zaufania do swoich podwładnych, musiał kontrolować, czy wszystko idzie po jego myśli. - On był geniuszem, ale płacił za to wysoką cenę. Był bardzo niecierpliwy i niczego nie owijał w bawełnę. Walił prosto z mostu – wspomina Kulwickiego Ray Evernham, późniejszy właściciel teamu w NASCAR, który wytrzymał w AK Racing jedynie sześć tygodni.

Reprezentacja PolskiNajnowszy ranking FIFA po awansie Polski na mundial. Nowy lider

Po roku Kulwicki znalazł sponsora i zaczął osiągać jeszcze lepsze wyniki. W 1988 r. wygrał pierwszy ze swoich pięciu wyścigów w Winston Cup – mistrzowskiej serii NASCAR. Po triumfie na Phoenix International Raceway obrócił samochód i zaczął jechać w przeciwnym kierunku niż podczas wyścigu. Dzięki temu mógł jednocześnie prowadzić auto i machać do publiczności. Ten rodzaj celebracji nazwał "Polskim okrążeniem zwycięstwa", aby podkreślić swoje polskie pochodzenie. - Wszyscy po swoim pierwszym zwycięstwie pryskają się szampanem lub stają na samochodzie. Chciałem zrobić coś zupełnie innego dla fanów - powiedział wtedy.

Polski książę został mistrzem NASCAR

W 1992 r. jego determinacja i perfekcjonizm zostały nagrodzone. Został mistrzem w Winston Cup. Przed ostatnim wyścigiem Hooters 500 na torze w Atlancie tracił do lidera cyklu – Davey’ego Allisona - 30 punktów. Równocześnie miał tylko 10 punktów przewagi na trzecim Billem Elliottem. Teoretycznie aż sześciu zawodników z czołówki klasyfikacji generalnej miało szanse, by zdobyć tytuł. Fortuna uśmiechnęła się do Kulwickiego. Na finiszu zajął drugie miejsce za Elliottem, ale utrzymał przewagę nad rywalem, bo dostał 5 bonusowych punktów za największą liczbę okrążeń na prowadzeniu. Allison pogrzebał swoje szanse na tytuł po kraksie na 254. okrążeniu wyścigu. 

To był historyczny wyścig. Do dziś uznawany jest za jeden z najbardziej dramatycznych finiszów sezonu w historii NASCAR.  

Kulwicki tylko cztery i pół miesiąca cieszył się z tytułu. 1 kwietnia 1993 r. doszło do tragedii. Mały samolot, którym wracał z promocyjnego wyjazdu do Knoxville w stanie Tennessee, rozbił się po półgodzinnym locie, gdy podchodził do lądowania na lotnisku Tri-Cities w mieście Blountville. Wraz z mistrzem NASCAR zginęli Mark Brooks, syn właściciela firmy The Hooters (sieć restauracji, główny sponsor Kulwickiego), Dan Duncan i pilot Charles Campbell. Przyczyną katastrofy było oblodzenie układu wlotowego silnika. Za winnego wypadku uznano pilota, który nie użył systemu przeciwoblodzeniowego. 

Koledzy oddali hołd Kulwickiemu

Na pogrzebie odegrano nad grobem kierowcy tę samą piosenkę, której słuchał po zdobyciu mistrzostwa i na posezonowym bankiecie. "My Way" Franka Sinatry. To była metafora życia Kulwickiego.

Piotr Żyła wykańcza nowy domPiotr Żyła już wybrał nowy zawód? Absolutny hit. "Naprawdę dał radę"

Trzy dni po śmierci Kulwickiego zwycięzca wyścigu w Bristolu, Rusty Wallace, uhonorował swojego byłego rywala z toru, wykonując "polskie okrążenie zwycięstwa". 

Kilka tygodni później zginął w katastrofie śmigłowca Allison, z którym kierowca AK Racing rywalizował w poprzednim sezonie o tytuł do ostatniego wyścigu. Po tej tragedii Dale Earnhardt po wygraniu wyścigu NASCAR uhonorował obu tragicznie zmarłych kolegów, wykonując "polskie okrążenie zwycięstwa" z flagą z numerem samochodu Allisona w ręce. 

Choć Kulwicki miał w karierze krótką karierę w porównaniu do innych mistrzów, do dziś jest wspominany i podziwiany za swoją niezwykłą determinację i poświęcenie wszystkiego, co miał, by zostać mistrzem w ukochanym sporcie na swoich własnych warunkach. 

Firma Hooters, która ma w NASCAR zespół, wciąż pamięta o kierowcy polskiego pochodzenia, którego byłą sponsorem. W ubiegłym roku przypominała postać "Polskiego księcia" cytując jego słowa: w każdym aspekcie życia, miej plan działania i daj z siebie wszystko, aby go zrealizować.

Więcej o: