Jego ojciec ratował Laudę. Edwards zginął, ucząc młodego kierowcę w Australii

Jego ojciec był kierowcą Formuły 1 i ratował Nikiego Laudę po wypadku w 1976 roku, a on od początku był skazany na motorsport. Sean Edwards przyjaźnił się z Kubą Giermaziakiem, z którym rywalizował w serii Porsche Supercup. W 2013 roku, jako lider klasyfikacji generalnej, poleciał do Australii, by tam szkolić jednego z kierowców. Podczas jednej z jazd w aucie nastąpiła awaria hamulców. Edwards, ktory jechał jako pasażer, zginął na miejscu.

- Był bardzo utalentowany, miał nietypowy styl jazdy, który sprawdzał się na trudnych torach. Im bardziej skomplikowany obiekt, tym lepiej dla Seana. W Monako, kiedy ja dojeżdżałem na drugim miejscu dwadzieścia sekund za Seanem, on pobił mój rekord największej przewagi nad kolejnym kierowcą na mecie - to pokazuje, jak jeździł. Sean był w stanie pojechać 30-40 weekendów wyścigowych po całym świecie, a kierowcy Formuły 1 narzekają na 22. Był gotowym na duży wysiłek, świetnym kierowcą - mówił o Seanie Edwardsie w rozmowie ze Sport.pl były kierowca serii Porsche Supercup, Kuba Giermaziak. Brytyjczyk popełnił jeden błąd. Poleciał szkolić młodego, australijskiego kierowcę za duże pieniądze. 15 października 2013 roku spotkał się z nim na torze Queensland Raceway, usiadł na fotelu pasażera i w nim zginął.

Zobacz wideo Honda wycofuje się z F1. Co to oznacza dla teamów startujących w wyścigach?

Giermaziak: Tragedia Edwardsa pozbawiła mnie przyjaciela. Wtedy jedynego, którego miałem na torze

- Śmierć Seana była ogromnym szokiem. Pamiętam dobrze całą sytuację. Kierowca, którego zamierzał uczyć, namawiał go na to już od dłuższego czasu. Poleciał. Znalazł się w prawym fotelu w starym samochodzie, w którym nigdy nie powinien się znaleźć. Zginął w wypadku po awarii technicznej auta. To było brutalne. W Australii nie ma takich środków bezpieczeństwa, jak w Europie. Tu nie byłoby betonowej ściany, w którą wtedy uderzyli. Sean zmarł na miejscu. Ta tragedia wstrząsnęła światem motorsportu i pozbawiła mnie przyjaciela. Wtedy jedynego, którego miałem na torze - opisywał Giermaziak.

Ojciec Edwardsa ratował Nikiego Laudę

Sean Edwards był skazany na sport i rywalizację na torze. Jego ojciec, Guy, jeździł w Formule 1 i wyścigach 24h Le Mans. Nie zdobył ani jednego punktu w F1, więc najbardziej kojarzy się go z wyścigiem podczas Grand Prix Niemiec w 1976 roku. To wtedy na Nuerburgringu omal nie zginął legendarny Niki Lauda, trzykrotny mistrz świata. Na drugim okrążeniu jego bolid Ferrari wypadł z toru, uderzył w barierę i się zapalił. Guy Edwards był jednym z czterech kierowców, którzy najszybciej zatrzymali się przy Austriaku i wyciągali go z płomieni.

- Uderzył w barierę, odbił się od niej i wrócił na tor. Jechałem za Laudą i trafiłem w jego obracający się samochód, co odrzuciło mnie jeszcze na 20 metrów. Ale widząc, co się stało, szybko wysiadłem ze swojego samochodu, podbiegłem do Ferrari i wraz z Brettem Lungerem, Haraldem Ertlem i Arturo Merzario zaczęliśmy wyciągać Laudę. To nie było łatwe, bo bolid się palił, a Niki był uwięziony, ale udało nam się - relacjonował po latach dla "Belfast Telegraph" Guy Edwards. Lauda trafił do szpitala, gdzie ksiądz udzielił mu ostatniego namaszczenia. Kierowca był w śpiączce i wszyscy myśleli, że pozostało mu kilka godzin życia. - Był w bardzo poważnym stanie. Ale wielką determinacją wywalczył częściowy powrót do zdrowia i ścigania, bo wrócił zaledwie kilka tygodni później. Podziękował mi, ale bardzo trudno było mu mówić o tym wypadku. Później, gdy zakończył karierę i pojawiał się w padoku, regularnie się spotykaliśmy - dodawał Edwards. W filmie "Rush", w którym odtworzono scenę wypadku Laudy, Guya Edwardsa zagrał właśnie jego syn, Sean.

 

Miał przyszłość w wyścigach długodystansowych, mógł zostać kierowcą fabrycznym Porsche

Młody Edwards zaczął jeździć w kartingu w wieku jedenastu lat. Następnie próbował swoich sił w brytyjskich seriach dla bolidów jednomiejscowych, ale w trzech z nich nie potrafił skończyć sezonu wyżej niż na czwartym miejscu. W 2006 roku przeprowadził się do Monako i wystartował w serii FIA GT3 European Championship - pierwszej w karierze, gdzie jeździł samochodem "z drzwiami", zamkniętym. Zdobył tam jedyny tytuł mistrzowski w swojej karierze, gdy wraz z Philem Keenem oraz Dimitrisem Deverikosem wygrywał dla zespołu Tech 9 Motorsport.

Dwa lata później trafił do serii, z której może znać go część polskich kibiców. Edwards rywalizował w Porsche Supercup. Tej samej, w której przez sześć lat jeździł polski zespół Verva Racing Team, a w nim wspomniany już Kuba Giermaziak. Polski kierowca zaprzyjaźnił się z Edwardsem i rywalizował z nim o kolejne zwycięstwa. Poza Porsche Supercup łączyła ich wielka miłość do wyścigów długodystansowych. Sean startował w 24-godzinnych wyścigach na legendarnym torze Le Mans, gdy w 2012 roku nie ukończył tam rywalizacji, a także w Dubaju czy na Nuerburgringu, gdzie wraz z Nickim Thiimem, Jeroenem Bleekemolenem i Berndem Schneiderem udało mu się nawet wygrać. Wielu ekspertów uważało, że w takim rodzaju ścigania Sean ma jeszcze dużo do pokazania i udowodnienia.W Porsche Supercup do 2013 roku miał już dwa wicemistrzostwa serii zdobywane w poprzednich sezonach. Przed ostatnim weekendem w Abu Zabi, gdzie miały się odbyć dwa wyścigi kończące sezon 2013, był liderem klasyfikacji generalnej. Wszyscy stawiali go w roli faworyta do zwycięstwa, a Porsche po zdobytym tytule widziało go w roli kierowcy fabrycznego. Ale on nie pojawił się na torze Yas Marina.

Nie słuchał matki ani kolegów z toru. Zginął, robiąc to, co kochał

Edwards przez kilka miesięcy był namawiany do wylotu do Australii przez młodego kierowcę, Willa Holzheimera, który chciał, żeby Brytyjczyk uczył go podczas prywatnych testów na torze Queensland Raceway. Kusił go sporymi pieniędzmi, wiedząc, że Edwards już wcześniej wspierał utalentowanych juniorów. Brytyjczyk w końcu dał się namówić i chciał wykorzystać przerwę przed końcem sezonu w Porsche Supercup. Odradzali mu to wszyscy koledzy z toru, ale on nie słuchał nawet swojej matki. - Mówiłam: Wyjedziesz aż do Australii uczyć jakiegoś juniora? Jesteś liderem mistrzostw, nie musisz. Ale on odpowiadał: "Ja to kocham" - wspominała później w rozmowie z “The Evening Standard”.

15 października wsiadł do Porsche GT3 serii 996 jako pasażer. Prowadził Holzheimer, a on starał się mu podpowiadać. Nie znał tego konkretnego samochodu. Auto było stare, a standardy bezpieczeństwa na torze inne niż w Europie. Za barierami z opon kryły się betonowe ściany. W pewnym momencie Australijczyk nie zdołał pokonać jednego z zakrętów, a Porsche z prędkością 210 km/h wypadło z toru, przebiło barierę i z ogromną siłą uderzyło w ścianę. Od razu się zapaliło. Pomimo natychmiastowej reakcji obsługi toru i pojawieniu się straży pożarnej, samochód był niemal doszczętnie zniszczony. Edwards zginął na miejscu. Holzheimer przeżył, ale obrażenia odniesione w wyniku wypadku będzie musiał leczyć do końca życia.

 

Awaria hamulców, kuriozalny proces i fundacja 

Porsche uderzyło w ścianę z prędkością 135 km/h, spowolnione przez żwir na poboczu. Eksperci ustalili, że musiałoby ono być trzy razy dłuższe, żeby zapobiec takim skutkom wypadku. W raporcie za jego przyczynę śledczy uznali awarię hamulców, które miały być zupełnie zużyte. Holzheimer i Edwards znaleźli się w pułapce i to cud, że ten pierwszy żyje. Przez kilka miesięcy Australijczyk pozostawał w śpiączce farmakologicznej, ale udało się go wybudzić i w kolejnych latach przechodził długą i trudną rehabilitację. Rodzina Holzheimerów nie zdradzała jednak jej szczegółów. Kuba Giermaziak o śmierci Edwardsa dowiedział się niedługo po wypadku. - Niedawno pisałem wam, że siedzimy razem na lotnisku i przez jego namowy założyłem Twittera. Godzinę temu dowiedziałem się, że nie żyje. Sean, byłeś moim przyjacielem i na pewno nigdy Cię nie zapomnę. Wiele się od Ciebie nauczyłem i miałem zaszczyt ścigać się z Tobą, ale również walczyć w tym samym aucie o zwycięstwo. Spoczywaj w pokoju - napisał na swoim Facebooku Polak. Wyścigi Porsche Supercup w Abu Zabi się odbyły i Edwards w klasyfikacji generalnej mistrzostw był drugi, za Nickim Thiimem, który zadedykował mu zdobyty tytuł. Bo wtedy nikt nie myślał o niczym innym.

Śledztwo nie wykazało winy kierowcy, ale prokuratura rozpatrywała możliwą winę władz toru w Queensland. Wiele osób twierdziło, że Willowi i Seanowi nie powinno się pozwolić na wyjazd na tor. Właściciele Queensland Raceway byli innego zdania i zapewniali, że wszystkie standardy zostały dopełnione tak, jak dotychczas. Proces przebiegał w kuriozalny sposób. Prawnik rodziny Edwardsów na jednej z rozpraw zasnął, a prokurator John Lock nie wskazał żadnych błędów popełnionych przy zabezpieczaniu toru, mimo że mówili o nich nawet australijscy działacze. Za wypadek Edwardsa i Holzheimera nikt nie poniósł odpowiedzialności, a Lock zachęcił jedynie, żeby częściej informować o ryzyku, jakie podejmuje się, wybierając jazdę w Queensland. Tor nie został zamknięty, a jedynie poprawiony w kilku miejscach. 

Rodzina Seana Edwardsa postanowiła zrobić więcej i założyła fundację imienia kierowcy. Poza podtrzymywaniem pamięci o Brytyjczyku jej działanie ma na celu zwiększanie bezpieczeństwa na torach wyścigowych. Jej ambasadorami zostali koledzy Edwardsa z toru, w tym Kuba Giermaziak. - To była głupia śmierć i wiele osób miało do siebie pretensje, że go nie powstrzymali. Ale jak można powstrzymać dorosłego faceta, który podjął decyzję o uczeniu młodszego kierowcy? Ja od dawna mam taką zasadę, że nie szkolę. Nie czuję się dobrze jako pasażer. Na co dzień ścigał się w najlepszych, często fabrycznych samochodach, a gdy wsiadasz do auta, o którym nic nie wiesz, z kierowcą, którego nie znasz, to takie sytuacje mogą się niestety wydarzyć. Bezpieczeństwo na torze od tamtego momentu bardzo się poprawiło, także dzięki działaniu fundacji. To chyba jedyny plus tej sytuacji - mówił nam Giermaziak.

Przeczytaj także: