Robert Dados nie żyje

We wtorek rano Robert Dados, jeden z najbardziej utalentowanych polskich żużlowców, zmarł w jednym z lubelskich szpitali. - To największa tragedia od czasów śmierci Edka Jancarza, pchniętego nożem przez żonę. Może nawet większa, bo Robert był przecież czynnym żużlowcem - mówi prezes jednego z klubów ekstraligi
Dados, mistrz świata juniorów z 1998 r. i uczestnik cyklu Grand Prix seniorów, od tygodnia leżał nieprzytomny w szpitalu - po kolejnej, trzeciej już próbie samobójczej. Lekarze określali jego stan jako bardzo ciężki. A jeszcze kilka tygodni temu nic nie zapowiadało nadciągającej tragedii...

Planował dalszą karierę

Dados cieszył się, że podpisał kontrakt w Lublinie, gdzie w I-ligowym TŻ Sipma miał wrócić do wielkiej formy. Odebrał nawet nowe motocykle. Jednak w feralny wtorek 23 marca niespodziewanie odmówił występu w meczu sparingowym. Tłumaczył, że musi popracować przy sprzęcie. Wieczorem jego ojciec powiadomił klub, że Robert po raz kolejny targnął się na życie. Próbował powiesić się w domu swoich rodziców. Wczoraj mimo wysiłków lekarzy zmarł.

- To straszna tragedia. Trudno się teraz zastanawiać, dlaczego on to zrobił? Jakie miał motywy? Bo tego nie dowiemy się pewnie nigdy - mówi Rufin Sokołowski, prezes występujacej w ekstralidze Unii Leszno. - Przecież to był młody chłopak, miał ładną żonę, synka. 27 lat to pełnia życia. Dla mnie to kompletnie niezrozumiałe.

- Trudno cokolwiek powiedzieć tak na gorąco, w trzech zdaniach - głos Przemysława Sierakowski, były działacz GKM-u Grudziądz (Dados strartował w tym mieście przez pięć lat), łamie się - Na pewno czeka mnie kilka nieprzespanych nocy. Człowiek będzie się zastanawiał, czego nie zrobił, a mógł jeszcze zrobić dla Roberta. Bo Robert z tych grudziądzkich czasów był mi naprawdę bliską osobą. Nawet przyjechał tu do nas trzy tygodnie temu. Był wesoły, planował dalszą karierę. Nic nie wskazywało, że dojdzie do takiej tragedii. W nim musiało coś siedzieć, bo trzy próby samobójcze nie mogą być wywołane tylko chęcią zwrócenia na siebie uwagi.

O Dadosie bardzo głośno było już rok temu. Wówczas, gdy startował jeszcze w Atlasie Wrocław, dwukrotnie próbował popełnić samobójstwo. Najpierw podciął sobie żyły, jednak w porę uratował go jego mechanik. Później chciał się powiesić, ale samobójczej próbie zapobiegł powrót do domu żony Agnieszki, która odprowadzała do przedszkola ich synka Denisa.

Na początku 2003 roku Robert trafił pod opiekę psychiatrów. Wrocławski klub nie "odciął" się jednak od swojego zawodnika. I mimo podzielonych opinii w środowisku, umożliwił mu powrót do żużla.

By było jak dawniej

Niektórzy działacze i trenerzy solidaryzowali się wtedy z prezesami Atlasu. - Zawodnik nagle odsunięty od żużla czuje się gorzej niż jakby zachorował na AIDS - podkreślał Jan Nowak, były trener Dadosa z Grudziądza. - Nikt nie ma prawa go przekreślać - wtórowali mu inni działacze. Powrót do sportu potraktowano jako rodzaj terapii. Ale byli też tacy, którzy otwarcie kwestionowali jego powrót. - Czy pan czułby się komfortowo, wsiadając do samolotu i wiedząc, że pilot miał dwie próby samobójcze? - pytał retorycznie Rufin Sokołowski.

- Teraz mogę o tym powiedzieć. Po dwóch próbach samobójczych Dadosa długo rozmawiałem o tym z moimi zawodnikami. I nasz psycholog współpracujący z klubem przekonywał mnie, że samobójca nie zrobi nikomu krzywdy na torze. Bo wypadek żużlowy nie zawsze kończy się śmiercią, czasem trwałym kalectwem, a samobójcy nie o to przecież chodzi. Moi zawodnicy zawsze uważali jednak, że dopuszczenie Dadosa do startów na żużlu po dwóch próbach samobójczych to jakaś nienormalna sytuacja - mówi dziś jeden z żużlowych działaczy.

Wrocławski klub starał się jednak robić wszystko, by było jak dawniej, a Dados znów mógł się cieszyć z sukcesów na torze. Momentami odnosiło się jednak wrażenie, że terapia "przez żużel" nie przynosi efektu. W połowie roku zawodnik znów trafił na czołówki gazet. Najpierw w tajemniczych okolicznościach zniknął na kilka dni w Szwecji, potem ukradł paliwo na stacji benzynowej w Zielonej Górze. Raz nawet przebrał się w kevlar brata i wystartował za niego w zawodach pomorskiej ligi młodzieżowej. W środowisku była to tajemnica poliszynela. Ale nikt się tym nie zajął, bo wtedy Dados zostałby zdyskwalifikowany. - On żył jakby w innym świecie - mówi osoba związana ze środowiskiem żużlowym.

Miał być jak Armstrong

Pod koniec poprzedniego sezonu także działacze Atlasu stracili cierpliwość - zawiesili Dadosa w prawach zawodnika. Ich decyzję skomentował lekceważącym tonem: - A kto wam będzie jeździł?

Potem w prezencie od wiceprezes Atlasu Krystyny Kloc dostał jeszcze biografię słynnego kolarza Lance'a Armstronga, który po heroicznej walce wygrał walkę z rakiem i wrócił do wielkiego sportu. Kilka tygodni temu wydawało się, że Dados też jest na dobrej drodze do wielkiego powrotu...