Bereś, Skoczylas: Ratunek dla polskiego sportu

Koledzy mówią o nim żartobliwie Roman Holtański. Właśnie zdobył tytuł indywidualnego mistrza Polski na żużlu.
Tomasz Gollob, któremu tytuł umknął sprzed nosa, kąśliwie oznajmił, że przegrał z Norwegiem. Bo Roman Holtański to naprawdę Rune Holta, który dwa lata temu dostał polskie obywatelstwo, żeby we Włókniarzu Częstochowa mógł jeździć jeszcze jeden zagraniczny żużlowiec. Sztuczka z lipnym obywatelstwem nie podoba się Gollobowi, ale za to podoba się działaczom i kibicom. Holta jest wprawdzie pierwszym cudzoziemcem, który został żużlowym mistrzem Polski, ale nie pierwszym przyszywanym Polakiem. Mamy już koszykarza Józka McNaulla i oczywiście czarnoskórego Olisadebe, który jest stuprocentowym Polakiem, o ile oczywiście nic go nie boli.

Do zostania Polakami przymierzają się czescy i słowaccy hokeiści, którzy u siebie nie załapaliby się na rezerwowych, a u nas mogą być gwiazdami. Jest też pewien amerykański pływak w wieku przedemerytalnym, który odkrył polskie korzenie, i chciałby wystartować na olimpiadzie w biało-czerwonych barwach.

Naród, któremu ojczystą mowę kodyfikowali Samuel Linde, Aleksander Brückner, Kazimierz Nitsch oraz Baudouin de Courtenay, a wodociągi zakładał Józef Dietl, z wyrozumieniem powinien podchodzić do kwestii obywatelstwa, ojczyzny i tym podobnych, przepraszamy za brzydkie słowo, imponderabiliów. Sypie się nam lekka atletyka? No to pojedźmy na Jamajkę, wejdźmy do pierwszego pubu, wygarnijmy stamtąd trzydziestu przypadkowych gości, dajmy im polskie obywatelstwo i będziemy mieć wunderteam. Menedżerem reprezentacji mógłby zostać niejaki Franciszek Bekenbałerowski, a prezesem PZPN Stefek Blatterczak. Że co? Że o Blatterczaku mówią, że to przekręciarz? Ale przynajmniej w jakim stylu!

W podobny sposób można by rozwiązać problem chuligaństwa na stadionach. Zamiast wydawać forsę na policję, ochroniarzy, identyfikatory, kamery, płoty i remontować stadiony po każdej wizycie szalikowców - wystarczyłoby kupić kibiców w Ameryce. Kto wie, czy nie wyszłoby taniej. Mielibyśmy na stadionach rodzinną atmosferę, kulturalny doping dla obu drużyn, a jedyną naganną rzeczą, jaką robiliby importowani kibice, byłoby wsuwanie kilogramów hamburgerów z PCV, ropy naftowej i zmywacza do paznokci.

Oczywiście, byłyby też negatywne (uwaga, znowu nieprzyzwoite słowo!) aspekty takiego rozwiązania problemu polskiego sportu. Otóż niewykluczone, że naszego "Samobója" pisaliby jacyś świetni felietoniści z Kalifornii czy Teksasu. Dlatego od dzisiaj śledzimy rynek prasowy w Turkmenii.