Rajdy samochodowe. Breen wygrał dla "Walijskiego Czarodzieja"

Craig Breen w ciągu jednego roku przeżył największą tragedię w życiu i odniósł największy sukces. Został mistrzem świata w klasie SWRC. Niestety, już bez swojego pilota i najlepszego przyjaciela Garetha Robertsa, który w czerwcu zginął w wypadku na rajdzie Targa Florio. W wypadku, który do złudzenia przypominał kraksę Roberta Kubicy z Ronde di Andorra.
Włoski rajd w serii IRC miał być dla załogi Carig Breen/Gareth Roberts wyłącznie startem treningowym. Zawodnicy skupiali się na walce o tytuł w SWRC, a występu na Sycylii początkowo w ogóle nie planowali. Po siedmiu odcinkach zajmowali szóste miejsce z wyraźną stratą do pierwszej trójki.

Na ósmym odcinku specjalnym ich Peugeot 207 z dużą prędkością wjechał na wyboisty asfalt. Wychodząc z szybkiego zakrętu Breen stracił panowanie nad autem. Samochód wypadł z drogi. Z impetem uderzył w przydrożną barierę, która - podobnie jak przy wypadku Kubicy - wbiła się do pojazdu. Początkowo nie wyglądało to groźnie. Breen odruchowo próbował uruchomić silnik i jechać dalej. Przecież miał już za sobą mnóstwo poważniejszych kraks. - Wiedziałem, że uderzyłem w barierę, ale nie zauważyłem, że ona wbiła się do środka. Spojrzałem na Garetha i zdałem sobie sprawę, jak poważna jest sytuacja. Od tego momentu niewiele pamiętam. I nie chcę pamiętać - wspomina Breen.

Roberts trafił do szpitala w stanie ciężkim. Obrażenia okazały się zbyt rozległe. Kilkadziesiąt minut później 24-letni Walijczyk zmarł.

Mały walijski czarodziej

- Żadne słowa nie opiszą tego, co czuję. Straciłem połówkę siebie. Mój mały towarzysz odszedł i pozostawił pustkę, która nigdy nie zostanie wypełniona - napisał na Twitterze Breen. - Nie potrafię opisać, jak wiele dla nas znaczył. Tak mi przykro. On znał mnie od podszewki, jak nikt inny. Już za nim tęsknię.

Ze śmiercią Robertsa rajdy straciły jeden z największych talentów, któremu wróżono wspaniałą karierę. - Był profesjonalistą. Pracował ciężko, zawsze można było na niego liczyć. Nigdy nie szukał wymówek - opowiadał Michael Roberts, ojciec Garetha. Rajdowi piloci zwykle trzymają się w cieniu, to kierowcy są głównymi bohaterami, to ich uwielbiają kibice. Ale w przypadku załogi Breen/Roberts było inaczej. Irlandzki kierowca, kiedy tylko mógł, podkreślał zasługi swojego pilota.

Poznali się w 2008 roku przez Facebooka. 18-letni wówczas Breen szykował się do debiutu w mistrzostwach świata po 10 latach startów w kartingu i szukał kogoś na prawy fotel. Trzy lata starszy Roberts miał już wtedy za sobą pierwsze rajdowe sukcesy u boku Elfyna Evansa, który akurat stracił na rok rajdową licencję. Wybór był oczywisty.

Młodzi zawodnicy dogadali się błyskawicznie. Wytworzyła się między nimi chemia, na którą inne załogi pracują latami startów. Byli jednym z najbardziej zgranych i obiecujących duetów w stawce.

W 2011 roku wystartowali w cyklu WRC Academy, przeznaczonym dla utalentowanych młodych kierowców. Breen i Roberts do ostatniej eliminacji walczyli o tytuł z Estończykiem Egonem Kaurem. Ostatni rajd w Wielkiej Brytanii musieli nie tylko wygrać, ale od początku do końca zdominować zawody. Do wygranej w cyklu potrzebowali zwycięstw w 14 z 17 odcinków. Wygrali 15. - Byliśmy chyba jedynymi ludźmi, którzy wierzyli, że to się uda. Dokonaliśmy niemożliwego. To był chyba najpiękniejszy dzień w moim życiu - mówił Breen.

Dzięki wygranej w Wielkiej Brytanii zrównali się punktami z Kaurem i zdobyli trofeum dzięki większej liczbie wygranych odcinków specjalnych. Zgarnęli nagrodę 0,5 mln euro. - Gareth trzymał mnie przy ziemi przez cały weekend, a musicie wiedzieć, że to nie jest łatwe zadanie - chwalił Breen swojego pilota po rajdzie. - Dzięki niemu utrzymałem się na drodze, to wszystko jego zasługa. Jest chyba najmniejszym walijskim czarodziejem, ale na pewno najlepszym.



Najtrudniejsza decyzja w życiu

Po zwycięstwie w WRC Academy było już łatwiej. Pojawiły się pieniądze i kontrakty. Roberts mógł zrezygnować z pracy elektryka i skupić się na rajdach. Irlandzko-walijska załoga zgłosiła się do mistrzostw świata SWRC, bezpośredniego zaplecza najwyższej serii WRC. Za kierownicą Forda Fiesty S2000 wygrali w swojej klasie Rajd Monte Carlo, a w Szwecji zajęli drugie miejsce. Do tragedii we Włoszech zajmowali pierwsze miejsce w klasyfikacji generalnej.

Przez wypadek i śmierć Robertsa wszystko runęło, a kariera Breena zawisła na włosku. Irlandczyk nie odniósł poważnych obrażeń, ale to ciężkie przeżycie musiało skaleczyć jego psychikę. W takich sytuacjach zawodowi kierowcy mają zwykle dwa wyjścia. Jedni chcą jak najszybciej usiąść za kierownicą, odbudować pewność siebie i poczuć prędkość. Inni odpuszczają, nie potrafią podjąć ryzyka i dźwigać odpowiedzialności. Rezygnują, tak jak Estończyk Markko Martin, który po wypadku i śmierci pilota nigdy już nie wrócił do wysokiego poziomu, choć wcześniej wygrywał rajdy WRC.

Breen wybrał tę pierwszą ścieżkę. - To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Nigdy nie pogodzę się ze śmiercią Garetha. Tylko dzięki mojej i jego rodzinie jestem gotów na kolejny krok - mówił kilka tygodni po wypadku. - Nigdy nie zapomnę Garetha. Byliśmy rajdową załogą, ale przede wszystkim najlepszymi przyjaciółmi. Jazda rajdówką bez tego kurdupla będzie dla mnie ciężkim przeżyciem, ale wiem, że Gareth chciałby tego. Od pierwszego startu byliśmy zwycięzcami i teraz mam takie same ambicje.

Rodzina Robertsa przez cały czas bardzo wspierała Breena. Ojciec Garetha, brat Dai i dziewczyna Holly ciągle mu przypominali: "Nie poddawaj się. Obaj mieliście marzenie. Nie pozwól mu umrzeć".

Łzy w Katalonii

Ktoś jednak musiał zająć miejsce Robertsa. Na prawy fotel wsiadł doświadczony, 34-letni Irlandczyk Paul Nagle. Były pilot mi.in. Garetha Machale'a i Krisa Meeke'a sam przeżył ciężki wypadek podczas Rajdu Sardynii w 2006 roku. Breen miał wrócić na Rajd Finlandii, wcześniej zaliczył testy we Francji. - Niewiele osób wie, co przeżyłem. Ale jak tylko wsiadłem do auta, poczułem się komfortowo, wręcz ciepło. Kompletnie inaczej, niż się spodziewałem. Jak tylko ruszyłem, wiedziałem, że mogę cisnąć - opowiada Breen.

Testy odbudowały w nim pewność siebie, ale po starcie w Finlandii koszmary musiały wrócić. Na legendarnym odcinku Ouninpohja Breen wyleciał z trasy i rolował przez kilkanaście metrów ( zobacz wideo ?). Z Forda została kula złomu. Kierowca szybko wyskoczył z auta, by sprawdzić, co z pilotem. Nagle złamał kilka żeber, Breen wyszedł z wypadu ze złamanym nadgarstkiem. - To był sto razy poważniejszy wypadek, a wyszliśmy z tego cało. A coś tak błahego, jak ta kraksa na Sycylii, zniszczyło mi życie - mówił. - Byłem kompletnie załamany. Czułem się odpowiedzialny za to. Pytałem sam siebie: Czy jestem zagrożeniem dla ludzi? Zagrożeniem dla siebie i dla Paula? Czy ja w ogóle jestem w stanie prowadzić rajdówkę bez wypadania poza drogę?

Odpowiedź dały kolejne starty. Zaczęło się od Rajdu Wielkiej Brytanii. Załoga Breen/Nagle wygrała w klasie SWRC, a na rampie polały się łzy, gdy do triumfującego Breena dołączyła rodzina Robertsa ( zobacz wideo ?). Potem było zwycięstwo w Rajdzie Francji i Rajd Katalonii, gdzie Breen zapewnił sobie mistrzowski tytuł. Znów były łzy, ale i wielkie szczęście. - Kilka miesięcy temu moje życie wywróciło się do góry nogami. Nigdy nie myślałem, że będę w stanie dotrzeć tu, gdzie jestem. Ale z Garethem mieliśmy swoje wielkie marzenie. Dzięki pomocy ludzi zdecydowałem się wrócić i zrealizować to marzenie dla nas obu. Jestem pewien, że on teraz jest ze mną - wydukał na mecie wzruszony Breen.

Sezon zakończył jeszcze jednym wspaniałym startem. W arcytrudnym rajdzie Var Irlandczyk zajął trzecie miejsce. Doszło tam do spotkania dwóch "pokiereszowanych" kierowców. Przed rajdem do Breena podszedł Robert Kubica i pogratulował mu sukcesów. - Robert w Var był niesamowity. Poza tym to jeden z najnormalniejszych ludzi, jakich poznałem - opowiadał Breen. - Po prostu przyszedł do mnie i powiedział "gratuluję tytułu". To był przejaw niezwykłej skromności, kiedy ktoś z takimi osiągnięciami sam podchodzi do kogoś takiego jak ja.

Nic mnie nie zatrzyma

Po sezonie na Breena posypały się nagrody. Głosami 39 proc. czytelników portalu WRC.com został wybrany Kierowcą Roku, ten sam tytuł przyznała mu irlandzka edycja "Motorsportu". Po gali FIA na Twitterze Breena pojawiło się zdjęcie statuetki dla najlepszego kierowcy SWRC. Nie trzeba dodawać, komu ją zadedykował.

22-letni kierowca ma za sobą rok, w którym przeszedł przyspieszony kurs dojrzewania. Teraz Irlandczyk musi się przygotować na kolejne wyzwania. Naturalnym krokiem w karierze powinna być dla niego przesiadka do auta WRC. Budżet na cały sezon to co najmniej 1,5 mln euro, a zwycięstwo w klasie SWRC nie jest premiowane nagrodą pieniężną. Jeśli Breen chce rywalizować na najwyższym poziomie, musi zdobyć sponsorów. Ale czy na człowieku, który tyle już przeżył, taki problem może robić wrażenie?

- Przez święta chcę naładować swoje baterie, będę ciężko trenował, abym był gotowy do realizacji marzeń w przyszłym roku. Nic mnie teraz nie zatrzyma - mówi Breen.