Adam Małysz dla Sport.pl: Samochód musi być posłuszny

- Nie miałem czasu usiąść i pomyśleć, czy to dobrze, że skończyłem ze skakaniem na nartach. Kiedyś to musiało nastąpić. Mam teraz inne życie - mówi Adam Małysz, najwybitniejszy polski skoczek, obecnie kierowca rajdowy.
Robert Błoński: Czy życie kierowcy rajdowego różni się od tego jakie wiedzie wybitny skoczek narciarski?

Adam Małysz: Sport to sport, bez treningu się nie obejdzie. Jednak bycie rajdowcem nie wymaga wielkich ograniczeń, nie trzeba sobie narzucać sobie aż takiego reżimu co do diety czy kalendarza startów. Sam sobie dyktuję, kiedy i gdzie się ścigam. W skokach kalendarz Pucharu Świata jest ustalony na długo przed zimą. Jak gdzieś nie pojechałem, była klapa. W rajdach jestem nowicjuszem i cały czas się uczę. To też biorę, pod uwagę ustalając kalendarz startów. Wolę na razie trenować, niż ścigać się tam, gdzie tylko można. Dalej wstaję rano, żeby jak najwięcej pojeździć. Szkoda dnia na sen. A w Maroku to już w ogóle wystarczyły mi trzy-cztery godziny, żeby wstać wypoczętym. Po powrocie budzę się mocno zaspany. W Maroku było jakieś inne powietrze, czystsze.

Choć raz przeleciała ci przez głowę myśl: "Po co ja się w te rajdy wpakowałem"?

- Pewnie, że tak. W skokach też na początku miałem chwile zwątpienia. Kiedy powielałem błędy i nic mi się nie udawało, chciałem odstawić narty w kąt. Tak samo jest w rajdach. W Maroku, gdzie ostatnio trenowaliśmy, wjechałem na wydmę, za nią znajdowała się skalna półka, na której były tylko ogromne korzenie i potężne kamienie. Gdzie nie skręciłem, uderzałem w przeszkody. W pewnym momencie spanikowałem, bo nie wiedziałem, jak stamtąd wyjechać. Do Rafała Martona, mojego pilota, powiedziałem: "Prowadź mnie krok po kroku, bo pierwszy raz w życiu, nie jestem w stanie jechać". Zaczął mi dyktować: "Prawo, lewo, przejedź, uważaj, dodaj, odejmij..." i pomału wyjechałem. Wtedy właśnie przeleciały mi przez głowę głupie myśli. Siedziałem w aucie i myślałem, że nigdy się stamtąd nie ruszę. Wszędzie tylko skały i korzenie. Brakło mi doświadczenia, ale mam świetnego pilota.

Trenujesz już wiele miesięcy, czy stałeś się też lepszym kierowcą na drodze?

- Mam większą świadomość i wyobrażenie tego, co się może zdarzyć. Jestem na to bardziej przygotowany. W rajdach wiele elementów robię na poślizgu, skręcam przed zakrętem, czyli wcześniej niż samochodem. Wiem, że w pewnych sytuacjach nie tylko nie mogę hamować, ale muszę dodać gazu. W wielu elementach treningi rajdowe pomogły mi na drodze. Wyczynowi rajdowcy jeżdżą spokojnie. A ja? Jeśli mi się spieszy, jadę szybko. Staram się jeździć tak, by cały czas uczyć się i kontrolować to, co przekazuje mi pilot. Prywatnie też robię wszystko, żeby czuć samochód. Auto musi być posłuszne kierowcy, a nie robić to, co chce.

Na czym polega twój trening?

- Dużo jeżdżę rajdówką. Na poligonie w Drawsku czy Żaganiu spędzam za kierownicą minimum sześć godzin dziennie. Od wiosny do września sporo jeździłem na gokartach na torze w Piasecznie pod Warszawą. Przychodziłem bardzo często. Kiedy wychodzę z auta, jestem zlany potem i dużo bardziej zmęczony niż po treningu skoczka. Gdy idę do siłowni, to przede wszystkim wzmacniam górę: mięśnie karku, obręcz barkową i ręce. Waga stanęła na 62-63 kg, a w Maroku to nawet schudłem.

Miałeś ostatnio choć dzień odpoczynku od auta?

- Kiedyś rajdówka była w serwisie, więc na poligon pojechałem rowerem.

Widzę, że rajdy tak cię wciągnęły, że na niedawne Maroko Challenge zabrałeś do Afryki żonę Izę i córkę Karolinę. Swoją pasją próbujesz zarazić rodzinę? Żona na nartach nie skakała, ale prawo jazdy ma.

- To miała być przygoda, a okazało się, że organizatorzy przygotowali dość ciężki rajd. Każdego dnia wracaliśmy w nocy, zmordowani. Ale moje dziewczyny były zadowolone. Jechały dostępnym w salonach mitshubishi pajero. Jak na auto seryjne, doskonale dało sobie radę. Parę szkód wyrządziły. A to uszkodziły koło, a to zahaczyły o coś podwoziem. Wykonały też kilka niezłych i długich skoków, ale ostatecznie wróciły do Warszawy na czterech kołach. Okazało się, że Iza ma duszę rajdowca. Ona prowadziła auto, Karolina siedziała z tyłu. Był z nimi też pilot i nawigator.

Wspólny wyjazd do Maroka mieliśmy w planach od dawna. Mówiłem Izie, że jadę tam tylko trenować, a ona może wziąć udział w pokazowym wyścigu VIP-ów. Namawialiśmy ją z kolegami z teamu, żeby pojechała zobaczyć prawdziwe Maroko, a nie to znane z folderów biur turystycznych. Wyprawa trwała dziewięć dni, przejechaliśmy aż trzy tysiące kilometrów.

Bywało niebezpiecznie?

- Najbardziej denerwowałem się, kiedy ja - jadąc rajdówką - miałem problemy z przejechaniem odcinka, a za mną jechała Iza, która prowadziła seryjne auto. Pierwszy etap zaczął się o 17, a skończył o drugiej w nocy. Jazda w ciemnościach była wyzwaniem. Dojechały tak zadowolone, że byłem w szoku. Wiedziałem, że jeśli auto wytrzyma, to i dziewczyny wytrwają.

Jeśli chodzi o mnie, to... dwa razy zabłądziłem. I to poważnie. W moim samochodzie mam zainstalowane dwie kamery i one czasem zakłócały pracę GPS-a. Raz tak zbłądziliśmy, że musiałem przedzierać się przez kamieniste góry. Jechałem pod stromą górę po kamieniach i prawdopodobnie wtedy zaczęło się psuć sprzęgło. W kolejnych dniach - na wydmach - siadło ostatecznie. I z rajdu się wycofałem.

Słowem - odnalazłeś się w tych rajdach czy nie?

- Za wcześnie na jednoznaczną odpowiedź, najtrudniejszy start, czyli Rajd Dakar, przede mną. Po nim będę mądrzejszy, zobaczę, jaka to przygoda, a jaki ciężar i wysiłek. Wszystko, co dotąd robiłem, sprawiało mi wielką satysfakcję, ale to był tylko przedsmak Dakaru. W pierwszym roku chcę ten trudny rajd przejechać od startu do mety.

Niedawno w Żaganiu miałeś pierwsze dachowanie.

- Zdarzyło się to podczas bicia rekordu Polski szybkości. Reporterka TVP Info robiła wywiad z Rafałem Martonem i nagle zobaczyli, jak mój samochód robi fikołka. Zdziwiona zapytała: "Co się stało?". Odpowiedział: "Skąd mam wiedzieć, przecież nie jestem w środku, tylko rozmawiam z panią". Byłem przygotowany do dachowania. Na drodze zobaczyłem wyżłobiony rów, chciałem żeby mnie nie wyniosło, i za bardzo ściąłem zakręt. Wjechałem w koleinę, złapało mi koło, pociągnęło kierownicę w lewo, nie byłem w stanie odbić w prawo i leżałem na dachu. To musi spotkać każdego rajdowca, dachowanie traktujemy jak nieprzewidziany element treningu. Zachowałem się według procedur: natychmiast wyłączyłem silnik, wyszedłem z samochodu i czekałem na pomoc.

Słyszałeś o wypadku Pawła Karelina? Rosyjski skoczek narciarski zabił się w aucie, które prowadził po pijanemu.

- Wielki szok. To najlepszy rosyjski skoczek, ponieśli wielką stratę przed igrzyskami w Soczi. Jeśli rzeczywiście jechał po alkoholu, to wszystko wyjaśnia. Jeździłem niedawno w specjalnych "alkogoglach", które imitują jazdę po pijanemu. Widziałem drogę tak, jak widzi ją kierowcą mający 1,5 promila alkoholu we krwi. Wszystko się rozmazywało. Nie wiem, jak naprawdę prowadzi się po pijanemu, bo po alkoholu nigdy nie wsiadłem i nie wsiądę za kierownicę, ale jadąc w "alkogoglach" czułem się okropnie. Masz kłopot z oceną odległość, reakcja jest opóźniona. Jeżdżąc po alkoholu, z góry skazujesz się na przegraną i nieszczęście.

Za niecałe trzy tygodnie pierwszy konkurs PŚ w skokach.

- Mam stały kontakt z Łukaszem Kruczkiem i Robertem Mateją, obecnymi trenerami kadry, a kiedyś kolegami z drużyny. Skoczkowie są teraz na Cyprze. Za moich czasów, kiedy kadrę prowadził Heinz Kuttin, pod koniec października pojechaliśmy na zgrupowanie do Turcji. Wróciłem kompletnie rozregulowany. Przez ponad miesiąc nie mogłem się odnaleźć na skoczni i wtedy powiedziałem sobie: nigdy więcej takich wyjazdów. Nawet, gdybym nie skończył kariery, to i tak nie pojechałbym na Cypr. Ale to indywidualna sprawa każdego.

Kamil Stoch będzie w czołówce PŚ?

- Ma ogromne predyspozycje i stać go na to, ale poczekajmy do startów.

Ciebie już zupełnie nie ciągnie na skocznię?

- Przez cały okres przygotowawczy nie miałem czasu o tym pomyśleć. To chyba dobrze, bo gdybym siedział i się zastanawiał, czy dobrze zrobiłem, kończąc karierę, to poczułbym się rozbity. A tak, pogodziłem się z tym, że ze skakaniem koniec. Kiedyś to musiało nastąpić. Mam teraz inne życie.

Porzuciłeś plany napisania książki?

- Kiedyś się okaże. Od początku do końca będzie według mojego pomysłu. To będzie historia o Małyszu, jakiej dotąd nie było. Ale na razie wciąż jestem sportowcem.

Udaje ci się unikać roli celebryty.

- Nie dopuściłem do tego. Miałem i mam masę przeróżnych propozycji, żeby gdzieś pojechać, pokazać się, coś otworzyć. Najczęściej odmawiam. Źle się czuję na salonach i w blasku fleszy. To nie dla mnie. Udzieliłem za to wielu wywiadów, wszystkich interesowała zmiana dyscypliny sportu. Od tego nie ucieknę. Ze względu na sponsorów uczestniczę w wielu konferencjach prasowych. To się nie zmieni. Rajdy to nie jest tani sport.