Karambol w IndyCar. Przepis na tragedię

- To najbardziej niebezpieczne wyścigi na świecie, a niebezpieczeństwo potęguje pęd do zrobienia spektaklu - mówi o IndyCar były mistrz świata Formuły 1 Jody Scheckter. W niedzielę w Las Vegas w potężnym karambolu zginął Dan Wheldon
Redaktor też człowiek. Zobacz co nas wkurza na Facebook.com/Sportpl ?

Samochód 33-letniego Brytyjczyka wyleciał w powietrze po kilkunastu okrążeniach wyścigu na wybetonowanym owalu, po którym bolidy przypominające te z Formuły 1 mkną nawet 350 km/godz. Pojazd Wheldona w powietrzu obrócił się na bok, uderzył w płonący bolid, odbił się od siatki ochronnej i spadł na betonowy mur. Śmierć Wheldona ze względu na nieodwracalne obrażenia głowy stwierdzono w szpitalu.



"To prawdopodobnie najbardziej znany kierowca, który zginął podczas wyścigu w USA, od śmierci Dale'a Earnhardta w 2001 roku" - napisał "New York Times", przypominając wielkiego mistrza NASCAR. W IndyCar, serii, której Wheldon został mistrzem w 2005 roku, a potem dwukrotnie zwyciężał w jej najsłynniejszym wyścigu w Indianapolis, ostatnią ofiarę był Paul Dana, który zginął pięć lat temu podczas rozgrzewki przed wyścigiem w Homestead. Kilka godzin później zwyciężył wówczas... Wheldon.

Okoliczności jego śmierci są wyjątkowe pod każdym względem - wyścig w Las Vegas był ostatnim w tym sezonie IndyCar. Dla Brytyjczyka niedziela była dniem szczególnym, bo kilka godzin przed startem podpisał kilkuletni kontrakt z ekipą Andretti Autosport, gdzie miał zastąpić słynną Danicę Patrick odchodzącą do NASCAR.

Wheldon miał się ścigać w przyszłym roku samochodem pod sponsorskim szyldem GoDaddy, ale już niedzielny występ był częścią promocji tej firmy. Brytyjczyk, który w tym roku nie zdołał zgromadzić budżetu na cały sezon, w maju wystartował w Indianapolis, gdzie nieoczekiwanie wygrał. Dzięki temu dostał zaproszenie do Las Vegas, gdzie miał się ścigać na specjalnych zasadach - jeśli z ostatniego, 34. miejsca, przebiłby się na czoło i przyjechał na metę pierwszy, wygrałby 5 mln dol., którymi musiałby się podzielić z kibicem, zwycięzcą loterii. 51-letnia Ann Babenco z New Jersey tydzień poprzedzający wyścig spędziła w Las Vegas, gdzie kilkakrotnie spotkała się z Wheldonem.

- To elektryzujące wyzwanie i dla niej, i dla mnie. Rozmawiamy o tym wyścigu od jakiegoś czasu i wiemy, że zwycięstwo jest możliwe - pisał w specjalnym blogu dla "USA Today" Wheldon. Po treningach dodał jednak: - Brakuje mi prędkości, ale jeśli uda się przyspieszyć samochód, jeśli złapię środek stawki, to zrobię wszystko, aby był show.

Pech chciał, że wyjątkowego wyzwania podjął się w wyjątkowo szybkim wyścigu, który miał wyjątkowo agresywny start.

IndyCar nie jeździły po owalu w Las Vegas od 2000 roku i kierowcy obawiali się tego powrotu. Szeroki, równiutki tor, mniejsze i szybsze niż w NASCAR samochody. - Pędzą metr z przodu, obok i z tyłu, wszystkie z prędkością 340 na godzinę - mówił w czwartek Dario Franchitti, czterokrotny mistrz IndyCar.

- Strategia? Jaka strategia? Jedziesz w kupie, szerokość toru wypełniają trzy, a nawet cztery samochody i robisz wszystko, by trzymać się z dala od kłopotów. Ściganie się na owalu, gdzie wciskasz gaz do dechy przez cały wyścig, bywa absurdalne - tłumaczył Will Power, z którego płonącym wrakiem zderzył się w niedzielę Wheldon.

Wyścigi na owalu są dużo bardziej niebezpieczne niż Formuła 1, gdzie tor jest kręty, ale stawka - poza pierwszymi okrążeniami - szybko się rozciąga. Kierowcy walczą w mniejszych grupach, ze względu na zakręty jadą wolniej i mają więcej czasu na reakcję. W Las Vegas, gdzie kierowcy od początku ścigali się agresywnie i nerwowo, Wheldon nie miał go wcale - dwa samochody przed nim dotknęły się kołami, jeden obrócił się w poprzek toru, kolejne w niego wpadały, inne zwalniały, by omijać szczątki padające na asfalt. Brytyjczyk wystrzelił w górę, wjeżdżając na jeden z bolidów, które próbowały ominąć karambol 15 z 34 ścigających się samochodów.

- Nigdy nie widziałem czegoś takiego na torze. Czułem się, jakbym był w środku sceny walki z "Terminatora" - mówił Ryan Briscoe. - Kawałki metalu, palący się asfalt i płonące szczątki samochodów lecące w różnych kierunkach...

Jody Scheckter, były mistrz świata Formuły 1, który na żywo oglądał wyścig z udziałem syna Tomasa, zapowiedział, że będzie nalegał, by junior zrobił sobie przerwę od IndyCar. - To są obecnie najbardziej niebezpieczne wyścigi, w których niebezpieczeństwo potęguje pęd do zrobienia spektaklu.

- To był przepis na tragedię - komentuje były kierowca F1 Mark Blundell. - To zbyt niebezpieczny tor, by ścigać się takimi samochodami. 40 proc. startujących uczestniczyło w karambolu, jeden zginął. To jest nie do zaakceptowania.

Śmierć wyścigach. Gwiazdy giną na torze