Przemysław Czerwiński zdobył medal. Rok po koszmarnym wypadku na skoczni...

Przemysław Czerwiński zdobył brązowy medal w skoku o tyczce. Zwyciężył faworyt Renaud Lavillenie, choć miał kłopoty z wysokością 5,60 m i 5,75 m. Drugie miejsce wywalczył Ukrainiec Maksym Mazuryk. A w zeszłym roku Czerwiński w koszmarny sposób spadł po skoku obok materaca...

Czerwiński zdobył medal pokerową zagrywką. Strącił dwukrotnie poprzeczkę na wysokości 5,70 i ostatnią próbę przełożył na 5,75 m. I prześlizgnął się nad poprzeczką pewnie.

- Chciałem podziękować Lewemu [Marcinowi Lewandowskiemu], bo 10 sekund po jego finiszu ja skakałem 5,75 m. I Lewy dodał mi skrzydeł. Potem Giuseppe Gibilisco próbował pokonać 5,85 m, o rany! Czułem się jak ojciec na porodówce. Kręciło mi się w głowie. Nigdy nikomu źle nie życzę, ale tym razem chciałem, żeby nie skoczył. Brzydko mówię, ale tak było.

Bardzo długo czekał pan na medal...

- 14 lat. W głębi duszy czułem, że stać mnie na dużo, że ten medal na mnie czeka. Brązowy, ale dla mnie cenniejszy niż dla innych złoty. Jestem teraz bardzo napalony na trenowanie. Nic nie daje takiego kopa jak sukces. Odkąd zacząłem trenować, marzę o rekordzie Polski. Kiedy zdobyłem pierwsze mistrzostwo Polski młodzików, marzyłem o tym, by zostać rekordzistą kraju. I to mój cel. Rekord ma już ponad 30 lat [Właściwie 22 lata, w 1988 roku Mirosław Chmara skoczył 5,90].

Miał pan wypadek w zeszłym roku, który omal się nie skończył tragicznie...

- Na mityngu Pedro's Cup spadłem pechowo do dołka, w którym zakłada się tyczkę. Z tego, co pamiętam, tak mi wykręciło stopę, że pourywało mi wszystkie ścięgna, wszystkie stawy. Miałem odpryski kostne. Operacja się udała, wróciłem do formy. Super, że możemy rozmawiać o medalu.

Więcej o: