Rozmowa z mistrzynią olimpijską Kamilą Skolimowską - Stało się niemożliwe

30-letni sportowcy są zestresowani. Spinają się, bo myślą o tym, co mają do stracenia. A ja? Mam gdzie mieszkać, chodzę do szkoły, utrzymują mnie rodzice. Dla mnie sukcesem był sam wyjazd na igrzyska - mówi mistrzyni olimpijska w rzucie młotem

Rozmowa z mistrzynią olimpijską Kamilą Skolimowską - Stało się niemożliwe

30-letni sportowcy są zestresowani. Spinają się, bo myślą o tym, co mają do stracenia. A ja? Mam gdzie mieszkać, chodzę do szkoły, utrzymują mnie rodzice. Dla mnie sukcesem był sam wyjazd na igrzyska - mówi mistrzyni olimpijska w rzucie młotem

Czwartego listopada 2000 skończyła 18 lat. Uprawianie sportu zaczynała od podnoszenia ciężarów i wioślarstwa. Młotem rzuca zaledwie trzy lata.

Rafał Kazimierczak: Radzisz sobie z popularnością?

Kamila Skolimowska: Chyba całkiem nieźle. Bardzo miło wspominam wszystkie rozmowy i życzenia, z którymi spotkałam się po powrocie z igrzysk. Zaproszono mnie np. do radia i obcy ludzie dzwonili do mnie z gratulacjami. Nie potrafię opisać, co wtedy czułam. Z drugiej strony czekałam już na wyjazd do Chile, bo nadmiar zajęć, do których nie jestem przyzwyczajona, był trochę uciążliwy.

Kto jest bardziej zaskoczony Twoim złotem. Ty czy kibice?

- Chyba jednak ja. Marzyłam o brązowym medalu. Potem usłyszałam, że za doping zdyskwalifikowano Melinte. To był pierwszy moment, kiedy pomyślałam o srebrze, bo złoto nadal było poza zasięgiem. Kuzienkowa rzucała o pięć metrów dalej ode mnie, a to przepaść. W złoty medal nie wierzyłam, nawet wychodząc ze stadionu, już po konkursie.

Twój sukces nazwano największą sensacją igrzysk. Zgadzasz się z tą opinią?

- Wydaje mi się, że "sensacja" to za duże słowo. Miałam dzień, szczęście, wszystko ułożyło się po mojej myśli.

Jesteś najmłodszą Polką, która zdobyła złoty medal olimpijski. Juniorkami, które dokonały tego przed Tobą, były sławy polskiego sportu: Irena Kirszenstein-Szewińska i Ewa Kłobukowska.

- Te porównania są miłe, ale na razie bezzasadne. Teraz czeka mnie cholernie ciężka praca, by udowodnić, że to nie był przypadek. Złoto zobowiązuje, nie chciałabym zatrzymać się na tym jednym sukcesie.

Młodsza od Ciebie w polskiej ekipie olimpijskiej była tylko pływaczka Otylia Jędrzejczak. Przed startem musiałaś przeżywać ogromny stres?

- Właśnie dzięki tej młodości patrzyłam na igrzyska z innej strony. Ci, którzy mają 30 lat, są zestresowani. Startując, spinają się, bo myślą o tym, co mają do stracenia. A ja? Mam gdzie mieszkać, chodzę do szkoły, utrzymują mnie rodzice. Dla mnie sukcesem był sam wyjazd na igrzyska. Wiedziałam, że nikt nie oczekuje ode mnie nadzwyczajnych wyników, dlatego nie czułam presji. Miałam tam pojechać i rzucać tak, jak robiłam to przez cały rok.

W ogóle się nie denerwowałaś?

- Byłam pewna siebie. Przed startem nie chciałam za dużo myśleć o tym, co mnie czeka. Dwa dni przed eliminacjami wszystko przeanalizowałam. Wytłumaczyłam sobie, że inne dziewczyny też przeżywają stres, być może nawet większy ode mnie. Przed finałem byłam już spokojniejsza. Przed wyjściem na stadion siedziałyśmy naprzeciwko siebie. Rywalki patrzyły na mnie tak, jakbym im kogoś zabiła. To nie było miłe, ale ja myślałam tylko o wyniku, próbowałam się skupić, nie denerwować. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś może się nie udać.

Finał nie zaczął się dla Ciebie najlepiej.

- Słabe były już rzuty próbne. Konkurs zaczęłam od spalonej próby, dotknęłam rękoma ziemi. Zaczęłam główkować, trochę się zdenerwowałam. Próbowałam nie myśleć o kibicach. Widziałam grupę Polaków z flagami, nawet się do nich uśmiechałam. Ale to były chwile, chciałam być skupiona przez cały konkurs. I tak było. Analizowałam każdy rzut, starałam się nie myśleć o tym, że to finał olimpijski. Doszło do tego, że na tym ogromnym stadionie czułam się jak u siebie na podwórku. I druga próba była już niezła. Pomyślałam wtedy, że to dobra pora, by zaszaleć. I poszłam "na maksa", dałam z siebie wszystko. Czułam, że trzeci rzut jest daleki, ale nie wiedziałam, że aż tak.

Co po konkursie powiedziały rywalki? Bardzo były zdziwione?

- Były niesamowicie zaskoczone, ale ja chyba bardziej od nich. Nie spodziewały się, że jakaś mała nastolatka okaże się lepsza. Tak wyszło i muszą się z tym pogodzić. Pogratulowały mi wszystkie.

Co trzeba robić, by być tak silną dziewczyną?

- Ja wcale nie jestem silna. No, przynajmniej nie uważam się za kogoś takiego. Kiedyś tak myślałam, ale jak zobaczyłam treningi niektórych zawodniczek zagranicznych, to zmieniłam zdanie. Pomyślałam nawet, że czas zabrać się do roboty. Na siłowni nie mam z nimi szans. Nie zaprzeczę tylko, że mam naturalną siłę odziedziczoną po rodzicach. Bez tego byłoby ciężko.

W wiosce olimpijskiej mieszkałaś w jednym domku z Robertem Korzeniowskim.

- Stworzyliśmy złoty domek. Mo-głam z bliska oglądać wielkiego mistrza, kilka razy rozmawialiśmy. Po chodzie na 20 km pobiegłam do niego obejrzeć złoty medal. Oglądałam też złoto Szymka Ziółkowskiego, który mieszkał w domku obok. Cieszyłam się z nimi, ale i trochę zazdrościłam. Myślałam sobie, że może kiedyś i ja... Ale nawet nie przypuszczałam, że mistrzynią zostanę na tych samych igrzyskach. To było nierealne. Tymczasem stało się coś niemożliwego - wygrałam.

Jak uczciłaś złoty medal?

- O rany, nawet nie pamiętam. Najpierw spotkałam się z przyjaciółmi w moim domku, a potem poszliśmy na zabawę, po powrocie do Polski oblaliśmy go w gronie rodzinnym.

Oglądałaś w Sydney podnoszenie ciężarów?

- Sentyment pozostał i oglądałam. Kibicowałam Agacie Wróbel. Lubię ją, jest fajną dziewczyną. Odwiedziłam ją i pogratulowałam srebrnego medalu. Ale nie żałowałam, że to nie ja jestem na pomoście. Wolę rzut młotem, trening jest bardziej urozmaicony niż w ciężarach.

Narzekałaś, że w Sydney nie było Twojego trenera Zbigniewa Pałyszki.

- Trener mnie zna, nauczył mnie wszystkiego w tym sporcie. A tam, na moich najważniejszych zawodach, zostałam sama. Codziennie dzwoniłam do Polski i opowiadałam mu, co się działo na treningach. Wszystko odbywało się na telefon! Trenera brakowało mi bardzo. Chodzi mi nie tylko o samą technikę rzutów, ale i o nastawienie przedstartowe, mobilizację, dobre słowo.

Polscy młociarze zdobyli w Sydney dwa złote medale. Dlaczego Polacy są tak mocni w tej konkurencji?

- Zawsze byliśmy spychani na margines lekkoatletyki. W tym roku mieliśmy okazję zabłysnąć, bo igrzyska są najlepszą do tego okazją. Od dawna mobilizowaliśmy się na tę imprezę, chcieliśmy pokazać, na co nas stać.

I jeszcze jedno, może najważniejsze. Władze australijskie głośno zapowiadały walkę z niedozwolonym dopingiem. Pewnie sporo sportowców nie wzięło tego, co zazwyczaj brali. To stworzyło szansę dla czystych zawodników, czyli dla nas. My nie mieliśmy wahań formy. Ja i Szymon rzucaliśmy na równym poziomie przez cały sezon. A inni? W Sydney rzucali bliżej o kilka metrów niż zazwyczaj.

Po powrocie z Sydney miała na Ciebie czekać w domu niespodzianka.

- I czekała. Z Pucka przyjechała cała rodzina mojej mamy, ponad 10 osób. W naszym trzypokojowym mieszkaniu zrobiło się ciasno, ale i przesympatycznie. Spaliśmy wszędzie, gdzie kto mógł. Nikt nie patrzył na to, że jestem mistrzynią. Miejsce najmłodszej było na podłodze.