Dramat Polaka na MŚ w Glasgow. Co za poświęcenie. "Ból był ogromny"

Łukasz Jachimiak
Półtora roku temu Norbert Kobielski złamał stopę i zastanawiał się, czy skoku wzwyż nie rzucić. Ale wtedy się zawziął: wrócił do treningów już po pięciu tygodniach i choć na razie nie zdobywa medali, to mierzy w wielkie rzeczy. Walczakiem jest ogromnym - na halowych MŚ w Glasgow startował z odbitą piętą, między skokami utykał, ale nie poddał się i zajął siódme miejsce. - Wynik dramat, ale męczyłem się, ból był ogromny - mówi nasz skoczek.

Pół roku temu na MŚ w Budapeszcie Norbert Kobielski cieszył się, choć zajął tylko dziesiąte miejsce. Wtedy opowiadał, że dla niego sukcesem jest błyskawiczny powrót do czołówki. Bo niecały rok wcześniej skakanie wzwyż mogło się dla niego skończyć na zawsze. Mimo że miał dopiero 25 lat.

Zobacz wideo Ruszają lekkoatletyczne HMŚ. Prezes PZLA, Henryk Olszewski, wymienił nazwiska polskich zawodników z szansami

W 2022 roku na MŚ w Eugene, w eliminacjach, Kobielski złamał kość śródstopia. - Złamałem piątą kość śródstopia. Czyli teoretycznie tę, która najciężej się zrasta, która potrzebuje operacji i z którą trzeba się specjalnie obchodzić. No to ja się z nią obchodziłem specjalnie, to znaczy po swojemu! - mówił w niedawnej rozmowie ze Sport.pl.

- To złamanie mogło być dla mnie gwoździem do trumny. Zastanawiałem się, czy tego wszystkiego nie rzucić, czy nie skończyć z walką o powrót, skoro wróżyli mi aż cztery miesiące bez treningów, a to by znaczyło, że nie zdążę wrócić na rok 2023. Ale wtedy się zawziąłem i po pięciu tygodniach już trenowałem. Potwierdziło się, że jestem mocny i że na mnie wszystko się goi jak na psie. Po pięciu tygodniach byłem w stanie zrobić każdy trening. I dzięki temu zdążyłem się przygotować na starty w roku 2023 - opowiadał Kobielski.

Pojechał z kontuzją. "Problem jest tylko w głowie"

Rok 2023 był dla niego ważny i udany: halowe ME w Stambule skończył na piątym miejscu, na MŚ w Budapeszcie był dziesiąty, w międzyczasie zdobył brązowy medal Igrzysk Europejskich Kraków 2023, a wszystko skończył naprawdę efektownie - w tym samym Eugene, które tak go doświadczyło w roku 2022, pobił rekord życiowy przenosząc go z poziomu 2,29 m na 2,33 m.

Po świetnej końcówce minionego sezonu Kobielski bardzo wiele obiecuje sobie po roku 2024. Planował być w nim mocny od samego początku. - W marcu w Glasgow będą halowe MŚ, a w Glasgow kilka lat temu debiutowałem na seniorskiej imprezie i byłem ostatni, bo totalnie się podpaliłem. Teraz z Glasgow muszę się rozliczyć - mówił nam trzy tygodnie temu.

Już wtedy był kontuzjowany. Ale starał się tym nie przejmować. - Zrobili mi USG, wyszło, że to tylko odbita pięta, więc nie ma co się przejmować. Wiadomo, że będzie bolało, ale w końcu przestanie, więc problem jest tylko w głowie, trzeba przewalczyć ból - mówił.

Niestety, widać, że nadal boli. W niedzielę w Glasgow praktycznie po każdym skoku Kobielski utykał. Ale zdecydowanie pokazał, że walczyć z bólem potrafi. Problemy Polak miał już na wysokości 2,15 m. Na szczęście w trzeciej, ostatniej próbie uporządkował technikę i pokonał poprzeczkę. Następnie 2,20 m zaliczył za pierwszym razem, a z wysokością 2,24 znów zmagał się trzykrotnie, w ostatniej chwili z nią wygrywając i dzięki temu pozostając w konkursie.

Brawa za to, ale szkoda, że 2,28 m to było dla Kobielskiego tym razem za wysoko. Zwłaszcza że za trzecim razem naprawdę niewiele mu zabrakło do sukcesu.

Zacisnął zęby, ale bolą też niespełnione ambicje

Wysokość 2,28 m dała srebrny medal Shelby'emu McEwenowi i brązowy Sanghyekowi Woo (złoto zdobył Nowozelandczyk Hamish Kerr, który skoczył 2,36 m), a 2,24 m Kobielskiemu wystarczyło do siódmego miejsca.

- Wynik dramat, nie ma co się oszczędzać. Na pewno 2,24 to nie jest coś, co by mnie satysfakcjonowało. Męczyłem się, ból był ogromny, ale to są mistrzostwa świata, trzeba zacisnąć zęby i udawać, że nic się nie dzieje. Myślę, że siódme miejsce i tak jest zadowalające, patrząc na to, co za mną - ocenił Kobielski przed kamerą TVP Sport.

Ambicje siódmego zawodnika halowych MŚ 2024 są wielkie. W Glasgow chciał się zrewanżować za halowe ME 2019 w tej hali. Wtedy odpadł w eliminacjach - skoczył tylko 2,10 m i był, nie jak mówi ostatni, ale przedostatni.

Ten rewanż nie wyszedł Kobielskiemu tak, jak sobie wymarzył, ale najważniejszy rewanż wciąż przed nim. - Jasne, że w Paryżu będę się musiał rozliczyć za Tokio, za to, że na tamte igrzyska nawet nie udało mi się polecieć, bo w ostatnim momencie wyprzedzili mnie w rankingu i nie miałem kwalifikacji - mówił nam niedawno.

Celem rekord Polski i medal olimpijski. "Myślę, że nawet złoty medal"

Do igrzysk zostało niecałe pół roku. Zimę Kobielski miał trudną - do Glasgow przyjechał z dopiero 19. w tym roku wynikiem na świecie (2,25 m), w Szkocji się nie poprawił. Ale on wie, że drzemią w nim wielkie możliwości. Kobielski mocno wierzy, że z pomocą swojego trenera, Lecha Krakowiaka, w Paryżu będzie miał formę życia, dzięki której w finale olimpijskim pobije rekord Polski (2,38 m Artura Partyki z 1996 roku) i zdobędzie medal. "Myślę, że nawet złoty medal" - uważa nasz skoczek.

Na koniec jeszcze raz zacytujmy Kobielskiego z naszej lutowej rozmowy: "W 2023 roku swój rekord życiowy i kwalifikację olimpijską wywalczyłem na tym samym stadionie [w Eugene], na którym rok wcześniej złamałem stopę [w eliminacjach MŚ 2022]. To mi dało mnóstwo wiatru w skrzydła. Mój nauczyciel WF-u z liceum powiedział mi, że wielką rzecz zrobiłem w paszczy lwa i właśnie tak myślę - jestem z siebie dumny i wierzę we wszystko. A nawet to jest więcej niż wiara, ja mam w sobie wielką chęć pokazania, że na igrzyskach stanie się to, o czym mówię".

To pozostaje aktualne. Tak, w Glasgow była duża szansa na medal choćby dlatego, że na występ nie zdecydowali się mistrzowie olimpijscy Mutaz Barshim i Gianmarco Tamberi. Ale Kobielski na rywali się nie ogląda. On patrzy tylko na siebie i zapewnia, że jest w stanie wygrać z każdym. "Jeszcze trzy lata wstecz nie byłem pewny siebie. Myślałem, że ja, taki zwykły chłopak z Inowrocławia, nie mogę wygrać z mistrzem olimpijskim, nie mogę być w czołówce światowej. Dopiero po moim debiucie w Diamentowej Lidze zacząłem myśleć inaczej, bo w Rzymie pokonałem Tamberego, mistrza olimpijskiego. Zrobiłem to na jego ziemi. Wtedy stwierdziłem, że halo, to faktycznie się dzieje, ja jestem w stanie coś takiego zrobić, jestem w stanie wygrywać z każdym i wszędzie".

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.