W ubiegłym tygodniu Ewa Swoboda - jak przystało na sprinterkę - w ekspresowym tempie pokonała drogę z piekła do nieba. Najpierw dowiedziała się, że do awansu do finału biegu na 100 m w mistrzostwach świata zabrakło jej 0,001 s. Gdy rozmawiała zapłakana z dziennikarzami, to usłyszała, że jednak dołączy do obsady rywalizacji o medale, która zaplanowana była nieco ponad godzinę później. Czas 10,97 s dał jej szóste miejsce, najlepsze wśród Europejek. - To był rekord nad rekordami. Psychika ma prawo siąść w takiej sytuacji - mówi Marian Woronin. Według niego 26-latka, która w lipcu ustanowiła rekord życiowy, najlepsze ma dopiero przed sobą. I o ile zabrakło jej na igrzyskach w Tokio, to ma błyszczeć podczas tych przyszłorocznych w Paryżu.
Marian Woronin: Zacznę od ukłonów dla Filipa Moterskiego, który pierwszy to wychwycił i zadziałał. Szóste miejsce Ewy - biorąc pod uwagę okoliczności, czyli czasy rywalek i jej nieprzygotowanie do tego finału - to rekord nad rekordy, rewelacyjny wynik. Szkoda natomiast, że nie pobiegła nieco szybciej i nie pobiła rekordu Polski. Bo warunki były ku temu sprzyjające – ciepło, lekki wiaterek w twarz.
- Patrzę na to pod kątem tego rekordu...Inaczej - zakładam, że zostanie jeszcze zaproszona na któryś z prestiżowych mityngów w tym roku - do Zurychu czy Brukseli - i z tą formą, którą ma, uda się jej przebiec ten dystans w czasie poniżej 10,93 s. Jestem o tym przekonany, bo to jest jej rok.
Informacja, że się nie startuje w finale, bo przegrało się 0,001 s, demotywuje zawodnika, Aczkolwiek Ewa – jak znam ją i jej historię – jest zadziorą. To taka perełka. Jak się nie będzie zadziorem, nie będzie się psocić, to nie będzie się prawdziwym sprinterem. Trzeba mieć w sobie to ADHD. Ona to ma. Być może ta złość, ta bezradność po półfinale spowodowała, że potem tak wyszło. Inna sprawa – w Budapeszcie było dziewięć torów. Gdyby było osiem, to co? Pod tym względem Ewa miała szczęście. W tej całej tragedii dotyczącej 0,001 s zdobyła się na to, mimo bardzo krótkiego czasu, by stanąć na nogi i była szósta. To rewelacja.
- To też prawda. Na zasadzie "Co będzie, to będzie. Niżej nie będę". Poza tym, umówimy się - w półfinale Ewa zrobiła błąd, bo przysiadła na nodze delikatnie w drugim czy trzecim kroku po starcie. Trochę ją wtedy przegięło, za nisko poszła. I to sprawiło, że straciła więcej niż 0,001 s, nawet 0,01. Ona w tym półfinale mogła spokojnie uzyskać lepszy czas i być bezproblemowo w finale. Natomiast finałowy bieg rzeczywiście był już bez tego obciążenia, bez stresu. Doszła do wniosku, że gorzej być nie może, a tylko lepiej.
- Ale to są już te emocje po biegu. Gdyby była piąta, to by powiedziała: szkoda, że nie byłam czwarta. Dla mnie bardzo fajnie, że była szósta. Do zwyciężczyni musi jeszcze trochę pobiegać, bo od 10,97 do 10,65 jeszcze bardzo daleko. Ale wszystko przed nią. Ewa ma wspaniałe 60 m, w finale MŚ miała nawet 70 m. Jak jeszcze przepracuje te ostatnie 30, żeby biec na luzie i nie tracić prędkości, to na pewno spokojnie poprawi rekord Polski i będzie biegała o 0,1 albo 0,2 s szybciej.
- To katorżnicza praca. Chodzi o wytrzymałość szybkościową. By jak najdłużej utrzymać prędkość osiągniętą po podniesieniu ze startu.
- Jestem pewny, że pracuje nad tym i że to nie przychodzi tak łatwo. Jeszcze ma przed sobą parę lat dobrego biegania, więc na pewno to osiągnie.
- Dwa-trzy lata na pewno. Ciemnoskórzy uzyskują te wartości, do których my - biali - później dochodzimy. Większość białych sprinterów najlepsze rezultaty osiąga w wieku 27-28 lat.
- Jeśli przepracuje wszystko, co trzeba, to na pewno podczas igrzysk w Paryżu - o ile konkurentki nie będą dużo lepsze - powinna być w finale. Czy zakręci się koło podium, to trudno powiedzieć, ale czwarte, piąte czy szóste miejsce na pewno można złapać. Jeśli teraz myślała o lepszym, to jest ogromny optymizm. Jestem przekonany, że w stolicy Francji za rok będzie lepiej. Ale trzeba też zaznaczyć tu, że nie wszyscy się szykują do MŚ. Najważniejszą impreza dla każdego lekkoatlety, dla każdego sportowca są igrzyska. To święto raz na cztery lata, więc nie wiadomo, jak inni się przygotują do tych przyszłorocznych. Ale wiem, że Ewa też się dobrze przygotuje i na pewno w finale będzie.
- Raz spóźniłem się na finał biegu na 60 m w halowych mistrzostwach Europy 1987. Wpadłem na miejsce i bez rozgrzewki pobiłem rekord świata [władze światowej federacji lekkoatletycznej - wtedy nazwanej IAAF - ze względu na swoją ówczesną politykę nie uznały jednak 6,51 s Woronina za halowy rekord świata i oficjalnie był to "tylko" halowy rekord Europy - red.]. Ale to była inna motywacja - to ja zawiniłem, bo zaspałem i denerwowałem się na siebie, a nie na organizatorów czy okoliczności. U Ewy to były okoliczności.
- Jak wszedłem na salę, to wszyscy byli bardzo zaskoczeni. Byli przekonani, że mnie nie będzie, że złapałem kontuzję albo że coś innego się stało. Zrobiłem szybko dwie przebieżki, troszkę rozciągania, parę lekkich startów i stanąłem w blokach startowych. Wszyscy patrzyli zdziwieni, o co chodzi.
- Zdecydowanie byli zaskoczeni. A co do 0,001 s, to mnie zabrakło 0,002 s do zejścia poniżej 10 s. To bolało. Najpierw pokazał się wynik 9,99, a panowie sędziowie uznali, że to jednak 9,992 i trzeba zaokrąglić do 10. Tak jak Ewę teraz to bolało, tak mnie tamto. To było nieuczciwe, nie fair. Może gdyby był wtedy jakiś mądry sędzia, który by - tak jak tu u Ewy - przyłożył linijkę i sprawdził - to by się okazało, że miałem jednak 9,99. Byłbym pierwszy białym sprinterem na świecie z wynikiem poniżej 10 s. Nie udało, a było to dla mnie bardzo ważne. Byłem wtedy mocno wkurzony.
U Ewy trudne było też to, że finał był już 1,5 godziny później. Nie było tak naprawdę czasu na reakcję. A jeszcze rozmowa z dziennikarzami po półfinale w stylu: stało się, no szkoda, trudno. Bo nikt się nie spodziewał wtedy jeszcze, że można o to walczyć.
- To bardzo fajny facet. Ze mną też współpracuje od wielu lat przy organizacji zawodów dla dzieci i młodzieży. Jest bardzo skrupulatny i uważny. Gdyby jego nie było w Budapeszcie, to władze związku nie zdążyłyby z protestem. Miałyby za mało czasu. Ale jeszcze raz gratulacje przede wszystkim dla Ewy. Fizycznie by to przebiegła na spokojnie, miała rozgrzewkę przed półfinałem. Tylko w takiej sytuacji ma prawo siąść psychika.
- Że nie zdążyła się złamać?
- Zgadzam się w stu procentach. Gdyby miała więcej czasu, to byłyby spotkania z trenerką i koleżankami, analiza błędów, żale, łzy i gdybanie. A tu nie było na to miejsca. Jak sama powiedziała - odwróciła się, wsiadła do meleksa, po dotarciu na miejsce poprawiła makijaż i poszła na start.
- Nie mam nic do makijażu, nie jestem fanem licznych tatuaży. Nie krytykuję to nikogo, to po prostu nie mój świat. Długie paznokcie mnie nie rażą. Za moich czasów miała już takie Florence Griffith Joyner, do której wciąż należy rekord świata.
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Trzeba jak najszybciej wyjść z bloków startowych, a więc ustawić jak najwyżej środek ciężkości, jak najwyżej podnieść się na dłoniach. Zastanawiałem się kiedyś, jak zawodniczki z takimi długimi paznokciami opierają się o tor. Zakładam, że - by ich nie połamać - muszą obniżyć środek ciężkości o te kilka centymetrów. Nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że bardziej to może utrudniać start niż ułatwiać. Ale przede wszystkim chyba służy to zwróceniu na siebie uwagi, przyciągnięciu kamery.
- Według mnie Ewa przez ostatnie dwa lata wydoroślała. W ubiegłym roku już było lepiej, a w tym całkiem zmieniła podejście psychiczne. Jak była trzpiotem, to teraz jest profesjonalną zawodniczką. Tak jak mówiłem - przed nią jeszcze dwa lata pracy, by wytrzymać te ostatnie 30 m. To już jej się udaje, ale jeszcze można tu trochę dołożyć. Nie wiem, czy pani zwróciła uwagę, ale Ewa nigdy nie biegła na 200 m. A tego trzeba, by łapać wspomnianą wcześniej wytrzymałość. Ale Ewa ma bardzo dobrą trenerkę, z którą pracuje od początku kariery i zakładam, że ona wie, co jej jest potrzebne, jakich jednostek treningowych trzeba, by miała lepsze wyniki.
- Uważam, że to by jej pomogło. Bo ma bardzo dobry start - w hali na 60 m biła już rekordy. Musi więc tylko przerobić te ostatnie 40 m.
- Niekoniecznie. Jak to się już złapie, to będzie to miała, niezależnie od stawki. Zamiast być - jak w Budapeszcie - trzy metry za zwyciężczynią, to będzie trzy metry przed inną zawodniczką. To kwestia treningu. Tej wytrzymałości szybkościowej - podnoszenia kolan na maksymalną wysokość, na jaką pozwala budowa fizyczna i przesuwanie do przodu. Czym krok dłuższy, rytmiczniejszy i bardziej do przodu, tym bieg będzie szybszy.
- Mówimy o treningu, ale człowiek jest bydlęciem leniwym i każdy z nas ma to w sobie. I teraz pytanie, jak tę leniwość przezwyciężyć. Ja też jak się męczyłem na treningu, to starałem się oszukać, jak najszybciej coś robić. To normalna sprawa. Jeśli można się położyć, to po co stać? Tak samo jest w sporcie. Trzeba przerobić maksymalną liczbę jednostek zarekomendowanych przez trenera.
Ewie do nowego rekordu Polski brakuje 0,02 - to bardzo mało, ale jednocześnie bardzo dużo. Ona teraz może to przerobić tylko wytężoną, zdwojoną pracą i zdwojonym wysiłkiem. Inaczej się nie da. Musi się zmobilizować na rok do igrzysk, by zająć dobre miejsce i pobić rekord Polski. O ile tego nie zrobi jeszcze w tym roku. A potem będzie miała 28 lat i to już będzie zabawa, bo ciężko jej będzie dociągnąć do kolejnych igrzysk. Wtedy będzie szła już młodość, w życiu nie ma luki. Ten i przyszły rok należą do Ewy.
- Nie, ADHD sprinterów nie pozwala im patrzeć do tyłu. Idziemy tylko do przodu.