Dostaje pogróżki, bo biega dla Polski. "Biegaczka bez mózgu" piszą o niej w byłej ojczyźnie

Łukasz Jachimiak
- Dostawałam pogróżki. Ktoś do mnie pisał, żebym ostrożnie wychodziła z hotelu - mówi nam Kryscina Cimanouska na koniec MŚ w Budapeszcie. - Czekajcie, mam zdjęcie w telefonie, to powiem wam, co pisali w białoruskich mediach. O, mam: "Biegaczka bez mózgu" - opowiada sprinterka, która uciekła do nas przed reżimem Alaksandra Łukaszenki i teraz biega dla Polski.

Kryscina Cimanouska na MŚ w Budapeszcie debiutowała pod flagą biało-czerwoną. Polskie obywatelstwo dostała w ubiegłym roku, a teraz, na początku sierpnia, dostała od World Athletics zgodę na bieganie dla Polski. Jeszcze w lipcu sprinterkę informowano, że stanie się dopiero za rok, na igrzyska olimpijskie Paryż 2024.

Zobacz wideo "Miałem dużą nadzieję". Mateusz Borkowski po półfinałach biegu na 800 metrów

W roku 2021 Kryscina uciekła do Warszawy. Z Tokio, z igrzysk olimpijskich, na których bardzo źle traktowali ją białoruscy działacze.

Sprinterka podpadła tym, że protestowała przeciw reżimowi Alaksandra Łukaszenki. Na MŚ w Budapeszcie Cimanouska wzbudzała zainteresowanie reporterów z całego świata. W trakcie startów na pytania pozasportowe odpowiadała zdawkowo. Obiecała, że dłużej porozmawiamy po jej ostatnim starcie. W sobotę razem z Pią Skrzyszowską, Magdaleną Stefanowicz i Ewą Swobodą zajęła piąte miejsce w finale sztafety 4x100 m, a w niedzielę siedliśmy i porozmawialiśmy w budapesztańskim hotelu reprezentacji Polski.

Łukasz Jachimiak: Jak się czujesz po pierwszych mistrzostwach świata w reprezentacji Polski?

Kryscina Cimanouska: Na razie czuję się zmęczona. Wszystko mnie boli. Ale jestem szczęśliwa. Byłam piąta z koleżankami w sztafecie, byłam w półfinale indywidualnie na 200 metrów. Zrobiłam swoje. Chociaż mogłam zrobić jeszcze więcej.

Mogłaś, mimo że zgodę na start dostałaś w ostatniej chwili, gdy już myślałaś, że sezon się dla ciebie skończył i planowałaś wakacje?

- Najwyższa forma już minęła, ale z trenerem rozmawiałam, że może na luziku i ze świeżością zrobię rekord życiowy. Okazało się, że jednak trochę treningów zabrakło. Za rok musi być lepiej, szybciej. I bez takich problemów zdrowotnych, jakie tu miałam w półfinale biegu na 200 m [po nim Kryscina zemdlała i stadion opuściła na wózku inwalidzkim].

Mówiłaś nam już wcześniej, że pierwszy raz zdarzyło ci się zemdleć za metą i nie pamiętać końcówki biegu.

- Tak, czułam się okropnie już po eliminacjach. Po powrocie do hotelu bardzo bolała mnie głowa, piekła mnie skóra, jakbym miała gorączkę. A nie miałam. Przez cały dzień okładali mnie lodem i podawali leki. Czułam się słabo, ale wyszłam na półfinał i oddałam wszystko. I na koniec przypomniałam sobie taką babcię, która leżała bez sił pewnego dnia podczas mojego obozu w Karpaczu. Życie.

Dla ciebie piąte miejsce w sztafecie to życiowy sukces?

- Tak. Duży sukces dla Polski. Kiedyś miałam medal na ME do lat 23 dla Białorusi. Ale teraz ten sukces jest dla mnie największy.

Zapamiętałaś już rekord Polski na 200 m, żeby go kiedyś pobić?

- Tak, to 22.13 s Ewy Kasprzyk. Ale najpierw myślę o pobiciu rekordu Białorusi. To 22.68 s. Ja się na tym nie skupiam, ale moja babcia bardzo by chciała, żebym pobiła ten rekord. Ona kiedyś też biegała, ale nie na takim poziomie jak ja. To jej marzenie, odkąd tylko zaczęłam biegać. Kiedyś to zrobię. Na pewno nikt na Białorusi mi nie uzna rekordu, gdy go pobiję, ale babcia uzna.

Dla niej to jest trudne, że biegasz dla Polski? Chciałaby, żebyś nadal reprezentowała Białoruś?

- Nie. Ona chce, żebym biegała szybciej niż rekord Białorusi, a nie żebym biegała dla Białorusi.

Czyli twoja rodzina rozumie, że po prostu tak się potoczyło twoje życie, że tak musiało być?

- Oni chcieli, żebym dalej biegała. Żebym dalej była na bieżni. Nieważne czy dla Białorusi, czy dla Polski, czy na przykład dla USA.

W trakcie startów w Budapeszcie dostawałaś jakieś wiadomości z Białorusi?

- Tak, ludzie piszą. Niestety, głównie źle. Media piszą, że bardzo źle startowałam, że lepiej by było, gdybym na te mistrzostwa nie pojechała, że jestem tak słaba, że nie wiadomo dlaczego Polska mnie wzięła.

Ty to wszystko czytałaś?

- Nie, mama mi powiedziała. Ona to czytała i było jej przykro. Obrażają mnie tam, niestety. Jak były eliminacje 200 metrów, to pokazali wszystkie biegi poza moim. Babcia do mnie pisała czy ja w ogóle wystartowałam. A poza tym, że nie mogła mnie obejrzeć, to jeszcze czytała o mnie straszne głupoty. Czekajcie, mam zdjęcie w telefonie, to powiem wam dokładnie, co napisali. O, mam: "Biegaczka bez mózgu zajęła 30. miejsce na 100 metrów, a w półfinale na 200 m była ostatnia". To naprawdę nie jest miłe. Dla mnie to bez znaczenia, co oni piszą, ale moim rodzicom jest trudno. Ludzie do nich dzwonią i pytają o te teksty, pytają czy Kryscina już naprawdę jest taka słaba. A przez ostatnie dwa lata pytali czy to prawda, że już skończyłam karierę, bo po igrzyskach w Tokio białoruskie media tak twierdziły. Jak ktoś przez ten czas zauważał, że jednak biegam, to komentował, że robię to gorzej niż dzieci. Do mojej mamy i babci dzwonili więc ludzie, żeby o tym porozmawiać. Rozumiem, że to jest pisane specjalnie, żeby mnie jak najgorzej ludziom przedstawić. Ale nie rozumiem, dlaczego ci ludzie dzwonią do mamy i babci, zamiast skorzystać z internetu. Przecież znają moje nazwisko, mogliby je wpisać i zobaczyliby, że w Polsce wcale nie skończyłam kariery i wcale nie biegam jak dziecko. Niestety, te głupoty białoruskich mediów czytają głupi ludzie. A moi rodzice przecież nie są w stanie cały czas wszystkim mówić, że to jest nieprawda i pokazywać, jak jest naprawdę.

Ja już proszę bliskich, żeby przestali to czytać, reagować i żeby mi przestali mówić, co tam o mnie wymyślono. A oni jakoś nie mogą przestać się przejmować. Myślę, że może znajdę im psychologa, żeby popracował zwłaszcza z mamą i babcią.

Z rodzicami nie widziałaś się pewnie przez ostatnie dwa lata, odkąd z igrzysk w Tokio uciekłaś do Warszawy?

- Tak, nie widzieliśmy się już ponad dwa lata.

Ty na pewno nie możesz ich odwiedzić, a czy oni nie mogą przyjechać do ciebie do Polski?

- Nie mogą, bo jak to zrobią, to mieliby duże problemy. Po tym jak z Tokio nie wróciłam na Białoruś, to przychodziła do nich policja, pytać gdzie ja jestem. Rodzice mówili, że nie wiedzą, że nie mamy żadnego kontaktu.

Nie mogliby zostawić Białorusi i przyjechać do ciebie na stałe?

- Nie, bo mają problemy zdrowotne, już nie mogą pracować. Jest jeszcze brat, lepiej niech z nim tam zostaną. Gdyby tu przyjechali, to musiałabym się nimi w pełni zaopiekować, a teraz nie jestem na to gotowa.

Dlaczego ty biegasz dla Polski? Po prostu w Tokio przed białoruskimi działaczami, którzy ci grozili, uratowali cię akurat Polacy, oferując pomoc?

- Tam dużo krajów chciało mi pomóc. Nie mogłam zadzwonić do rodziców i zapytać, co ich zdaniem będzie dla mnie najlepsze, i sama wybrałam Polskę. Pomoc oferowały też Czechy, Francja, Niemcy, Szwecja i Japonia, która proponowała, żebym została, ale przez 10 lat miałabym nie wyjeżdżać i rodzice też do mnie by nie mogli przyjechać. Mówili, że dostanę jakieś pieniądze, będę mieszkać w jakimś apartamencie i wszystko będzie dobrze, ale nie wyobrażałam sobie 10 lat bez swoich bliskich. Generalnie od razu Polska mi się podobała najbardziej. Jest blisko Białorusi i myślałam, że rodzicom będzie łatwiej kiedyś do mnie przyjechać. Znałam Ewę Swobodę, z nią przez lata biegałam na różnych zawodach. I najważniejsze: siedem lat temu w podróż poślubną z mężem przyjechaliśmy do Polski. Bardzo nam się podobał Gdańsk, a kiedy spacerowalśmy po Starym Mieście w Warszawie, to żartowaliśmy, że fajnie byłoby tu zamieszkać. Byłam w wielu krajach i nigdzie nie czułam się tak dobrze, jak w Polsce. Teraz mieszkam w Polsce razem z mężem od dwóch lat i jest nam dobrze.

A kiedy poczułaś się w Polsce bezpiecznie? Bo na pewno krótko po tym wielkim stresie w Tokio jeszcze się bałaś?

- Tak, musiało minąć pół roku. Przez ten czas cały czas miałam ochronę.

Po dwóch latach spędzonych w Polsce wyjazd do Budapesztu był twoim pierwszym zagranicznym?

- Tak.

I czułaś się tu bezpiecznie?

- Tak, chociaż na Instagramie dostawałam pogróżki. Ktoś do mnie pisał, żebym ostrożnie wychodziła z hotelu. Blokuję takie groźby.

Wyobrażamy sobie, że cierpisz, widząc agresję Rosji i Białoruś na Ukrainę. Jak bardzo?

- Pierwsze dni płakałam. Mam dużo rodziny w Ukrainie. Babcia i ojciec stamtąd pochodzą i z krewnymi z ich strony na samym początku wojny nie mieliśmy kontaktu przez kilka dni. Baliśmy się czy nie zginęli. Babcia z jedną przyjaciółką kontakt odzyskała dopiero po trzech miesiącach. Ta pani odezwała się w końcu z kompletnie zniszczonego Mariupola. Nasza rodzina mieszka w Kijowie i w małych miastach pod nim. Na szczęście mówili, że nie jest tak źle. Nie jest oczywiście normalnie, ale zostali w swoich domach.

W tej wojnie giną ukraińscy sportowcy, wielu z nich zamiast trenować idzie na front, do tego ogromnie zniszczona jest sportowa infrastruktura. Co sobie myślisz, gdy ważni działacze światowego sportu nie chcą tego widzieć i twierdzą, że sport trzeba od wojny oddzielić, żeby pozwolić na starty sportowcom z Rosji i Białorusi?

- Nie chciałabym być na jednej bieżni z ludźmi, którzy tej wojny nie potępiają, a wręcz mówią, że jest potrzebna, dobra. Widziałam takie wywiady rosyjskich i białoruskich sportowców. Nie wiem jak tak można mówić! Nie chciałabym ich spotykać na bieżni, mieszkać z nimi w jednym hotelu i w ogóle ich widzieć. W Białorusi mamy dużo takich sportowców, którzy popierają Łukaszenkę. To straszne.

Wystąpienie przeciw Łukaszence dla sportowców z Białorusi oznacza ogromne trudności, prawda?

- Tak, u mnie właśnie tak było. Przed igrzyskami w Tokio nie pozwalali mi normalnie trenować. Trenowałam z mężem i z trenerem z Austrii, ale do niego nie pozwalali mi jechać. Zabronili tego. Nawet mężowi zabronili przychodzić na treningi, kazali mi trenować samej. Jak miałam to robić? Przez rok przed igrzyskami wszystko mi utrudniali.

Ty w jakiś sposób wystąpiłaś przeciw reżimowi Łukaszenki i od tego zaczęły się twoje kłopoty?

- Tak, w 2020 roku chodziłam na uliczne protesty po sfałszowanych wyborach. Przyjeżdżał też do nas minister sportu, tam gdzie trenowaliśmy, coś krytycznego powiedziałam i wtedy wpisał mnie na czarną listę ministerstwa sportu.

Mimo bycia na tej liście na igrzyska do Tokio poleciałaś.

- Oni mówili, że do Tokio nie pojadę i sama byłam zdziwiona, że pojechałam.

A teraz odzywają się do ciebie sportowcy z Białorusi z prośbą o pomoc?

- Tak, tacy, którzy najpierw mówili o mnie złe rzeczy, a jak zobaczyli, że sobie poradziłam, to zmienili zdanie. Poblokowałam ich, nie chcę mieć z nimi kontaktu.

Wierzysz, że Białoruś kiedyś zdoła zmienić tę władzę i że kraj stanie się normalny?

- Wierzę, że kiedyś to się musi stać, ale jak patrzę na tych ludzi, to nie wydaje mi się, że dadzą radę to zrobić teraz. Rozmawiam z tymi, którzy ostatnio tam byli. Mówią, że Białorusini zaczęli twierdzić, że w kraju jest dobrze, że przecież nie ma u nich wojny, że lepszego prezydenta jak Łukaszenka nie ma. Straszne to jest. Ale chyba to nie może wiecznie trwać. Bardzo bym chciała, żeby to się zmieniło. Ludzie widzący jak jest naprawdę, uciekają. W ostatnich dwóch latach wyjechało 200 tysięcy ludzi. Tych normalnych. A zostają ci źle myślący. Pomyślcie: media piszą nieprawdziwe rzeczy, a ci ludzie w to wierzą. Nawet moja babcia się nabiera. Kiedyś do mnie zadzwoniła i pytała jakie jedzenie mi wysłać, bo oglądała telewizję i powiedzieli, że w Polsce nie ma jedzenia, że sklepy są puste, że nie ma nic. Poszłam do sklepu, zrobiłam zdjęcia i nagrania, żeby babcię uspokoić. Straszne, naprawdę.

Jak reagują dziennikarze z innych części świata, kiedy im to opowiadasz? Na MŚ w Budapeszcie o rozmowy prosili cię reporterzy z USA, Brazylii, czy Japonii. Dla nich to są pewnie szokujące rzeczy?

- Tak, są w szoku. Mamy 2023 rok i dziwią się, że nadal istnieje taki nienormalny kraj.

Ten kraj, Białoruś, pewnie nadal jest w twoim sercu?

- Kraj tak, ale na pewno nie prezydent, nie to wszystko, co się tam dzieje. Ja się tam urodziłam, zawsze będę o tym pamiętała, ale ci ludzie właśnie mi odbierają białoruskie obywatelstwo.

Rozmawiamy po polsku - nauczyłaś się go sama, słuchając i rozmawiając, czy miałaś nauczyciela?

- Przez pół roku chodziłam do szkoły, na poziom B2. A potem na treningach prosiłam trenera i wszystkich, żeby mnie poprawiać, żeby mi zwracać uwagę na złe końcówki. Wiem, że jeszcze robię dużo błędów.

Nieprawda, robisz mało błędów.

- Staram się i widzę, że jest coraz lepiej. Generalnie używam polskiego, białoruskiego, rosyjskiego i angielskiego. Czasami mi się to miesza, nawet alfabet przy pisaniu czasem mi się pomyli. Ale już mam w głowie coraz mniejszą mieszankę. Najbardziej pomogło to, że z trenerem umówiliśmy się, że będę mówiła tylko po polsku, a czasami on mi coś tłumaczył, korzystając z tego, że zna rosyjski.

Przez dwa lata mieszkania w Polsce zdążyłaś ją trochę poznać, pozwiedzać?

- Tak, byłam nad morzem, w górach to już byliśmy trzy razy, pięknie też było nad jeziorem w Olsztynie.

A jak się w Polsce czuje twój mąż?

- Miesiąc temu otworzył swój biznes, zajmuje się samochodami. Pracuje też jako trener personalny na siłowni. On też dostał polskie obywatelstwo i tak naprawdę choć jest Białorusinem, to polskie obywatelstwo mógłby dostać nawet nie jako mój mąż, tylko dlatego, że miał w Polsce jakichś przodków. Nawet nazwisko ma polskie - Zdaniewicz.

A co z twoim nazwiskiem? W dokumentach masz Tsimanouskaya, ale prosisz, żeby tak nie pisać.

- Pójdę do urzędu i zapytam czy mogę to zmienić. Nie powiedziano mi, że mogę mieć transkrypcję polską, a nie angielską. Po angielsku moje nazwisko wygląda dziwnie, ale myślałam, że tak musi być. Wszystkie dziewczyny ze sztafety miały normalne, łade nazwiska na numerach startowych, tylko ja takie trudne do przeczytania. Dla mnie to Tsimanouskaya jest nawet trudne do napisania.

Będziesz chciała się nazywać Krystyna Cymanowska czy Kryscina Cimanouska?

- Krystyna Cymanowska mi się podoba, ale mama i ojciec wolą, żebym był Cimanouska, bo to jest nasze prawdziwe nazwisko.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.