Alicja Wrona-Kutrzepa, Marika Popowicz-Drapała, Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka i Natalia Kaczmarek w dobrym stylu awansowały do finału mistrzostw świata. Wypełniły plan minimum. A o planie maksimum same zaczęły mówić w strefie mieszanej, w rozmowie z polskimi dziennikarzami.
Damska sztafeta 4x400 m w ostatnich latach była wizytówką polskiej lekkoatletyki. Medale zdobywała seryjnie, dostarczając nam ogromnych emocji i dając mnóstwo powodów do dumy. Ale w Budapeszcie nie ma większości bohaterek minionych lat. Z powodu kontuzji nie biegają tu Justyna Święty-Ersetic, Iga Baumgart-Witan i Anna Kiełbasińska, a Małgorzata Hołub-Kowalik kilka dni temu urodziła dziecko.
Wiedząc o takich brakach kadrowych nikt z dziennikarzy i chyba nikt z kibiców nie spodziewa się fajerwerków po ekipie, która owszem ma w składzie Natalię Kaczmarek (indywidualnie została w Budapeszcie wicemistrzynią świata), ale poza nią ma jeszcze debiutantkę na MŚ, czyli Wronę-Kutrzepę, sprinterkę, która przez lata specjalizowała się w 200 a nie 400 metrach, czyli Popowicz-Drapałę i ma wracającą po aż czterech operacjach Wyciszkiewicz-Zawadzką.
Oceniając uczciwie - one razem już spisały się naprawdę dobrze. A że chcą więcej? Super!
- Przez pierwsze 50 metrów byłam sparaliżowana świetną atmosferą na stadionie, ale szybko sobie powiedziałam, że nie można tak, że jestem tu dla drużyny i dostałam takiego kopa, że wypełniłam zadanie. Myślę, że w finale będzie jeszcze lepiej - mówi Wrona-Kutrzepa.
- Ostatnie 50 metrów cierpiałam, był dramat, ale Patrycja mi krzyknęła, że to super zmiana i faktycznie, dobrze wyszło. Szczerze mówiąc, trochę jeszcze nie ogarniam odległości w tej sztafecie, ale ja tylko przychodzę, słucham, co trenerzy mówią i mam nadzieję, że robię swoje. Bardzo się cieszę z wykonanego zadania. Czujemy się tu trochę niedocenione, takie mamy mocne karty, chcemy je wykorzystać, wyłożyć na stół i grać. Wyniki między sztafetami są bardzo wyrównane - mówi Popowicz-Drapała.
Wyniki są takie, że Polki, które były czwarte w swoim półfinale, w sumie miały siódmy czas. Ale wynik 3:24.05 był niewiele gorszy od najlepszego rezultatu, jaki osiągnęły Jamajki - 3:22.74.
To znaczy najszybsze były Amerykanki, ale one jedną ze zmian zrobiły poza strefą i szybko zostały zdyskwalifikowane.
- Zawsze się walczy o medale, a że nie ma Amerykanek to jest ułatwienie. To najmocniejsza ekipa. Nie lubię jak kogoś dyskwalifikują, ale skoro im się należało, to nam będzie łatwiej w finale - mówi Kaczmarek.
Natalia kończyła naszą sztafetę i pobiegła świetnie. Była szybsza od Holenderki Femke Bol (mistrzyni świata z Budapesztu na 400 m przez płotki). Kaczmarek trochę to bagatelizuje. - Podjęłam walkę o jak najlepszy czas. Widziałam, że Bol biegnie bardzo spokojnie, luźno i stwierdziłam, że ja tak nie mogę. Walczyłam o czas, żebyśmy na pewno weszły do finału [awans uzyskiwały po trzy najszybsze sztafety z obu biegów oraz dwie z najlepszymi czasami spoza tego grona] - mówi. Ale naprawdę świetnie się oglądało Natalię w akcji. - Po finale się w pełni zregenerowałam, na finał też będę miała siłę - zapowiada. I dodaje: - Dla Alicji to był debiut na dużej imprezie, Marika i Patrycja się przetarły, mam nadzieję, że w finale urwiemy z tego wyniku, że będzie lepiej.
A chyba najciekawiej na finał patrzy Wyciszkiewicz-Zawadzka. Robi to, nawiązując do tych kart, o których wspomniała Popowicz-Drapała. Najpierw rzecznik PZLA chcąc docenić, jak dobrą zmianę Patrycja dała, mówi jej, że skoro trzymamy się kart, to ona jest jokerem. A Wyciszkiewicz-Zawadzka odpowiada: - Joker tak, ale ten z "Batmana". To jest moje alter ego. Widzę tę scenę, jak on wychodzi ze szpitala i wszystko za nim wybucha. Mam nadzieję, że za nami będzie bieżnia wybuchała w finale! - mówi Patrycja.
- Nikt na nas za dużych pieniędzy nie stawia, ale my już pokazywałyśmy, że zostawiamy serce na bieżni. Często było tak, że czasy na papierze nie wróżyły nam rewelacji, a wychodziło inaczej. W finale pójdziemy na chłodno, na zimno, ale va banque!