Rok temu polska sztafeta 4x100 m sprawiła niespodziankę, zdobywając brązowy medal ME w Monachium. Ale teraz w Budapeszcie z powodu kontuzji trzeba było wystawić inny skład. Z medalistów z Monachium tym razem biegł tylko Dominik Kopeć. A największe nerwy przeżywał debiutujący na wielkiej imprezie Adam Burda. I to on popełnił błąd, przez który Polacy nie ukończyli biegu. Mianowicie nie podał pałeczki koledze ruszającemu na drugą zmianę.
- To stres. Debiutowałem na seniorskiej scenie w reprezentacji. Powiedziałem trenerowi, że jestem gotowy, że może na mnie stawiać. Niestety, zawiodłem jego zaufanie, zawiodłem chłopaków. Przykro mi - mówi 24-letni sprinter. - Zmian robiliśmy na treningach sporo, było to przećwiczone, mieliśmy wszystko wyliczone, żeby podawać pałeczkę na końcówce strefy zmian, ale nie trafiłem w rękę kolegi, a wiadomo, że w sztafecie to już jest raczej pozamiatane - dodaje Burda.
Więcej artykułów o podobnej treści znajdziesz na portalu Gazeta.pl.
Na szczęście koledzy pechowca nie mają do niego pretensji. - Czułem się świetnie i mam wrażenie, że rozniósłbym tę bieżnię - mówi co prawda Mateusz Siuda, ale zaraz dodaje: - Faworytami do finału nie byliśmy, wiedzieliśmy, że musimy nadrabiać zmianami. Na treningach one wychodziły naprawdę bardzo dobrze.
To samo podkreślają Łukasz Żok i Dominik Kopeć. - Szkoda, na treningu nam wychodziło, mieliśmy zmianami nadrabiać, bo nie mamy takiego potencjału biegowego jak rywale - słyszymy od pierwszego. - Tak czasami bywa, że zmiana nie wyjdzie i kończymy zawody. To są MŚ, tu trzeba trochę zaryzykować, bo mu tu nie jesteśmy faworytami - dodaje drugi, indywidualnie najlepszy polski sprinter.