20 tysięcy klatek na sekundę. 30 kamer i obraz jak żyleta. VAR pilnowany jak nigdzie. Polska specgrupa

Łukasz Jachimiak
Aparatura robi 20 tysięcy klatek na sekundę, odczytywać wyniki próbowała już sztuczna inteligencja, a powołani na mistrzostwa sędziowie śledzą transmisje z ponad 30 kamer dających obraz jak żyleta. A i tak reprezentacje, które chcą walczyć o najwyższe cele, mają tu swoich specjalistów od pilnowania przepisów i VAR-u. O Filipie Moterskim już słyszeliście, został bohaterem, uratował Ewę Swobodę. A wiecie, że zamiast peleryny nosi dwie lornetki, dalmierz, kamerę i nawet teleskop na iPhone'a?

Lekkoatletyka jest prosta, prawda? Rzucisz dalej, skoczysz wyżej, pobiegniesz szybciej - wygrywasz. Z grubsza rzecz biorąc, to prawda. Ale współczesna lekkoatletyka, jak cały współczesny sport jest wyścigiem na różnice tak małe, że coraz trudniej je dostrzec. Rośnie poziom, rozwija się technika i nauka. Sportowcy z tego korzystają. W tyle nie mogą zostać ci, którzy ich oceniają i którzy im pomagają. I na szczęście w polskiej kadrze o tym wiedzą.

Zobacz wideo "Chciałam stąd wyjść, już byście mnie nie zobaczyli". Ewa Swoboda o zamieszaniu w półfinale MŚ

O Filipie Moterskim pisaliśmy na Sport.pl po tym jak brawurową akcją wywalczył dla Ewy Swobody dodatkowe miejsce w finale biegu na 100 metrów. Szef sędziów Polskiego Związku Lekkiej Atletyki pokazał, że jest odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu, a nawet - jak komentowano w internecie - szefem wszystkich szefów.

Moterski nie pomyślał jak my wszyscy "Co za pech!", gdy cała ta supernowoczesna aparatura pokazała, że najszybsza biała sprinterka zawodów była o 0.001 s. za wolna w półfinałach i pierwotnie skazała naszą Ewę na łzy rozpaczy. Ona płakała, a on działał. Powiedział sędziom "sprawdzam" i dowiódł, że się pomylili.

Jak to zrobił? Tłumaczyliśmy. Ale w sumie powierzchownie. W poniedziałkowe przedpołudnie, kilkanaście godzin po wszystkim, spotkaliśmy się z Moterskim w hotelu polskiej reprezentacji. I dzięki jego uprzejmości możemy Wam, Drodzy Czytelnicy, opowiedzieć jak w lekkoatletyce działa VAR, czyli wideoweryfikacja, i jak wiele traci ten, kto się na nim nie zna.

Fotofinisz to za mało

Zacznijmy od przypadku Ewy Swobody. Moterski opowiada, że widząc różnicę 0.001 s między nią a Diną Asher-Smith, działania zaczął od przejrzenia zdjęć z fotofiniszu dostępnych na oficjalnej stronie internetowej World Athletics. Na tych zdjęciach widać naniesione linie oznaczające konkretne rezultaty. Te linie wyznacza człowiek. I tu pojawiają się wątpliwości czy w przypadku tak minimalnej różnicy (0.001 s na dystansie 100 metrów to 1 cm) aby na pewno człowiek zrobił, co miał do zrobienia z idealną precyzją.

Zdjęcia z fotofiniszu z biegów Swobody i Asher Smith wyglądają tak:

Stopklatki z mety biegów półfinałowych Ewy Swobody i Diny Asher-Smith na 100 m na MŚ w BudapeszcieStopklatki z mety biegów półfinałowych Ewy Swobody i Diny Asher-Smith na 100 m na MŚ w Budapeszcie World Athletics

Moterski uznał, że niewybaczalnym błędem byłoby, gdyby nie poszedł do sędziów wideo i nie poprosił, żeby pokazali mu zapis z dwóch kamer - głównej i zapasowej.

- Bardzo często spotykamy się z problemem przysłonięcia zawodnika. Tu tak było. W jednym z tych dwóch biegów na kamerze głównej był obraz przysłonięty, więc posiłkowano się obrazem z drugiej kamery. A on był niejednoznaczny. To był argument do mojej rozmowy z arbitrami - mówi Moterski. - To była rozmowa, nie potyczka. Absolutnie nie chodziło mi o to, żeby Dinę Asher-Smith z finału wyeliminować, to by było niezgodne z duchem sportu. Ale też niezgodne z duchem sportu by było, gdyby w finale nie pobiegła Ewa - dodaje.

A byłoby to niezgodne z duchem sportu, bo szef sędziów PZLA wykazał sędziom budapeszteńskich mistrzostw, że tak naprawdę między Polką a Brytyjką różnica była mniejsza niż 0.001 s, a gdy oni zaczęli sprawdzać dziesięciotysięczne sekundy, to już nie mieli pewności która ze sprinterek miała czas lepszy. I w końcu je zrównano.

Dziś widać wszystko. Zostaje interpretować

Moterski mówi nam, że od początku istnienia lekkoatletyki jej przepisy zmieniły się raptem w 20 procentach. - Ale te 20 procent niesie bardzo dużą zmianę, bo doszło do ogromnego rozwoju technologicznego. Trzy edycje wstecz pod względem sędziowskim mistrzostwa świata to były zupełnie inne zawody niż dziś. Teraz sędziowie mają do dyspozycji obraz z ponad 30 kamer, a nie z kilku. To pozwala im obejrzeć każdą sytuację z wielu perspektyw. Oczywiście mimo to nadal dochodzi do kuriozalnych decyzji. Ale to już jest kwestia interpretacji, a nie niepewności tego, co się widzi - opowiada szef polskich sędziów.

Taką kuriozalną decyzją według Moterskiego była ta dotycząca Michała Rozmysa. On na trwających MŚ w Budapeszcie w eliminacjach biegu na 1500 został popchnięty przez jednego z rywali, zgubił rytm i dotarł do mety na dalekim miejscu, przez co odpadł z rywalizacji. - To się stało 185 metrów przed metą, a protest nam odrzucono, tłumacząc, że uznano by nasze racje, gdyby do zdarzenia doszło trochę później, na ostatniej prostej. Zupełnie niesłusznie stwierdzono, że Rozmys mógł jeszcze nadrobić stracony dystans. Tłumaczyłem im, że podjęli złą decyzję, że to był poważny faul, że skutkował taką stratą, której nasz biegacz nie mógł odrobić. Nawet pokazywałem sędziom zdjęcia opatrywanej nogi Rozmysa. Niestety to nic nie dało. Trudno, może po prostu inny skład ludzki podjąłby inną decyzję. Ale nie ma co się obrażać, trzeba dalej robić swoje. To nas w żaden sposób nie zahamuje w dochodzeniu swoich racji - tak Moterski podsumowuje swój jedyny przegrany protest w Budapeszcie.

Warto mieć swoje nagrania

Po trzech dniach mistrzostw w tych protestach jest 3:1 dla nas. Dzięki działaniom Moterskiego i jego zespołu (o tym za chwilę) do finału dołączono Swobodę i naszą sztafetę mieszaną 4x400 m, a Bence Halaszowi, węgierskiemu młociarzowi, który walczył o medale z Wojciechem Nowickim i Pawłem Fajdkiem, anulowano rekord życiowy.

Wejdźmy w szczegóły protestu, a nawet protestów w sprawie Halasza, bo dzięki temu poznamy schemat działania naszej specgrupy pod dowództwem Moterskiego.

- Poszedłem oprotestować pierwszy rzut Halasza. Domagałem się, aby mi odtworzono wideo. Realizator w transmisji telewizyjnej nie wiem, czy celowo czy nie, ale zadysponował powtórkę, która prezentowała widok od frontu i na podstawie tej powtórki nie można było podejrzewać, że Węgier złamał przepisy, nadeptując na obrzeże koła. Ale ja dysponowałem swoim nagraniem, zrobionym z boku. Na nim wyglądało, że Halasz dotknął obrzeża koła, dlatego chciałem zobaczyć powtórki z kamer dla sędziów. Odtworzono mi te powtórki kilka razy i okazało się, że Halasz na milimetry, ale się zmieścił. Akurat w tym czasie na stadionie była już jego trzecia próba. Kiedy prezentowano mi powtórki z jego pierwszej próby, to od razu zauważyłem, że on zrobił błąd w rzucie pokazywanym na żywo i zapytałem czy mam oficjalnie składać następny protest, czy od razu możemy przejść do działania. Ten rzut Halaszowi unieważniono - opowiada Moterski.

- W rzucie dyskiem, młotem i w pchnięciu kulą technika zawodników tak poszła do przodu, oni osiągają tak niesamowite prędkości w kole, że oko sędziego, który tam stoi ma coraz trudniej wyłapać błąd. Dlatego świetnie, że rozwinęła się technologia i że można to sprawdzać na bieżąco - dodaje.

Jest Moterski i jest specgrupa

A najlepiej, że na bieżąco sprawdza to nasza mocna grupa. - Na komunikatorze mamy wewnętrzną grupę. Należą do niej wszyscy trenerzy, którzy są na MŚ w Budapeszcie. Podczas naszej odprawy przed startem mistrzostw zwracałem wszystkim uwagę, że musimy działać zespołowo, bo z mojej perspektywy nie wszystko da się wychwycić, a nawet jeśli wychwycimy jakiś błąd w więcej osób, to będziemy mieli więcej spojrzeń, więcej różnych dowodów i dzięki temu większą szansę na skuteczne działanie - opowiada Moterski.

- Idąc do sędziów sprawdzić rzut Halasza miałem swoje nagrania, a do tego trener Ireneusz Bukowiecki oglądał transmisję w hotelu i wysłał mi filmik nagrany z telewizora. Konsultowałem się też z dyrektorem sportowym i sekretarzem PZLA Krzysztofem Kęckim i z wiceprezesem Tomaszem Majewskim. On stwierdził, że widzi tę sytuację jako 50/50, więc uznałem, że 50/50 to więcej niż 1/99 i złożyłem protest. A kiedy z sędziami dyskutowałem o pierwszym rzucie Halasza i gdy przeszliśmy z nimi do rozmowy o ewidentnym błędzie zawodnika w trzeciej kolejce, to widziałem, jak na zegarek przychodzą mi powiadomienia z naszej grupy, że trzeba działać właśnie w sprawie tej trzeciej próby. Telefonu nie mogłem wyciągnąć, bo sędziowie pilnują żeby tylko czegoś u nich nie nagrać. Ale po wyjściu od nich cieszyłem się, że koledzy byli czujni i poodpisywałem im, że sprawa już jest załatwiona - opowiada Moterski.

VAR w lekkoatletyce startował z sedesem w tle

Od szefa naszych sędziów dowiadujemy się, że możliwość takiego reagowania na bieżąco World Athletics wprowadziła po MŚ 2019 w Dausze. Tam też były ogromne wątpliwości dotyczące rzutu Halasza. Ale tam nasz protest rozpatrzono dopiero po konkursie. I gdy okazało się, że mieliśmy rację i że sklasyfikowanemu pierwotnie na czwartym miejscu Nowickiemu należy się brązowy medal, to sędziowie, nie chcąc odbierać go Halaszowi (uznali, że nie fair byłoby go po wszystkim poinformować, że jednak nie liczy mu się ten wynik, który mu zatwierdzono i który mógł mieć duży wpływ na jego dalsze rzucanie w zawodach), po prostu przyznali dwa brązowe krążki.

- Teraz są arbitrzy wideo, którzy mogą podjąć decyzje, a jeszcze w Dausze tylko arbiter konkurencji mógł to zrobić. Musiałby w trakcie pójść i obejrzeć powtórki. Tego nie robił. Dlatego w Dausze dopiero po zawodach zajęto się sprawą Halasza - doprecyzowuje Moterski.

- Natomiast początki VAR-u w lekkoatletyce były na halowych MŚ w Sopocie w 2014 roku. Ten VAR wtedy to była toaleta - dodaje nasz sędzia. - Naprawdę. To był kawałek szatni. Mam zdjęcie, gdzie teraźniejszy prezydent World Athletics Sebastian Coe razem z członkami komisji odwoławczej i ze mną debatują w tej toalecie przy monitorach. Szkoda, że na tym zdjęciu nie widać sedesu, na który mieliśmy widok - śmieje się Moterski.

Filip Moterski i m.in. Sebastian Coe sprawdzają VAR na halowych MŚ Sopot 2014Filip Moterski i m.in. Sebastian Coe sprawdzają VAR na halowych MŚ Sopot 2014 Archiwum Filipa Moterskiego

- W Sopocie VAR to był prymitywny mikser dający widok z sześciu kamer. Cztery z nich były telewizyjne, wybieraliśmy takie, z których widok będzie najlepszy. Kilka miesięcy wcześniej VAR zastosowano podczas halowych mistrzostw Europy, ale tamten VAR był zrobiony już całkiem prymitywnie. A Nawet nie mówię o próbach z 2012 roku z halowych MŚ w Stambule. Natomiast Sopot pokazał działaczom IAAF (dziś to World Athletics), że to jest droga, którą trzeba iść. Wtedy działacze zrozumieli, że trzeba bazować na analizie wideo, bo lekkoatletyka tak się rozwinęła, że już coraz częściej decydują setne nie dziesiąte części sekundy, a teraz wiemy, że tysięczne, a nawet dziesięciotysięczne - mówi Moterski.

Nasz sędzia tłumaczy, że w ostatnich latach lekkoatletyka i korzysta z coraz lepszego sprzętu, i robi coraz więcej konferencji, na których szkoli sędziów. Co warte podkreślenia, mamy tu swoje zasługi. - Jako polscy sędziowie jesteśmy prekursorami niektórych rozwiązań. Jako pierwsi wprowadziliśmy sprawdzanie startu z perspektywy kilku zsynchronizowanych kamer. Na konferencji European Athletics prezentowałem to rozwiązanie, które wdrożyłem w Polsce - mówi Moterski.

Sztuczna inteligencja już przetestowana. "Na szczęście"

Okazuje się, że wdrażać różne rzeczy w lekkoatletyce próbowano już z pomocą sztucznej inteligencji.

- Bardzo ważna jest technologia, ale też bardzo ważny jest człowiek. Na szczęście nie mamy sztucznej inteligencji do oceny prób w konkurencjach technicznych, ale były próby jej zastosowania. Nieudane. Na szczęście wrócił człowiek. Człowiek musi umieć odczytać dane, które do niego spływają. To jest niezwykle trudne. To trzeba zrobić w kilka-kilkanaście sekund, przecież oczekiwanie i zawodników, i widzów jest takie, że bardzo szybko dostaną wynik - mówi Moterski.

To jest cyfrowa harówka. Nie można wyjść na oszołoma

On te wszystkie wyniki jest gotów podważać, jeśli tylko uzna, że ktokolwiek z polskiej kadry mógł zostać poszkodowany. A żeby być w takiej gotowości, trzeba wykonać ogrom pracy. I technologicznej, i tak naprawdę fizycznej.

- Wszystkie próby Polaków sobie nagrywam. Schodzę z trybuny prasowej na trybuny dla drużyn i wybieram miejsca najlepsze do obserwacji. Na przykład na bieg Damiana Czykiera w półfinale 110 m przez płotki usiadłem na wprost toru Damiana, żeby widzieć czy żaden z rywali nie miał z nim kontaktu, czy go chociaż lekko nie musnął i nie wybił z rytmu. Oceniam co się działo, określam czy są jakieś rzeczy co do których mam wątpliwości. I jeszcze pytam zawodników. Czykiera pytałem, czy aby na pewno na pierwszych metrach nie doszło do kontaktu z jednym z rywali, bo nie miałem pewności, gdy oglądałem powtórki. Damian powiedział, że niczego nie poczuł. Ale jeżeli coś na moim zapisie wideo byłoby niejednoznaczne, jeżeli zawodnik nie miałby pewności, to poszedłbym do sędziów i poprosił o analizę z ich świetnie wszystko pokazujących kamer - mówi Moterski.

- Pierwsze kilka sekund po biegu, rzucie lub skoku to jest moja analiza, później zbieram opinie od trenerów, niekiedy proszę dziennikarzy, którzy są w mixed zonie, żeby zapytali zawodnika, czy coś się działo i jeżeli dostanę informację, że tak, to idę do sędziów wideo - podsumowuje.

- Oczywiście nie mogę w protestowaniu przesadzać, nie mogę tego naudyżwać, bo zaczną myśleć, że jakiś oszołom z Polski przychodzi i się awanturuje - śmieje się Moterski, którego tak naprawdę ci ludzi dobrze znają i wiedzą, że jest fachowcem. Ale już całkiem serio dodaje: - Jak wchodziłem do pomieszczenia sędziów w sprawie Ewy, to widziałem, że tego Halasza z poprzedniego Węgrzy jeszcze ciągle mi nie mogą darować.

Ale oni wszyscy wiedzą, że jeśli już Moterski do nich przychodzi, to sprawa jest poważna. Nasz ekspert jest tu wyposażony w lornetkę wojskową, która - jak mówi - trochę grosza kosztowała. Ma 80-krotny zoom. Daje bardzo duże zbliżenie, które jest potrzebne do analizowania rzutu młotem czy dyskiem. Moterski ma też drugą lornetkę, elektroniczną. I dalmierz elektroniczny. Mówi, że taki zestaw potrafi zdziałać cuda. Gdyby mógł, to do Budapesztu zabrałby też własną kamerę i teleskop na iPhone'a. Ale mu nie pozwolono. - Na Halaszu to już była symfonia, kiedy rzucał, to u mnie w działaniu było wszystko: i lornetka duża, i mała, i telefon do nagrywania. Znałem słabe strony Halasza i wiedziałem, że będzie zdeterminowany, że będzie ryzykował. I stety-niestety się nie pomyliłem - uśmiecha się Moterski. I mówi, że jeszcze na tych mistrzostwach na pewno będzie się działo. Ale spokojnie, on jest gotowy.

Lekkoatleci mu gratulują i życzliwie żartują

Przez godzinę, którą z nim spędziliśmy, widzieliśmy, jak jest ważny i potrzebny. Przez ten czas przez hotelowy hall przewinęli się m.in. Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka, Piotr Lisek, Piotr Małachowski czy menedżer naszych lekkoatletycznych gwiazd Marcin Rosengarten. Wszyscy Moterskiego pozdrawiali, gratulowali mu, a nawet trochę żartowali, że jest gwiazdą, od razu dodając, że zasłużenie.

- Dzięki za miłe słowa - mówi szef sędziów PZLA, gdy mówimy mu, że przywraca sportowcom i kibicom wiarę w to, że polski działacz sportowy to faktycznie może być ktoś, kto działa dla ich i naszego dobra. - W sumie ja wykonuję to, do czego zostałem powołany, to po co tu przyjechałem - mówi.

A czy Moterski zaczął jeździć z reprezentacją Polski dlatego, że kogoś takiego bardzo zabrakło w ekipie rok temu, na MŚ w Eugene, gdzie doszło m.in. do potężnego zamieszania związanego z nieznajomością w naszej kadrze przepisów dot. rozgrywania sztafety mieszanej 4x400 m? - Nie wiem, być może, ale nie będę się bawić w plotki, wolę oglądać płotki - żartuje Moterski. - Na początku tego roku na rozmowę zaprosili mnie panowie Majewski i Kęcki. Zapytali, czy zgodziłbym się i czy znalazłbym czas, żeby na najważniejsze imprezy sezonu pojechać z kadrą. Zgodziłem się z przyjemnością, powiedziałem, że kadra może liczyć na moją pomoc i tak byłem w Stambule, a teraz jestem w Budapeszcie - słyszymy.

Ekspert od interpretacji i wytrychów w cenie

Nie wszystkie reprezentacje mają takich ludzi, ale też są takie kadry, które ekspertów jak Moterski mają już od dekady. Dobrze, że te ekipy zaczęliśmy pod tym względem gonić.

- Już w Sopocie w 2014 roku spotkałem kilku moich znajomych sędziów międzynarodowych, którzy przyjechali nie sędziować, tylko pomagać swoim narodowym ekipom. Składali bardzo skuteczne protesty, bo świetnie znali przepisy, bardzo dobrze wiedzieli co i jak należy napisać. Obierali świetne strategie, mieli naprawdę wysoką skuteczność. Stuprocentowej nigdy się nie ma, ale ma się wysoką, gdy się zna pewne mechanizmy, pewne wytrychy, pewne interpretacje. To przynosi skutki. Ja jestem dumny, że mogę naszym lekkoatletom pomagać. Dla mnie to szczęście, że na przykład Ewie Swobodzie pomogłem pokazać, jaką jest wspaniałą sporstmenką. Dostała szansę, która jej się przecież należała i pokazała swoją wielkość. Świetnie jest być przy takich historiach - podsumowuje Moterski.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.