Dyrektor PZLA odpowiada Damianowi Czykierowi. "Ktoś próbuje znaleźć kozła ofiarnego"

Dyrektor PZLA, który podczas lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Monachium pełni rolę kierownika polskiej ekipy, Krzysztof Kęcki broni się przed zarzutami Damiana Czykiera. 30-latek zarzucił mu, że wskutek opieszałości nie udało się złożyć protestu po pechowym półfinałowym biegu na 110 metrów przez płotki.

Damian Czykier był jednym z głównych kandydatów do walki o medale w biegu na 110 metrów przez płotki podczas lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Monachium. 30-latek nie zdołał jednak awansować do finału - w trzecim półfinale uzyskał czas 13,99 sekundy i zajął ostatnie, ósme miejsce.

Zobacz wideo Maria Andrejczyk: Ważniejsze są cisza i spokój, które pozwalają skupić się na najcięższej pracy

Adrianna Sułek i Piotr LisekFenomenalna Sułek o krok od medalu. Klęska tyczkarzy. Tak zaprezentowali się Polacy

Czykier narzekał na opieszałość członka ekipy

Czykier miał dwukrotnie problemy na trasie biegu. Najpierw zaliczył nie najlepszy start, a następnie stracił rytm na drugim i czwartym płotku. Zaraz po biegu Polak nie był świadomy, że problem na czwartym płotku był efektem kontaktu z jednym z rywali, o czym powiedział mu trener.

Choć pojawiła się możliwość na złożenie protestu, ostatecznie do tego nie doszło. Czykier udostępnił na Instagramie film, w którym powiedział, że doszło do opieszałości ze strony jednego z członków ekipy. - Trener po biegu powiedział, żebyśmy złożyli protest, bo te moje błędy, ten drugi mój błąd, wynikał z kontaktu z Francuzem. Byliśmy w komisji sędziowskiej, pokazywali nam to na kamerach, to sporna sytuacja. Faktycznie Francuz jest na moim torze ręką w momencie uderzenia. Nie wiadomo, jaki byłby werdykt, to ciężka sytuacja, ale powiedzieli, że ich to nie interesuje. Bo nasz szef szkolenia za późno złożył protest. Pozdrawiam, mój kraj taki piękny – powiedział.

Jeszcze później okazało się, że bezpośrednią przyczyną opóźnienia złożenia protestu był fakt, że związek nie zgadzał się z wersją przedstawioną przez samego Czykiera. Zabrakło sześciu minut, aby odwołanie mogło stać się faktem.

Dyrektor PZLA broni się przed zarzutami

Czykier następnie opisał całą sytuację, minuta po minucie. Od 20:59, czyli momentu rozpoczęcia biegu, zawodnicy mieli 30 minut na to, aby kierownik ekipy wniósł protest. O 21:18 ustalono podstawę odwołania, natomiast ostatecznie protest wpłynął do European Athletics o 21:35. Uznano, że było to o sześć minut za późno.

Krzysztof Kęcki, dyrektor Polskiego Związku Lekkiej Atletyki w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" przedstawił swoją wersję zdarzeń. - Damian biegł o godz. 20.58. Na zebraniu, na którym zresztą był obecny, mówiłem, żeby z ewentualnymi protestami uderzać od razu do mnie, a przede wszystkim do sędziego, czego Damian nie zrobił - powiedział.

Piotr LisekAnty hat-trick Piotra Liska. Klapa w Monachium

Następnie Kęcki, który na dowód swoich słów przedstawił screeny z rozmowami i godziną otrzymania zdjęć powiedział, że czas na złożenie protestu był do 21:31. - Tyle że ja dopiero o godz. 21.31 dostałem zdjęcie od trenera, z którym można było cokolwiek zrobić. Do sędziów trzeba iść z dowodami. Co mogę im napisać, jeśli nie widać dowodów. Z samego mówienia nic nie wynika. Dopiero kiedy dostałem zdjęcie, które dawało szansę, to mogłem cokolwiek zrobić. Zaryzykowałem, choć wiedziałem, że są małe szanse powodzenia. Ktoś chyba próbuje znaleźć w tej sytuacji kozła ofiarnego - stwierdził.

Więcej o: