Stoperan, nospa, paracetamol i dexak. Zdziebło pobiła rekord i była cieniem człowieka

Łukasz Jachimiak
- Sport wyczynowy nie ma nic wspólnego ze zdrowiem. Bliżej temu do nałogu - mówi Katarzyna Zdziebło. Absolwentka medycyny sprawdza to na sobie. Na lekkoatletycznych MŚ w Eugene wywalczyła dwa srebrne medale w chodzie.

25-letnia Katarzyna Zdziebło to absolwentka medycyny, która właśnie stała się nową gwiazdą polskiej lekkoatletyki. Na MŚ w Eugene zdobyła dwa srebrne medale w chodzie sportowym - na 20 km i na 35 km.

Zobacz wideo Pia Skrzyszowska: Celuję w finał i liczę na poprawienie rekordu życiowego

- Marzę tylko, żeby mnie wszystko przestało boleć. Stan zapalny jeszcze ze mnie nie zszedł po ostatnim wyścigu - ledwo mówiła nam Kasia po drugim medalu. Była cieniem człowieka, bo 35 km przeszła aż o prawie 10 minut szybciej niż kiedykolwiek w życiu! Oglądając jej zmagania, widzieliśmy, że w pogotowiu u trenera leżały m.in. stoperan, nospa, paracetamol i dexak.

Katarzyna ZdziebłoPo medal MŚ ze stoperanem. Katarzyna Zdziebło ma kolejne srebro, bo zgodziła się nieludzko cierpieć

Łukasz Jachimiak: Czy jako lekarz możesz się zdiagnozować? Opiszesz stan, w jakim jest twój organizm dobę po wyścigu na 35 km?

Katarzyna Zdziebło: Diagnoza jest prosta: przemęczenie.

To brzmi łagodnie. Jak jest naprawdę?

To był nadludzki wysiłek. Niefizjologiczny. Wszystko zaczęło boleć i myślałam, że coś poważnego się stało z mięśniem podkolanowym. Bo już był naderwany, z takim trenowałam. Źle zniosłam 35 kilometrów, bo mój organizm był już przemęczony startem na 20 km tydzień wcześniej. Tamten wysiłek i nowy, duży, się skumulowały. Zmęczenie było wielkie również dlatego, że przed startem wstałam już o godzinie 1:30. Nie mogłam spać. Zrobiłam rozgrzewkę, zjadłam śniadanie i czekałam.

Co się je na śniadanie o drugiej w nocy?

Nic poza bułkami nie było.

Nawet banana do bułki?

Muszę to przetestować! Tego połączenia jeszcze nie próbowałam.

Wróćmy do diagnozy: przychodzi Katarzyna Zdziebło do lekarza zaraz po tym, jak zdobyła drugi medal, i co lekarz zaleca?

Żeby od razu zaczęła odpoczywać. A tak nie było. Był sukces, była euforia, więc najpierw były rozmowy z dziennikarzami. A powinnam usiąść, napić się, dostarczyć organizmowi glukozy, energii. Powinnam wziąć nogi do góry. A ja stałam. I jeszcze mówiłam, mózg musiałam wysilić, zwłaszcza, by mówić po angielsku. Powinnam też rozchodzić i roztruchtać mięśnie, żeby nie były sztywne. Tego też nie zrobiłam, bo zostałam zabrana na kontrolę antydopingową i na konferencję prasową, której w końcu, dzięki Bogu, nie było. Jak się wszystko skończyło, to już tylko marzyłam, żeby się położyć. Ledwo jechałam autobusem do hotelu. Miałam skurcze brzucha, trochę bolało. W sumie lekarz by powiedział, żeby jak najlepiej odpocząć, ale nie było aż tak źle, żeby mnie skierował do szpitala.

Ledwo mówiąc na mecie, powiedziałaś nam, że jeszcze nie zszedł stan zapalny z twojego organizmu po pierwszym starcie.

Tak, bo podczas wyścigu na 20 km ponadrywałam włókna mięśniowe. Dlatego że tempo był bardzo szybkie, z takim się na treningach nie chodzi [Zdziebło pobiła w Eugene rekordy Polski na obu dystansach]. A jeszcze tu są trudne wiraże, nie są łagodne. Przez to wszystko mięśnie były zniszczone.

Badałaś krew? Widziałaś po poziomie CRP albo OB, jak duży masz stan zapalny?

- Tego nie trzeba badać, to się czuje. Wystarczy, że się zrobi mocniejszy trening, taki ponad swoje siły. Ludzie po zbyt dużym dla siebie wysiłku mówią, że mają zakwasy. A tak naprawdę mają DOMS-y.

DOMS-y?

Delayed-Onset Muscle Soreness, opóźniony ból mięśni spowodowany ich uszkodzeniem, ich stanem zapalnym. Taki wyścig na 35 km jest dla organizmu traumatycznym doświadczeniem. Zaburza dobrostan.

Zwłaszcza gdy ten dobrostan już tak naprawdę jest mocno zaburzony.

Tak, kontuzja mięśnia podkolanowego i dwugłowego to były problemy. I to się jeszcze nasiliło. Ale w końcu przespałam 11 godzin, jak wstałam, to pomyślałam, że mam kolejny medal i podejście do życia już jest inne! Mięśnie jeszcze mam obolałe, ale samopoczucie już jest bardzo dobre.

Czyli gdyby za tydzień na mistrzostwach był jeszcze jeden dystans, to poszłabyś po kolejny medal?

...

Nie wiesz?

Dzisiaj jeszcze bym tak nie powiedziała. Ale możliwe, że za kilka dni chęć walki by przeważyła. Chociaż wiem, że to by nie było dla mnie dobre. No nie wiem, chyba jednak bym się nie zdecydowała. Już chyba nie.

Po co ci to wszystko? Teraz dla medali, dla chwały. Ale co przez wcześniejsze lata pozwalało ci wytrwać taką harówkę?

Zacznijmy od tego, że sport wyczynowy nie jest zdrowy. Trzeba powiedzieć wprost, że wyczyn nie ma nic wspólnego ze zdrowiem ani ze zdrowym stylem życia. Bliżej temu do nałogu. Natomiast kiedyś, na początku, było inaczej. Sport pozwalał spotykać znajomych, mieć wspólną ekipę, wspólne wyjazdy, tematy do rozmów. To był pierwszy motor napędowy. Później przyszły medale. I bardzo cieszyły nawet te z podwórkowych zawodów. Z czasem przyszły medale mistrzostw Polski, minima na juniorskie mistrzostwa świata i tak to się kręciło punkt po punkcie. I chciało się coraz więcej.

I coraz więcej się w tym celu robiło.

Właśnie tak.

Zrobiłaś tak dużo, że masz dziś dwa srebrne medale mistrzostw świata. Do Eugene przyjechałaś jako reprezentantka Polski raczej nieznana polskim kibicom, a wyjedziesz stąd jako najlepsza polska lekkoatletka, gwiazda ekipy. Spodziewasz się, że twoje życie się zmieni? Że przyjdą sponsorzy, że będziesz miała propozycje reklamowe?

Na pewno w naszej konkurencji potrzeba trochę rozgłosu medialnego. Żeby zapewnić sobie możliwość dalszego spokojnego treningu, bez zastanawiania się, z czego się utrzymam, czy nie będę musiała pójść do pracy i dopiero po pracy trenować. Chciałabym działać i się nie martwić o jutro. To by było fajne. Ale na pewno medialność nie może mi zaburzyć cyklu treningowego. Muszę się skupić na tym, skąd jestem. Jestem ze sportu, poświęcałam mu czas, gdy miałam go niewiele przez studiowanie medycyny. Nie chciałabym teraz czasu na sport poświęcać nagle na przykład na kręcenie reklam. Chciałabym jeszcze dużo osiągnąć w sporcie, a nie w reklamie czy w telewizji.

"Chciałabym jeszcze dużo osiągnąć w sporcie" - to ważna deklaracja dla tych, którzy może się martwili, czy nie zajmiesz się teraz specjalizacją i nie pójdziesz w kierunku bycia radiologiem.

Medycyna sportowa to moja przyszłość. Widzę się w radiologii, bo ona daje możliwość pracy ze sportowcami. Ale dziś nie będę składać żadnych deklaracji. Na razie muszę skończyć staż. Zostały mi dwa miesiące. Kiedyś miałam tendencję do planowania dalekiej przyszłości, a teraz się uczę, że to nie ma sensu, że trzeba brać to, co jest.

Ale igrzyska olimpijskie Paryż 2024 chyba musisz już planować?

Paryż to już jest punkt stały, pewny. A droga mojego rozwoju to coś innego. Jej z góry w całości nie ustalę. A plan na Paryż - tak. Już w głowie mam igrzyska olimpijskie, już chciałabym się przygotować do mojego docelowego, najważniejszego startu.

Jaki masz pułap tlenowy (VO2 max) i inne wskaźniki opisujące wytrzymałość organizmu?

Już na samym początku moja nauczycielka i pierwsza trenerka zauważyła, że radzę sobie lepiej niż moi rówieśnicy, mimo że wykonuję mniej treningów. Ja też widziałam, że treningi kosztują mnie mniej niż rówieśników. I że nawet jak tak samo trenujemy, to samo zrobimy, to później w zawodach ja mam lepsze wyniki. Ale żadnych skomplikowanych badań biochemicznych nie miałam wykonywanych.

Nie badano cię w Instytucie Sportu?

Powiem szczerze: nie. Po prostu wiem, że dobrze mieć talent, i chyba go mam. Ale muszę go popierać bardzo mocną pracą. Bo mnóstwo było sportowców, którzy talent zmarnowali.

Wygląda na to, że jesteś w świetnej sytuacji, bo już osiągasz wielkie sukcesy, a jeszcze dużo możesz się o sobie dowiedzieć i możesz się rozwinąć.

Tak, cały czas szukam swojej drogi. Interesuję się treningiem, czytam książki na ten temat. W wolnym czasie szukam nowinek o treningu wzmacniającym i uzupełniającym, bo poza chodem bardzo lubię pływać i robić treningi ogólnosprawnościowe. Mam dzięki temu inne bodźce, spoza chodu. I myślę, że to procentuje.

Opowiesz, jak wygląda najtrudniejszy czas twoich przygotowań?

- W ostatnim czasie najmocniej pracowałam na obozie przed mistrzostwami świata. Trwał ponad miesiąc. Przez ten czas byłam całkowicie wyłączona z życia. Byłam na tym obozie sama, myślałam tylko o zrobieniu kolejnej jednostki treningowej, nic mnie nie rozpraszało. Wcześniej praca czy obowiązki domowe trochę mnie wytrącały ze skupienia, a teraz w 100 procentach koncentrowałam się na sporcie. I nie miałam też żadnej kontuzji, która kazałaby mi np. biegać w wodzie z pasem wyporowym, żeby chociaż dzięki niemu imitować ruchy jak z biegania z czy z chodu. Dużo dało mi też to, że wcześniej u siebie, w Rzeszowie, zapisałam się do instytutu Fizjo-Sport. Uznałam, że muszę wiedzieć, czy dobrze wykonuję wszystkie ćwiczenia. Czy faktycznie sobie nimi pomagam, a nie szkodzę. Cały czas szukam możliwości rozwoju.

I pewnie cały czas zwiększasz też sobie liczbę kilometrów do pokonywania albo/i tempo? Jak dużo chodziłaś, gdy szykowałaś formę na Eugene?

Nie zliczę dokładnie kilometrów. Były jednostki bardzo mocne i regeneracyjne. Przeplatałam najdłuższe treningi, takie pod 30 kilometrów, z tymi na odpoczynek.

Jakie jednostki uważasz za takie na odpoczynek?

Wtedy robię luźną godzinkę chodzenia. Takie 12 kilometrów.

Pracujesz z psychologiem? Wytrzymywanie tego wszystkiego musi być trudne.

Miałam taki czas, że współpracowałam z psychologiem, ale to się skończyło. Myślałam, żeby pójść do kogoś bardziej związanego ze sportem, kto umiałby dobrze podejść do tego mojego dualizmu, do sportu i do życia. Robię wywiad środowiskowy, do kogo by tu uderzyć.

Zahaczyliśmy już o Paryż - igrzyska za dwa lata, a wy ciągle jeszcze nie macie pewności, na jakich dystansach będziecie tam rywalizować. Czy to ci bardzo utrudnia życie?

Wcale. Nie mi się zastanawiać, co zostanie ustalone. Ja przepisów nie zmienię. Podobno ma być start indywidualny i ma być mikst, ale detale ktoś ustali, a ja się dostosuję. Nie zawracam sobie tym głowy.

Dlaczego na najważniejszym obozie przed MŚ byłaś sama?

Cała nasza ekipa chodziarzy wyjechała trenować w góry, do Sankt-Moritz. A ja, skoro chciałam startować w Eugene na dwóch dystansach, uznałam, że lepiej zrobię, jeśli zostanę w Polsce. Nie wiedziałam, czy robię dobrze. Teoretycznie rezygnacja z gór to dla wytrzymałościowca strzał w kolano. Ale wtedy porozmawiałam z panem Robertem Korzeniowskim, który powiedział: "dobrze, zostań w Spale, tutaj też zrobisz trening". On mi dał spokój psychiczny. Dał mi też wiele cennych wskazówek dotyczących treningu. Wlał we mnie spokój ducha. A na obozie w Spale trenowałam z trenerem Kisielem, który też mi bardzo pomógł. I spałam w namiocie hipoksyjnym, żeby mieć trochę warunków jak w górach. Hipoksja mnie bardzo interesuje. To ciekawy temat dla sportowca i dla medyka. Wysokością sobie sama operowałam i wszystko fajnie zagrało.

Słuchasz rad Roberta Korzeniowskiego, korzystasz z pomocy trenera Krzysztofa Kisiela, zostałaś zawodniczką trenera Grzegorza Tomali i codziennie ćwiczysz z mistrzem olimpijskim Dawidem Tomalą - wyszłaś od swojej trenerki Marzeny Kulig i zbierasz wszystko, co najlepsze, od kogo tylko się da. To jest twój pomysł na sukces?

Uważam, że sportowiec musi słuchać siebie, swojego organizmu, i że dobrze jest szukać swojego złotego środka. Gdy trenowałam z panią Marzeną Kulig, byłam wprowadzana w kulisy chodu, a później sama się nimi interesowałam. Gdy zaczęłam jeździć na zgrupowania do Spały, zobaczyłam, jak można trenować inaczej. A niedawno Dawid Tomala i Artur Brzozowski bardzo dużo mi pomogli, gdy pokazali, co i dlaczego oni robią.

Po pierwszym srebrze opowiadałaś, że chód był twoim hobby, dodatkiem do medycyny. To hobby wielu ludzi uważało za dziwne?

Oczywiście. Zawsze się znajdą przeciwnicy chodu sportowego. Ale trzymam się tego, że to mi się podoba, że chcę to robić, że to jest moje. Postawiłam na to i chociaż były sprzeciwy ze strony rodziców, którzy są lekarzami, to wytrwałam.

Jakie były argumenty rodziców?

Takie, z którymi się zgadzam: że zawód lekarza jest pewny, że trzeba z czegoś żyć. Jeśli byłabym zwykłym chodziarzem, który raz na jakiś czas zdobyłby medal mistrzostw Polski, nie miałabym z czego żyć. A zawód lekarza daje możliwości na przyszłość. Nie na rok czy dwa, bo ten zawód można uprawiać do końca życia, można pracować, rozwijać się, doszkalać nawet i w wieku 70 lat.

Ale to ci nie ucieknie, to będziesz mogła robić nawet w wieku 70 lat. A po medale mistrzostw świata jako 70-latka nie pójdziesz.

Tak, ale gdy kończysz studia, to głowa jest bardziej chłonna, człowiek jest lepiej zmotywowany i wtedy może się najlepiej rozwijać. Dlatego gdy kończyłam medycynę, to szczególnie mój tata uważał, że powinnam na nią w całości postawić. Myślałam, czy tak zrobić, ale czułam, że chcę coś powiedzieć w sporcie. Te medale są dla mnie nagrodą. Mam dowód, że to nie był stracony czas.

Powiedz szczerze - czy rodzice nie mówili ci, że chód wygląda na sport, który rujnuje zdrowie? Wasz ruch nie wygląda naturalnie.

Do chodu rodzice nic nie mieli. Bez różnicy, czy to chód, czy wybrałabym bieganie, chodziło im o poziom, o to, że sport wyczynowy zabiera zdrowie. Mówili mi o zużyciu stawów. I nadal mówią. Wiem, że fizjologicznie tak jest, że pewnie wszystko mi wysiądzie, gdy będę starsza.

Robert Korzeniowski chyba na zdrowie nie narzeka.

I ja rodzicom stawiam właśnie ten przykład. Mówię: "Widzicie? Robert Korzeniowski jest praktycznie w waszym wieku i zobaczcie, jak wygląda i jak się czuje".

I rodzice trochę się wtedy uspokajają? Bo medale pewnie uspokajająca na nich nie działają. Zwłaszcza drugi okupiłaś ogromnym wysiłkiem, który oni na pewno widzieli.

Myślę, że tata te medale docenia. I bardzo szanuje. Ale uważa, że jednak medycyna jest jedyną słuszną drogą. I ja go szanuję za to, że ma swoje zdanie.

Na pewno zyskałaś argumenty w dyskusji o finansach. Do każdego srebrnego medalu dodano ci po 35 tysięcy dolarów premii. Czyli chodziarz jednak może godnie zarobić.

To jest prawda.

Teraz możesz sobie kupić dużą maszynę do robienia zdjęć rentgenowskich.

Ha, ha, tak! To jest zabezpieczenie finansowe. Rodzice martwią się o mnie pod względem materialnym i może to ich trochę uspokoiło. Ale nie wiem, trzeba by było ich zapytać, co myślą. Ja wiem, że się bardzo moim sukcesem cieszą. Tak samo rodzeństwo - o pięć lat młodsza siostra i o dwa lata młodszy brat.

Idą do chodu czy do medycyny?

Siostra jest chodziarką. I też studiuje medycynę. Przetarłam jej szlaki. Mówię: "Ania, widzisz? Da się to pogodzić!". Rodzice już też aż tak nie oponują. Ania trenuje od dwóch lat. Zabawne, że kiedyś była wielką przeciwniczką chodu, ale jak wyszła na pierwszy trening, to całkiem jej się odmieniło. Często tak jest, że ludzie mówią: "Chód? Co to jest? Najgorszy sport na świecie!". A później kilka treningów sprawia, że diametralnie zmieniają zdanie. Z siostrą mamy teraz team Zdziebło.

Chód w Polsce może być fajny? Długo nie daje pieniędzy, długo trzeba go uprawiać w bardzo złych warunkach - w śniegu, w błocie, na mrozie.

Teraz mam już wyjazdy na obozy klimatyczne, ale przez pierwsze lata myślałam tylko: "Proszę, odśnieżcie tę ścieżkę nad Wisłokiem, żebym się nie topiła w zaspach". I jaka by pogoda nie była, brałam adidaski, zakładałam dwie pary skarpetek, kominiarkę i szłam. Nawet jak było minus 15 stopni.

Nie zrobiłaś sobie krzywdy, gdy chodziłaś po śliskim?

Śmieję się, że wtedy robię trening stabilizacyjny. Dwa razy zdarzyło mi się przewrócić. Ale bardziej się poobijałam, gdy uczyłam się jeździć na nartach i na snowboardzie. A ostatnio jak są trudne warunki, to idę już raczej do klubu fitness i tam trenuję.

Na takiej typowej, mechanicznej bieżni do biegania?

Tak. Trochę się ludzie dziwią i może na początku trochę się wstydziłam, ale teraz już mam do tego inny stosunek.

Na koniec jeszcze raz wróćmy do finansowych zmian w twoim życiu - pewnie nie masz sponsora indywidualnego i pewnie by ci się przydał?

Dokładnie tak: nie mam i bardzo by się przydał.

Ogłaszamy przetarg?

Pewnie! Do tej pory miałam tylko umowę z Olimpem, który mi dawał odżywki. Jestem za to bardzo wdzięczna. Miło, że Olimp mi pomagał, gdy jeszcze nie miałam osiągnięć. Chociaż dla mnie 10. miejsce na igrzyskach to już też było coś.

Więcej o: