Adrianna Sułek potężnie uderza w PZLA. "Inne osoby obawiają się o tym powiedzieć"

Łukasz Jachimiak
- Jedynym hamulcem w moim rozwoju jest Polski Związek Lekkiej Atletyki - mówi Adrianna Sułek. - Mówię w imieniu co najmniej połowy polskiej kadry. Inne osoby obawiają się o tym powiedzieć - dodaje czwarta siedmioboistka MŚ w Eugene.

Adrianna Sułek pobiła rekordy życiowe w trzech konkurencjach (bieg na 200 m, pchnięcie kulą, bieg na 800 metrów) a w czwartej życiówkę wyrównała (skok w dal). 23-latka startowała w Eugene świetnie. Dzięki temu w sumie zdobyła 6672 punktów i pobiła rekord Polski, który wynosił 6616 pkt i od 1985 roku należał do Małgorzaty Nowak.

Zobacz wideo Maria Andrejczyk: Ważniejsze są cisza i spokój, które pozwalają skupić się na najcięższej pracy

Szkoda, że ten świetny wynik nie dał Adzie medalu, że wystarczył "tylko" do czwartego miejsca. Ale widzimy, że ona ma talent i przebojowość, które powinny poprowadzić ją na szczyt.

Trener łagodził. "Ma złote serce, a ja jestem tą, która będzie walczyć"

Przed rozpoczęciem rywalizacji w Eugene Sułek w rozmowie ze sport.tvp.pl skarżyła się na warunki ostatniego zgrupowania w Seattle. "To był mój najgorszy obóz, jaki przygotowywał Polski Związek Lekkiej Atletyki. Jedzenie na kampusie, gdzie mieszkaliśmy, było tragiczne. Stale musiałam dbać o to, żeby zabezpieczyć sobie jakieś śniadania i kolacje. Postanowiłam przestać milczeć, bo ile można pobłażać? Podróż ze Seattle samolotem lecącym tylko do połowy drogi i dalszy dojazd autokarem? Brak słów" - mówiła.

Sprawę dla Sport.pl komentował wiceprezes PZLA Tomasz Majewski. - Ona zaraz startuje. Na wszystko jest czas i miejsce - mówił. - Zawsze ktoś się skarży, ale odbiór zgrupowania był raczej dobry - dodawał.

Wydawało się, że to będzie koniec sprawy. Zwłaszcza po słowach Marka Rzepki. Z trenerem Ady rozmawialiśmy po sześciu konkurencjach. I usłyszeliśmy następujące słowa: "Uważam, że na pewno kuchnię na obozie w Seattle można by troszeczkę poprawić, ale to nie była wina ani organizatora, ani Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, ani zawodników. Po prostu jest tak, że jak zawodnik jest w domu, to może sobie wszystko idealnie przygotować, zjeść to, co chce, czego potrzebuje, a na obozie trzeba się dopasować. Trudno przecież w ekipie liczącej tak dużo osób każdemu tak dostosować jedzenie, żeby dla niego było optymalne".

- Mój trener ma złote serce, a ja z naszego duetu jestem tą, która będzie walczyć. Za dużo poświęcam. Wiem, że podróż i złe odżywianie miały wpływ na wynik, na 30 może 40 punktów mniej - mówi teraz Sułek. Gdyby Ada zdobyła 30 czy nawet 40 punktów więcej, to i tak nie miałaby w Eugene medalu, bo do trzeciej Anny Hall z USA straciła 83 pkt (Pierwsza Belgijka Thiam i druga Holenderka Vetter miały odpowiednio ponad 200 i prawie 200 pkt więcej od Polki). Ale Adzie raczej nie chodzi o stwierdzenie, że przez PZLA nie zdobyła medalu tu i teraz. Ona uważa, że bez innego podejścia działaczy będzie jej trudniej o medale na następnych mistrzowskich imprezach.

"To jest dla mnie śmieszne". "No błagam!"

Ale oddajmy głos zawodniczce. - Jedynym hamulcem w moim rozwoju jest Polski Związek Lekkiej Atletyki. To co robi PZLA, to jest po prostu rzucanie kłód pod nogi. Mam już dosyć milczenia. Postanowiłam, że po tych mistrzostwach świata będę o tym mówiła głośno. I będę szukała kogoś, kto pozwoli mi się uniezależnić od PZLA. Chociaż i tak szkolenie mam tak kiczowate, że o czym my w ogóle mówimy - słyszymy od Sułek.

Worlds AthleticsUkraińcy na MŚ patrzą, ilu ludzi zabili Rosjanie. "Ukradli nawet talerze. Zwierzęta"

Co konkretnie ma na myśli Ada, mówiąc o kiczowatym szkoleniu? Już wiemy o jej zdaniu złym jedzeniu w Seattle. - Oni postanawiają, że nie mogę być na zgrupowaniu 16-dniowym, tylko na 10-dniowym. Mam wrócić na kilka dni do domu i znowu przyjeżdżać. Albo ta podróż ze Seattle do Eugene: to jest dla mnie śmieszne. Czy te posiłki - piszę maila z prośbą o wsparcie, bo ja nie jestem zawodniczką, która trenuje jedną konkurencję i potrzebuje energii na 10 sekund czy nawet na godzinę. Ja jej potrzebuję na dwa dni, ja się zajeżdżam katorżniczą robotą przez kilka tygodni, a na ostatniej prostej, w najważniejszym momencie, jem jakieś świństwa. No błagam! Ja muszę latać do sklepu tysiąc schodów góra-dół - denerwuje się Sułek.

- No oczywiście, że to nie jest dla mnie problem, ale przecież po coś ci ludzie tam są. No nie na wakacjach. A czy wykonali jakiekolwiek kroki, żeby nam pomóc? My, zawodnicy, musimy sobie szukać restauracji, chodzić do sklepów i pisać: "Hej, dzisiaj jestem zmęczona, nie mam już siły pójść do sklepu, weź mi kup to i to". Chcą zbierać laury, to niech się w jakiś sposób przyczynią do sukcesu. Na ten moment to nie jest ich żaden sukces, w ogóle nie będę podpisywała ich pod tymi wynikami. Podpisuję cały mój sztab, na czele z trenerem i z moją rodziną i z kibicami i zawodniczkami na starcie, ale Polski Związek Lekkiej Atletyki - dodaje Sułek.

"Nawet nie słyszę odpowiedzi na dzień dobry", "Nie obawiam się, że mnie wezmą na dywanik"

Nasza siedmioboistka zapewnia, że podobnie działania PZLA ocenia jej wiele koleżanek i wielu kolegów. - Wiem i dzisiaj powiem to otwarcie, że mówię w imieniu co najmniej połowy polskiej kadry. Inne osoby obawiają się o tym powiedzieć. A ja mam to gdzieś. Ile można? Zostawiam serce na każdym treningu, a oni po prostu utrudniają. I to z pełną premedytacją. Nie obawiam się, że teraz mnie wezmą na dywanik, że cokolwiek mi będą chcieli zrobić. Wywalczyłam czwarte miejsce z rekordem Polski. Jestem rekordzistką Polski na stadionie i w hali a nic się nie zmienia w moim szkoleniu - mówi.

Ryan CrouserMógłby być twarzą nowej diety - "WŻ". Amerykański skromniś. A szkoda, że nie Bukowiecki

- Po Belgradzie [w marcu zdobyła tam srebrny medal halowych MŚ] nie otrzymałam gratulacji twarzą w twarz, a tu nie będę o to zabiegać, po prostu przejdę obok. Nawet nie słyszę odpowiedzi na "dzień dobry". Nie gryzę się w język, wiem, że kibice są ze mną, moja rodzina jest ze mną, ludzie widzą, jak wszystko jest mi utrudnianie - dodaje.

- Naszą reprezentację stać na dużo więcej, ale na ostatniej prostej jest nam wydzierana nasza praca i uciekają nam medale - twierdzi jeszcze Sułek.

Na pytanie czy naprawdę uważa, że PZLA przeszkadza zawodnikom z premedytacją, odpowiada: - Sama nie wiem. I dodaje: - Od zawsze mówiono mi, że jestem kontrowersyjna i że mój język będzie mi wypominany. Dopóki żył mój trener [Wiesław Czapiewski], to było lepiej, bo był postacią, z którą się liczono. Teraz pan Sebastian Chmara [wiceprezes PZLA, kiedyś wybitny wieloboista] nie wiem w jakim stopniu o mnie walczy, ale sam nic nie zwojuje, bije głową w mur tak jak ja.

"Przyjdzie moment, kiedy chciałabym zarobić, a nie tylko dokładać"

Sułek podkreśla, że ma nadzieję na uniezależnienie się od PZLA. - Działacze mówią, że wielobój w Polsce nie istnieje, a dlaczego nie próbują pomóc? Dlaczego mistrzostwa Polski są organizowane osobno? Dlaczego dla mnie nie ma drużynowych mistrzostw Europy i nie mam stypendium? Kwoty stypendiów też są śmieszne. Ja tego nie robię dla pieniędzy, ale przyjdzie moment, kiedy chciałabym zarobić, a nie tylko dokładać do sportu i nie móc sobie na nic pozwolić - mówi. - Z tego miejsca dziękuję wszystkim sponsorom, którzy się angażują i dają wsparcie, nawet nie oczekując wiele. Wierzę, że charakterem sobie zawalczę o to, że ktoś kiedyś powie: "dziewczyno, chcesz robić 7000 punktów, to rób, a ja ci zapewnię wszystko".

Przemysław BabiarzApel Przemysława Babiarza. "Wątpliwości nas niszczą" [WIDEO]

- Zaczęłam wam o tym mówić, bo dopóki nikt nie mówi, to nic się nie zmieni. Obawiają się mówić ci zawodnicy, którzy nie mają wielkich osiągnięć, bo nie są traktowani poważnie. Uważam, że czwarte miejsce i rekord Polski już brzmią poważnie - tak Sułek podsumowuje swoje wystąpienie.

Więcej o: