"Sex, drugs, shot put" na koszulce, a na szyi dwa olimpijskie złota. Tomasz Majewski, nieDawny Mistrz

Łukasz Jachimiak
- Miałem litrowy termos. Wsypywałem pół opakowania kawy, zalewałem i przed zawodami wypijałem. A po zawodach to trzeba było z pięć piwek wypić, żeby pójść spać - mówi Tomasz Majewski. Rozmową z dwukrotnym mistrzem olimpijskim w pchnięciu kulą wznawiamy cykl "nieDawny Mistrz".
Zobacz wideo Były piłkarz Legii wystosował apel do Michniewicza. "Nie można tak robić"

Tomasz Majewski, urodzony w 1981 roku. Jeden z najlepszych kulomiotów w historii. Obecnie wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Jego największe sukcesy to:

  • złoty medal igrzysk olimpijskich Pekin 2008
  • złoty medal igrzysk olimpijskich Londyn 2012
  • srebrny medal MŚ 2009
  • złoty medal ME 2010
  • brązowy medal ME 2014
  • brązowy medal halowych MŚ 2008
  • brązowy medal halowych MŚ 2012
  • złoty medal halowych ME 2009

Łukasz Jachimiak: W sierpniu skończyłeś 40 lat i z tej okazji Paweł Wilkowicz wrzucił na Twittera bardzo dobry wywiad, który dałeś mu w 2008 roku do "Rzeczpospolitej". Uważaj, cytuję Ciebie: "MTV Cribs chciało nakręcić u mnie program. Znam ten program i właśnie dlatego miałem taki ubaw. Widziałem, jak np. piłkarz Tomasz Iwan oprowadzał ich po swojej willi, jak ludzie pokazywali posiadłości z kilkoma sypialniami i wypasione samochody w garażu. A ja mam wynajęte mieszkanie na Ursynowie. Najbardziej się śmiałem na myśl, że potem zaprowadzę ich do wagonu metra i powiem: „A to jest moja fura". Umówiliśmy się, że na razie nic z tego, ale jak się kiedyś dorobię, to do mnie przyjadą". Dorobiłeś się? Przyjechali?

Tomasz Majewski: Dorobiłem się, wiadomo! Ale nie ma już tego programu. A nawet jakby był, to bym ich nie wpuścił. Bo wcale nie mam niesamowitych rzeczy do pokazywania.

Nadal jeździsz metrem?

- Dzisiaj jechałem metrem, ale mam troje dzieci, więc mamy też samochody, bo metrem nie wszędzie się dzieci przewiezie. Mamy dwa normalne samochody, do jeżdżenia, jak każdy.

Świat celebrycki jeszcze Cię pamięta?

- Czasem sobie o mnie przypomni. Ale wiadomo, że pandemia cały biznes zepsuła. A nawet jak ktoś się zgłosi, to mówię, że nie mam czasu. Mam małe dzieci, mam PZLA i tyle. Poza tym prawda jest taka, że we wszystkich normalnych, dobrych programach już byłem. U nas nie jest jak w Stanach, tu nie ma mnóstwa fajnych formatów, do których chciałbyś pójść.

Dlaczego nie było Cię w żadnym filmie, w kulturze masowej? Nie miałeś dobrych propozycji? Domyślam się, że Twój ulubiony Quentin Tarantino nie zadzwonił, ale jesteś aż taki wybredny?

- Miałem parę propozycji filmowych. Ale może tylko na jedną bym się skusił.

Opowiadaj.

- Niestety, nie ma o czym, bo film nie powstał. Była ekipa, która chciała kręcić "Złego" na podstawie powieści Leopolda Tyrmanda. Szkoda, bo poważnie myślałem nad tą propozycją. To mi się wydawało fajne. Poza tym miałem już tylko śmieszne propozycje.

Od kogo?

- Na przykład Patryk Vega chciał, żebym u niego zagrał. W horrorze! Przeczytałem scenariusz i podziękowałem.

Jaką postać miałbyś zagrać?

- Jakąś pomniejszą. Osiłka oczywiście, a jaką inną?

Roli Wiedźmina Ci nie proponowano?

- Niestety, nie. A bardzo chętnie bym się zgodził.

Tylko włosy byś musiał zagęścić.

- Ha, ha, teraz to już ich nie mam i się nadaję do innych ról. Ostatnio miałem frajdę, bo poszedłem do programu, w którym sobie postrzelałem.

Co to za program?

- "Strzelnica Navala". Robi to Polsat, a prowadzi Naval, były żołnierz GROM-u, autor książek. Skorzystałem z zaproszenia i nie żałuję, ale to mi wystarczy. Ja już się naprawdę polansowałem, teraz niech młodzi zasuwają. Igrzyska w Tokio pokazały, że jest kogo promować. Niech ci ludzie mają swoje pięć minut. Mnie już średnio potrzebne są takie atrakcje.

Miałeś kiedyś takie atrakcje, które Cię naprawdę wkurzyły?

- Co masz na myśli?

Coś takiego, co opowiedziała mi Monika Pyrek. Kiedy była w "Tańcu z Gwiazdami" i w tej samej edycji startował Andrzej Gołota, to wyszła z nim i z jedną z tancerek coś zjeść. Następnego dnia w jednym z tabloidów panie miały na zdjęciu czarne paski na oczach i były przedstawione jako dziewczyny Gołoty.

- Nieźle! To mi się upiekło, aż takich historii nie miałem. Chociaż, czekaj! "Tomasz Majewski z tajemniczą kobietą" - było coś takiego. A na zdjęciu ja i moja siostra w kinie. Parę głupkowatych zdjęć w trakcie kariery miałem. Ale, na szczęście, ja jestem jeszcze z tych czasów, kiedy nie każdy robił znanym ludziom zdjęcia i gdy nie było social mediów. Dziś pod tym względem jest ciężko. Teraz trudniej jest być popularnym. Dlatego na poligon jeszcze mogę pojechać, ale za więcej dziękuję.

Z czego strzelałeś na tym poligonie?

- Postrzelałem z karabinu ręcznego i maszynowego, a największa frajda była jak strzelaliśmy ze snajperskiego. W snajperce masz już odrzut konkret. Czujesz, że jest w tym pistolecie siła.

Bark boli bardziej po takim strzelaniu czy jednak po konkursie pchnięcia kulą?

- Zdecydowanie mam w czym utrzymać karabin. Zwłaszcza że z barkiem mam spokój, odkąd zrobiłem operację.

Ile operacji przeszedłeś?

- Cztery. Idąc chronologicznie: bark, dwa razy łokieć i ostatnio miałem robiony kręgosłup.

Masz 40 lat, a jesteś zużyty jakbyś miał dużo więcej?

- Pewne partie ciała mam tak zużyte, jakbym miał 60 lat a nie 40. Ale wiesz, jakoś się na razie wszystko trzyma. Od pięciu lat jestem na emeryturze i fizycznie się nie przemęczam. Ważne jest też to, że po karierze waga mi spadła. Ważę teraz 130 kilo.

Czyli schudłeś 10?

- Ważyłem 145. Czuję się lepiej. Ale wiem, że z wiekiem kolejne rzeczy będą się zużywać. Jak na przykład biodra. Trudno, teraz się cieszę, że mam naprawiony kręgosłup. Wyprostowało mnie, mogę normalnie nosić swoje dzieciaki, nie jest źle.

Pooperacyjne blizny to pamiątki po karierze, ale masz też błyszczące pamiątki. Nie planujesz otworzyć muzeum ze swoimi trofeami? To modne.

- Medale i puchary trzymam w domu. Stoi sobie wszystko w jednym miejscu i zbiera kurz.

Bandana, w której zdobyłeś oba olimpijskie złota też tam leży?

- Gdzieś leży, mam ją na pewno.

Ty ją faktycznie oszczędzałeś i zakładałeś tylko na najważniejsze starty?

- Najpierw nie, a później już tak, bo zryta była, więc uważałem, żeby się nie rozwaliła.

To zaskakujące, bo nie sprawiałeś i nie sprawiasz wrażenia kogoś, kto wierzy w amulety dające szczęście.

- E tam, szczęście to ja miałem jak byłem mocny, a jak nie byłem, to i szczęścia nie miałem. Bandana to był element już ugruntowanego wizerunku.

Jak czasem zaskakujące wypowiedzi? Dziś pewnie nie powiedziałbyś już, że drugie olimpijskie złoto cenisz mniej niż pierwsze złoto mistrzostw Polski?

- Nie pamiętam, co ja wtedy, w Londynie, miałem w głowie. Z perspektywy inaczej się do sprawy podchodzi, to jasne. Ale wtedy chyba myślałem tak, że zdobycie mistrzostwa Polski po raz pierwszy było większym wyczynem. Ja wygrałem, a w ogóle sobie nie zdawałem sprawy z tego, że mogę mieć medal. Natomiast w Londynie szedłem po swoje. Byłem zdeterminowany, żeby wygrać i po prostu wszystko zrealizowałem.

Skąd była w Tobie taka pewność? Przecież na igrzyska Londyn 2012 jechałeś z czwartym wynikiem na świecie.

- Ale byłem tak mocno przygotowany, że pamiętam, jak stałem na Okęciu i twardo mówiłem, że lecę po złoty medal.

Na pewno słyszałeś plotki, że Amerykanie Cantwell, Hoffa i Nelson przegrywali z Tobą igrzyska, bo tam musieli się strzec przed wpadką dopingową, a na mityngach czy nawet mistrzostwach świata mogli sobie pozwolić na więcej?

- Żadnego z nich nie złapano, a wszyscy trzej mieli bardzo długie kariery, wszyscy przez kilkanaście lat pchali na wysokim poziomie. Nie da się oszukiwać, jeśli przez tyle czasu jest się w systemie ADAMS, jeśli się startuje we wszystkich zawodach. Jeśli koksujesz i wszędzie jeździsz, to muszą cię złapać. Oni byli czyści.

Ale na przykład Andrej Michniewicz nie. Spotkałeś go po tym, jak stało się jasne, że okradł Cię ze złota mistrzostw Europy w 2010 roku, przez co ten medal dostałeś dopiero półtora roku później pocztą?

- Tak, spotkałem go w Dausze na mistrzostwach świata w 2019 roku. On tam był jako trener zawodnika z Bahrajnu.

No i jak wyglądało to Wasze spotkanie?

- Serdecznie się uściskaliśmy, pogadaliśmy chwilę i tyle. Spoko, ja już teraz inaczej do tego podchodzę.

To znaczy, że ochłonąłeś po latach? Bo gdybyś go spotkał krótko po oszustwie, zareagowałbyś inaczej?

- Wiesz co, to nie był dla mnie szok, ja wiedziałem, że go w końcu złapią. A zły byłem na siebie. Wtedy, na ME w Barcelonie, ja z nim przegrałem, bo mi start nie wyszedł. On był nakoksowany, ale ja z nim przegrałem, bo słabo wypadłem.

Czym Ty się przez te wszystkie lata wspomagałeś?

- Wszystkim, co było dozwolone.

Czyli czym?

- Różne pobudzacze były, zależnie od tego, co było dozwolone. Trzeba było też je zmieniać, bo organizm się przyzwyczaja i coś, co dodawało energii raz i drugi za kolejnym razem już tak dobrze nie działało. Pod koniec kariery to już waliłem kawę. Przez lata nie piłem jej wcale, bo w odżywkach miałem mnóstwo środków pobudzających. A w ostatnich latach żadne środki już nie działały jak wcześniej, więc naprawdę waliłem tę kawę.

Jak dużą kawę pije dwumetrowiec ważący 145 kilo, który ma się maksymalnie pobudzić?

- Miałem litrowy termos. Wsypywałem do niego pół opakowania kawy, zalewałem i przed zawodami wypijałem. To była dawka 10 mocnych kaw. Spoko.

Spoko, ale czy później udawało Ci się zasnąć? Przecież dochodziła jeszcze adrenalina.

- Po zawodach to trzeba było się napić. Rzeczywiście człowiek był bardzo pobudzony. Zmęczony, ale pobudzony. Wtedy trzeba było z pięć piwek wypić, żeby pójść spać. Pamiętam, że jak kiedyś nie wypiłem tych piw, to źle spałem i następnego dnia trudno mi było funkcjonować. W sporcie, w którym musisz być maksymalnie napięty na jeden strzał, tak jest. To jest normalna droga postępowania po tego rodzaju wysiłku.

Ty opowiadałeś czy Piotr Małachowski opowiadał, jak mieliście dychę na dwóch i kupowaliście arbuza, żeby się nim najeść, napić i żeby zostało na piwo?

- Obaj to wspominamy. Bo tak było - biedni byliśmy, nie mieliśmy kasy nawet na jedzenie. Ale jakoś daliśmy radę. Każdy ma jakieś początki.

Małachowski kończąc karierę wspominał w rozmowie dla Sport.pl, jak potrafiliście wszystko doceniać. Nie przeszkadzało Wam, że na zgrupowaniach w Spale początkowo mieszkaliście poza ośrodkiem w barakach, w których brakowało ciepłej wody.

- Wiesz, jak jesteś przyzwyczajony do ciężkich warunków, to nic ci nie przeszkadza. Myśmy doceniali wszystko, dla nas to i tak było dużo, czuliśmy, że mamy lepiej, że jest fajnie. I nam nadal niewiele trzeba. To się nie zmieniło, nawet jak byliśmy na światowym topie. A do tego mieliśmy satysfakcję, że tam doszliśmy, idąc od samego dołu i że wywalczyliśmy sobie i przy okazji innym już naprawdę dobre warunki.

Małachowski jeszcze w grudniu 2007 roku, na kilka miesięcy przed olimpijskim srebrem w Pekinie, zarabiał stojąc na bramce w dyskotece. Ty też tak długo musiałeś się utrzymywać z innych rzeczy niż sport?

- Miałem ciut wcześniej stypendia. Szybciej zacząłem jeździć na mistrzowskie imprezy i zajmować jakieś miejsca, które dawały pieniądze.

A Tobie się zdarzało stać na bramkach?

- Raz. Jak brat robił dyskotekę na wsi. W prawdziwych, komercyjnych klubach to nie.

Nie żałowałeś nigdy, że jednak nie zostałeś trójskoczkiem? Albo koszykarzem?

- Z trójskokiem to była chwila. Jak poszedłem do liceum do Ciechanowa, to na stadionie było tylko dwóch trenerów. U pierwszego robiłem nawet nie tyle trójskok, co ogólnorozwojówkę, ale zaraz przeszedłem do rzutów i tam zostałem.

Jak się ma 15 lat i dopiero wtedy zaczyna się uczyć jakiegoś sportu, to jakie się ma marzenia? Bo na pewno nie o złotych medalach olimpijskich.

- No pewnie, że nie. Jak już cokolwiek mi zaczęło wychodzić, jak uwierzyłem, że naprawdę będę pchał tą kulą, to miałem cele, ale normalniejsze - mistrzostwo Polski, a nie mistrzostwo olimpijskie! Chciałem się załapać do kadry, później mi się zaczęły marzyć igrzyska. W 2000 roku nie miałem szans, a w 2004 roku długo walczyłem i w końcu mi się udało.

W Atenach to pewnie sam start był sporym przeżyciem, bo kulomioci rywalizowali na starożytnym stadionie w Olimpii?

- Szczerze? Najpierw myślałem, że to fajnie, a jak później byłem na stadionie, to stwierdziłem, że do dupy było! My nie mieliśmy żadnej atmosfery, a na stadionie było kapitalnie. W każdym razie pobrałem naukę. Cenną.

Cztery lata później w Pekinie sprawiłeś sensację. Nawet sobie, prawda? Liczyłeś najwyżej na brąz, nie na złoto?

- Tak wychodziło, że mogę mieć brąz. Trzeci byłem w halowych MŚ w Walencji i sezon się układał właśnie tak na moje trzecie miejsce. Ale przed samymi igrzyskami forma mi rosła, na mityngu w Londynie zrobiłem życiówkę, a później jeszcze świetnie wyszedł nam obóz. Trafiliśmy z przygotowaniami tak, że czułem się jak nigdy. Ale jasne, że o złocie nie myślałem, skoro byli rywale, którzy pchali po metr dalej ode mnie. Dopiero po eliminacjach uwierzyłem, że ja to mogę wygrać. I z tą myślą przyszedłem na finał. Dzięki temu zrobiłem życiówkę. Dzięki pewności, dzięki dobremu nastawieniu.

Czyli na Ciebie świadomość wielkiej szansy zadziałała bardzo motywująco. Nie miałeś nieprzespanej nocy?

- Ja byłem w euforii! Widziałem, że rywale są poparaliżowani. Po eliminacjach wyszedłem do dziennikarzy i mówiłem, że ja to naprawdę mogę wygrać.

Wtedy w Pekinie na dobre pogodziłeś się z tym, że nie zostałeś pierwszym Polakiem w NBA?

- Ha, ha! Kiedyś żartowałem, mówiąc, że miałem takie marzenie. Ja bym się do koszykówki nie nadawał.

Dlaczego?

- Nie mówię, że nie nadawałbym się fizycznie. Ale psychicznie byłby kłopot. Nie jestem stworzony do zespołówek. Natomiast jako kibic koszykówkę kocham. Jestem dzieckiem tej epoki, w której panowie Szaranowicz i Łabędź komentowali mecze na Dwójce. Oglądałem wszystko, miałem prowizoryczne kosze, które wieszałem na oborach i stodołach, i grałem. Boiska nie było w całej gminie, ale ja grałem! Zainteresowanie NBA zostało mi na całe życie.

Robienie koszulek z wymyślonymi przez siebie hasłami też?

- Nie, już się w to nie bawię. Kiedyś miałem mnóstwo pomysłów i kombinowałem w pierwszym sklepie w Warszawie, w którym można było robić swoje nadruki.

Jaki napis miałeś na ulubionej koszulce?

"Sex, drugs, shot put". Miałem tę koszulkę bardzo długo. Pomysłów mi nie brakowało. Na hasła i na grafiki. Ale już wszystko się wydarło, minęło.

Teraz jesteś wiceprezesem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Już na drugą kadencję, więc chyba to Ci się podoba?

- Tak, mam z tej pracy satysfakcję. Sam nigdy nie byłem marudzącym sportowcem, a że przeszedłem właściwie wszystkie stadia, to dobrze wiem, co jak wygląda. Wszędzie byłem, wszystko ogarniam i mi się kitu nie wstawi. Przy tym mam w miarę dobry kontakt z zawodnikami. Oczywiście trochę mi zajęło, zanim się przestawiłem na inne myślenie. Ale miałem o tyle łatwiej, o tyle byłem przygotowany, że mój trener był działaczem i w ostatnich latach naszej pracy on już to wszystko chłonął. Dzięki temu szybko zrozumiałem, jak wszystko wygląda organizacyjnie.

Nie czujesz się jeszcze gotowy, żeby być prezesem? Dlatego nadal, jak w poprzedniej kadencji, jesteś wiceprezesem u Henryka Olszewskiego?

- Tak, to jeszcze nie mój moment. A ten układ działa nam pięknie. Mam nadzieję, że nadal tak będzie. Efekty chyba widać.

A widzisz siebie jako prezesa PZLA za kilka lat?

- Pewnie tak. Ale na razie jestem na stanowisku wiceprezesa i robię, co mogę, żeby porządnie pracować.

Na koniec może najważniejsze - masz trzech synów, więc powiedz, jakim ojcem dla nich jesteś.

- Dwaj chłopcy są jeszcze mali (mają prawie cztery lata oraz półtora roku), jeden już jest ciut starszy (ma dziewięć lat). Dlatego i ich rozpieszczam, i bywam wymagający. Ale przede wszystkim jestem ojcem, który jest w domu. To jest ważna zmiana. Staram się spędzać czas z synami, staram się być dobrym ojcem.

Fantastykę już im czytasz?

- Najstarszy już trochę sam ogarnia. Na razie czyta książki na swój wiek, ale pewnie będzie czytał fantastykę, bo to naturalna forma rozwoju, kiedy interesujesz się różnymi rzeczami. Mam nadzieję, że chłopcy wyrosną na dobrych, fajnych ludzi.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.