Najszybsza Polka od czasów Szewińskiej: Moje ciało ma mi służyć też przez całą resztę życia

- Sport jest dzisiaj, ale moje ciało ma mi służyć też przez całą resztę życia. Pędziłam do igrzysk, poświęcałam się. Ale warto było - mówi Anna Kiełbasińska, wicemistrzyni olimpijska ze sztafety 4x400 i najszybsza Polka od czasów Ireny Szewińskiej.

Na igrzyskach olimpijskich w Tokio Anna Kiełbasińska nie pobiegła w sztafecie mieszanej 4x400 m, która zdobyła złoty medal. Ale później wywalczyła srebrny medal w sztafecie 4x400 metrów. W niej pobiegła w eliminacjach.

- Ona super pobiegła w eliminacjach, ale - niestety - w finale nie biegała. To nie są łatwe sytuacje. Moje decyzje są bardzo trudne, czasami bardzo kontrowersyjne. Natomiast ja zawsze widzę na końcu sukces albo optymalizację możliwego sukcesu. W tym wypadku wszystko się udało. Ania też jest usatysfakcjonowana. Nie biegła w finale, ale bez jej udziału w eliminacjach nie byłoby medalu. Wtedy Natalia Kaczmarek nie byłaby wypoczęta i nie pobiegłaby tak świetnie. Dzięki zmianom wszyscy mieliśmy spokojne głowy - tłumaczył nam trener Aleksander Matusiński.

Zobacz wideo "Jeśli Fajdek zmieni szlafrok na habit, to wystartuje na IO w 2032 roku"

Tuż po igrzyskach Kiełbasińska wyprzedziła wszystkie koleżanki. Na mityngu w szwajcarskim La Chaux-de-Fonds wygrała bieg na 400 m w czasie 50.38 s. W historii polskiej lekkoatletyki szybsza była tylko Irena Szewińska.

W połowie sierpnia Kiełbasińska uzyskała najlepszy polski wynik na 400 m od 1977 roku i najlepszy polski wynik na 200 m (22.76) od 1987 roku. Jak wypracowała tak wielką formę? Przecież w lutym przeszła operację stopy i treningi zaczęła dopiero półtora miesiąca przed igrzyskami.

Łukasz Jachimiak: Miesiąc temu zdobyłaś srebrny medal igrzysk olimpijskich, a później jeszcze przyspieszyłaś i biłaś życiówki na 400 oraz 200 metrów. Czy dla Ciebie ten sezon mógłby trwać aż do grudnia?

Anna Kiełbasińska: Oj nie! Wiadomo, że jak idzie, to się chce więcej i więcej. Ja taka jestem. Ale już chcę i muszę odpocząć. Z przekonaniem, że zasłużyłam. Ustabilizowałam się na takim poziomie, o jakim naprawdę nie marzyłam. Mam nową, kosmiczną normę. Muszę się do niej przyzwyczaić. Nie można zapominać, jaką ja drogę przeszłam.

Absolutnie nie zapominam.

- Ta droga zrobiła ze mną wiele nie tylko jako lekkoatletką, ale jako osobą. To jest cenniejsze niż wszystkie wyniki, wszystkie osiągnięcia na bieżni.

Pamiętam, że igrzyska były coraz bliżej, a Ty zamiast biegać występowałaś jako ekspertka przed kamerą TVP.

- Tak, patrzyłam jak biegają inni i w życiu nie pomyślałam, że za chwilę będę biegała szybciej niż kiedykolwiek w życiu. Gdyby mi ktoś w lipcu powiedział, że ja w sierpniu zrobię życiówkę, a we wrześniu pobiegnę drugi najlepszy czas w karierze, to odpowiedziałabym: "O matko, chciałabym!", ale bym nie uwierzyła.

I jeszcze, że w międzyczasie zdobędziesz olimpijski medal.

- Tak, to co zrobiłam, to jest mistrzostwo świata! Ta cała moja droga nauczyła mnie doceniania każdego kroku, wszystkiego, co się dzieje. Nauczyła mnie poczucia wdzięczności za to gdzie jestem i co zrobiłam. Jestem wdzięczna wszystkim bliskim, którzy ze mną byli, mojemu trenerowi, całej kadrze medycznej. Oni nie zwątpili. Albo jeśli wątpili, to nie pokazali mi tego. Cały czas spotykam się z ludźmi, którzy mówią, że to wszystko jest niewiarygodne i nawet słyszę, że nikt nie wierzył, że tak szybko wrócę i tak szybko będę biegała. Boże, jakie szczęście, że oni mi tego nie mówili wcześniej, ha, ha!

Ty nie miałaś wątpliwości?

- Cały czas byłam naiwnie optymistyczna. Albo nie naiwnie - jak widać, nie naiwnie. Ale lekceważyłam powagę kontuzji.

Jak poważna była ta kontuzja? Wiemy, że zimą przeszłaś operację stopy.

- Miałam bardzo poważne złamanie zmęczeniowe. Trzeciego stopnia, najwyższego. Dodatkowo z martwicą kości. W życiu by mi się to samo nie zrosło, musiałam mieć operację. Ona miała trwać półtorej godziny, ale jak lekarz otworzył nogę, to się okazało, że jest tak źle, że z półtorej zrobiły się trzy godziny. Trzeba było naprawić więcej rzeczy. Na szczęście trafiłam w ręce świetnego specjalisty, doktora Krzesimira Sieczycha. Był megaprofesjonalny i otwarty. Sam mówi o sobie, że nie jest typem betonowego lekarza. Był w stałym kontakcie z moim trenerem i fizjoterapeutą, żebym mogła jak najlepiej pracować i nie zmarnować porządnej, mocnej roboty zrobionej przed kontuzją. To dzięki wsparciu tych ludzi wszystko się udało, mimo że wszystko było robione na wariackich papierach. Na dwa tygodnie przed mistrzostwami Polski pierwszy raz założyłam kolce i zaczęłam biegać jakieś tempo, jakąś szybkość.

Czyli pierwsze prawdziwe treningi po operacji zaczęłaś robić na półtora miesiąca przed igrzyskami i na dwa tygodnie przed eliminacjami do polskiej kadry na Tokio?

- Tak. Ale od 17 lutego, czyli od dnia operacji, poczułam, że już będzie tylko lepiej. I było. Stopę złamałam 30 stycznia, na zawodach. Od tamtego momentu przez jakiś czas nie wiedziałam, co mi jest. Miałam błędną diagnostykę. Sama chciałam to lekceważyć, wierzyć, że to nic poważnego. Mówiłam lekarzowi, że to samo miałam rok temu i że to przejdzie. Dlatego nie zrobiliśmy od razu rezonansu i straciliśmy dwa tygodnie. To były dwa najgorsze tygodnie mojego życia.

Taki ból?

- Tak. Nie wiedziałam, co się dzieje. Codziennie myślałam, że już będzie lepiej i podejmowałam próby treningu, ale one się zawsze kończyły tak samo - nie mogłam postawić ani jednego kroku w biegu. Nawet chodzenie bardzo bolało, stopa była niesprawna. W końcu widząc, że mija tyle czasu, a ja nie mogę chodzić, uznałam, że jednak musi być źle i nie ma opcji - trzeba działać, a nie czekać.

Jak jest dzisiaj? Czujesz ból?

- Czuję, pewnie. Lecieliśmy na wariackich papierach i na pewno nie mam takiej wytrzymałości wszystkich mięśni i stawów, jaką bym miała po spokojnej rehabilitacji. Musiałam ją bardzo mocno przyspieszać, bo bardzo chciałam zdążyć na igrzyska. Dlatego od trzech miesięcy codziennie jestem na lekach przeciwzapalnych. Prawdopodobnie dopiero teraz zacznę je powoli odstawiać.

Codziennie bierzesz garść tabletek czy dostajesz zastrzyki?

- Na szczęście mam nowoczesny lek, który nie uszkadza żołądka. To tylko jedna tabletka. Ale dbam o to, żeby brać probiotyki - rozpuszczam specjalny proszek, biorę je też w postaci naturalnej. Muszę dbać o dobrą florę bakteryjną, bo sport jest dzisiaj, ale moje ciało ma mi służyć też przez całą resztę życia. Pędziłam do igrzysk, tu się poświęcałam. Ale warto było. Wydarzyły się tak niesamowite rzeczy, że teraz codziennie rano się budzę z poczuciem, że coś się zmieniło, ale przez chwilę nie wiem co. I muszę sobie przypominać, że mam medal, że mam najlepsze w życiu wyniki. Naprawdę!

Nie pamiętam, od którego sportowca słyszałem, że po wywalczeniu medalu włożył go pod poduszkę, bo wiedział, że w nocy będzie mu się wydawało, że to był tylko sen. Masz tak samo?

- Wcale mu się nie dziwię! Też tak mam. Jak wsiedliśmy do samolotu z Tokio do Polski, to do trenera Rożeja, szkolącego m.in. Natalię Kaczmarek, mówiłam, że jakoś za łatwo to wszystko poszło, że się boję, że zaraz się okaże, że to nieprawda, że ktoś nam to zabierze. Jeszcze potrzebuję chwili, żeby to sobie poukładać, żeby zrozumieć, że naprawdę miałam rację, wierząc w siebie. Całe swoje sportowe życie, a na pewno ostatnich 10 lat, czułam, że jest we mnie potencjał na takie rzeczy. W końcu trafiłam na trenera, który odpowiednio moim potencjałem zarządza. Uważam to za olbrzymie szczęście. I teraz, po tym wszystkim, sobie trochę odpocznę. Ale nie będę tylko odpoczywać, bo mam też plany, żeby się zacząć rozwijać w innej sferze.

W jakiej?

- Ten rok mi otworzył oczy na wiele spraw. Bardzo chcę zacząć pracować z młodzieżą. Uświadamiać ją, pomagać.

Gdzie masz możliwości takiego działania?

- Nie mam na razie. Na razie tylko o tym myślę i mam nadzieję, że trochę będę mogła współpracować z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki. Na pewno sama też będę próbowała coś zrobić, bo wiem, jaką drogę przeszłam, ile lat mi zajęło, żeby dotrzeć do tego punktu i chcę przekazać wiedzę, jak to zrobić. Chcę też przekazywać, że trzeba być odważnym. To prawda, że kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Skoro mówisz o takich planach, to muszę zapytać - czy Ty myślisz o kończeniu kariery? Po takim sezonie?!

- Nie, na pewno nie kończę teraz kariery! Przed Tokio mówiłam, że na pewno jeszcze rok będę chciała pobiegać. A teraz, widząc, jak owocna jest moja współpraca z trenerem, teraz gdy jestem bardzo zadowolona i znowu zakochana w lekkoatletyce, to powiedziałam sobie, że jeżeli w zdrowiu i w dużej formie będę mogła wytrwać, to nie wykluczam Paryża. Ale na igrzyska w 2024 pojadę tylko pod takim warunkiem, że będę zdrowa i w formie. Nie interesuje mnie jeżdżenie, żeby się przejechać. Ja już byłam na trzech igrzyskach.

Powiedziałaś, że znów się zakochałaś w lekkoatletyce, a kiedy się w niej odkochałaś i dlaczego?

- Może nie było aż tak, że się odkochałam, ale weszła rutyna, jak w każdym związku, więc potrzebne było odświeżenie. Nie czułam się spełniona, bo czułam, że mam potencjał na lepsze bieganie, a ciągle się działo coś, co przeszkadzało. Dlatego zaczęły się pojawiać myśli, że może jednak ja wcale tego nie mam.

MŚ w Dausze w 2019 roku były takim momentem?

- Nie do końca. Tamten sezon był dla mnie bardzo dobry. Wtedy weszłam do sztafety 4x400 m.

Tak, ale pytam Cię o samą Dauhę. Pamiętam, jak płakałaś tam z niemocy.

- Byłam bardzo zła na to, co się tam wydarzyło. Dostałam wtedy okres. To nie jest temat tabu, kobiety to mają.

Jasne, że to nie powinien być temat tabu. Niedawno mówiła o tym maratonka Lonah Chemtai Salpeter, tłumacząc, że właśnie z tego powodu zajęła na igrzyskach w Tokio dalekie miejsce.

- Bo tak naprawdę jest. Jak rozmawiam z dziewczynami, to każda mówi, że trenując na najwyższym poziomie doprowadza organizm do skrajnych sytuacji. Wtedy hormony tak buzują, że bardzo trudno to opanować. Robię sobie badania i widzę, co się dzieje. Dla ciała to jest wariactwo. A jeszcze przed ważną imprezą dochodzi stres i wszystko się potęguje. Często jest tak, że pierwsze dwa dni miesiączki, a nawet dwa dni przed czujemy się, jakbyśmy były chore. Ja nawet czasami mam stan podgorączkowy i mam wrażenie, że mam stan zapalny całego ciała. Niestety, w Katarze trafiłam na taki moment. Niby mówi się, że to można wyregulować tabletkami antykoncepcyjnymi, ale ja nie jestem zwolenniczką tego. Uważam, że to przynosi więcej nieszczęścia niż szczęścia.

Opowiedz teraz o tym dniu, w którym wszystko Ci wyszło. Tydzień po igrzyskach na mityngu w Szwajcarii pobiegłaś najpierw najlepszy polski wynik na 400 metrów od 1977 roku, a po chwili najlepszy polski wynik na 200 metrów od 1987 roku. Jak Ty to zrobiłaś?

- Od razu powiem, że za ten szalony dzień w La Chaux-de-Fonds zapłaciłam. Jak wróciłam, to tak mnie rozłożyła choroba, że nie byłam w stanie mówić. Dziennikarze do mnie dzwonili, a ja leżałam w łóżku i przysypiałam, próbując rozmawiać. Chyba jest tak, że masz w życiu ten jeden idealny dzień. Bardzo bym chciała, żeby mój najlepszy był nadal przede mną, żebym jeszcze te wyniki poprawiała. Ale nie jestem czarodziejką, nie wiem czy to się wydarzy. Próbowaliśmy z trenerem tak wycelować, żebym podobnie pobiegła teraz na Memoriale Kamili Skolimowskiej. Trening pokazał, że to możliwe. Ale ten sezon już tyle trwa i jeszcze w dodatku jestem po chorobie, że wyszedł tylko drugi najlepszy wynik w karierze. Teraz jednak wychodzi, że brakuje normalnej pracy, której nie zrobiłam w kwietniu i w maju. Wtedy pracowałam na rowerze i w basenie, a to nie to samo. Ale tu jest duże pole do popisu dla wyobraźni, co się może wydarzyć, jeśli w najbliższym okresie przygotowawczym będzie normalnie. Myślę, że będę w stanie jeszcze poprawiać swoje życiówki.

Mówisz o polu do popisu dla wyobraźni, więc od razu myślę o wyniku Ireny Szewińskiej. Tylko ona w historii polskiej lekkoatletyki biegała 400 metrów szybciej od Ciebie. Ale jej życiówka to wynik 49.28 s, a Twoja - 50.38. Wynik legendy to taki kosmos, że nie myślisz czy kiedykolwiek go poprawisz czy jednak zaczynasz się nad tym zastanawiać?

- Ojejku! Zobacz jak to jest - pobiegłam bardzo dobrze i teraz wszyscy ode mnie oczekują, że zaraz będę jeszcze lepsza. A przypomnijcie sobie, jakie czasy biegałam dwa lata temu.

Ale to chyba dobrze, że spodziewamy się po Tobie wielkich rzeczy? Wszystkim nam uruchomiłaś wyobraźnię.

- Jasne, ja też chcę być coraz lepsza. Ale pytanie czy jestem w stanie pobiec szybciej niż biegała Irena Szewińska jest jak wróżenie z fusów. Naprawdę nie jestem w stanie odpowiedzieć. Sport jest nieobliczalny, musi się złożyć wiele rzeczy. To trochę tak, jakbyś mnie pytał czy 30 czerwca przyszłego roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie będzie 30 stopni Celsjusza, będzie bezwietrznie i ja będę w swojej najlepszej formie. Jak ja mogę ci to dzisiaj powiedzieć? No nie mogę.

Myślę, że dziś sama dużo bardziej wierzysz, że jest na to szansa niż wierzyłaś jeszcze rok temu.

- A to z pewnością! I na pewno będę robiła wszystko, żeby do tego punktu dojść. Tu jest sto procent pewności. Bo ja, niestety, mam taki charakter, że czego nie robię, to chcę to zrobić perfekcyjne.

Niestety?

- Bo w sporcie to jest dobre, ale w niektórych życiowych sytuacjach nie zawsze.

Więcej o: