Anita Włodarczyk ma dopiero 12. wynik na świecie i przed IO mówi szczerze. "Nie jestem robotem"

- Brałabym w ciemno każdy medal - mówi Anita Włodarczyk na miesiąc przed igrzyskami w Tokio. Na światowych listach dwukrotna mistrzyni olimpijska i rekordzistka świata ma dziś dopiero 12. wynik, rzuciła o prawie pięć metrów mniej od liderki.

DeAnna Price 78,60 m. Za nią Brooke Andersen z wynikiem 78,18. I kolejna Amerykanka: Gwen Berry, która rzuciła w tym roku 76,79 m. To światowa czołówka w konkurencji przez lata zdominowanej przez Anitę Włodarczyk. Nasza znakomita młociarka wróciła po kontuzji. Jej najlepszy tegoroczny rzut to 73,87 m (z Polek lepsza jest Malwina Kopron - 75,40 m daje jej siódme miejsce).

Zobacz wideo Patryk Dobek ze złotym medalem w biegu na 800 metrów. "Co ja tutaj narobiłem"

W niedzielę w Chorzowie Włodarczyk zbliżyła się do swojego najlepszego tegorocznego rezultatu, osiągając 73,59 m na Memoriale Kusocińskiego (wygrała Kopron z rzutem 74,93 m).

- Myślę, że w granicach 76-77 metrów powinnam się zakręcić - Włodarczyk mówi o poziomie, jakiego spodziewa się po samej sobie w Tokio. Co taki rzucanie może dać na igrzyskach?

"O ja! Kosmos!". Patryk Dobek pobiegł najszybciej na świecie i straszy rywali!

Jak się czujesz i jak oceniasz swoją formę na miesiąc przed igrzyskami?

Anita Włodarczyk: Jestem bardzo zadowolona. Dopiero co rzuciłam drugi wynik w tym roku. I przede wszystkim na Memoriale Kusocińskiego była regularność, były dwa rzuty na ponad 73 metry - to mnie cieszy. Jeszcze jestem w ciężkim treningu, bo tak mamy wszystko rozpisane, żeby forma przyszła na Tokio. Ale dwa rzuty na ponad 73 m to już coś. I najważniejsze, że jestem zdrowa.

Trudno jest rzucać na takim poziomie komuś, kto regularnie przekraczał 80 metrów?

- W tym roku na pewno nie będę rzucać po 80 metrów. To jest niemożliwe i o tym trzeba jasno powiedzieć. Dopiero siedem miesięcy jestem w takim treningu, w którym w stu procentach realizuję plan. I jest dobrze, jeżeli startuję z dziewczynami zdrowymi, którym nic nie było i one rzucają niewiele dalej ode mnie. Najważniejsze, że wróciłam po dwóch latach. Bo wszyscy mówili, że wrócę, ale to jest organizm, nie jestem robotem, więc pewności nie było. Na szczęście kolano jest super, jest tak wyleczone, że doktor Śmigielski mi powiedział, że do końca życia mam je nareperowane. Teraz tylko w spokoju trenować.

Adam KszczotAdam Kszczot może nie pojechać na igrzyska. "Jestem zdruzgotany"

Mówisz, że 80 metrów jest w tym roku nierealne, a na jaki wynik będzie cię stać w Tokio?

- Myślę, że w granicach 76-77 metrów powinnam się zakręcić. W tym roku brakowało mi startów. Nigdy na treningach nie rzucałam daleko. Muszę dużo startować. Brakowało mi rywalizacji. O tyle dobrze, że po powrocie po dwuletniej przerwie nie miałam stresu. Myślałam, że on będzie. A czuję tylko głód rzucania. I cieszę się, że startuję przy polskiej publiczności. Uwielbiam to!

Co może dać ci wynik 76-77 m w Tokio? Patrzysz trochę, jak rzucają rywalki?

- Patrzę, ale igrzyska to specyficzna impreza i my, Polki, mamy tę przewagę, że to nie będzie nasz pierwszy start na igrzyskach. Nam na pewno pomoże duże doświadczenie. Jeśli chodzi o Amerykanki, które rzucają w tym roku najdalej, to DeAnna Price startowała już na igrzyska w Rio. Ale ja się koncentruję na sobie i mam nadzieję, że forma będzie u mnie na główną imprezę. Tak jak zawsze była.

Jako multimistrzyni wszystkiego ucieszyłabyś się z jakiegokolwiek medalu w Tokio, czy ciągle marzy ci się złoto?

- Złoto to by było spełnienie moich marzeń, ale brałabym w ciemno każdy medal. Jestem jednak ambitną zawodniczką i liczę, że wszystko się może zdarzyć. Na razie jestem ustabilizowana na 72 metrach, a 73 było przed chwilą magiczną granicą. To brzmi trochę dziwnie, bo kiedyś dla mnie magiczną granicą było 80 metrów. Ale po kontuzji jest nią na razie 73 m i mam nadzieję, że w kolejnych startach będzie coraz dalej.

Gdzie jeszcze wystartujesz przed igrzyskami?

- Na mistrzostwach Polski w Poznaniu, w Bydgoszczy na memoriale pani Ireny Szewińskiej, a ostatnim startem będzie mityng na Węgrzech w Székesfehérvár.

Niewiele startów i niewiele czasu zostało, a jesteś zaskakująco spokojna.

- Jak zawsze. Ze stresem, z paniką, nic się nie ugra. Cieszą mnie treningi. W roku 2019 powiedziałabym, że po Tokio będę kończyła karierę. Organizm był zmęczony, miałam tego dosyć. Ale teraz, mimo że już jestem wiekowa, to mam radość z treningów. I z rywalizacji. Naprawdę mi tego brakowało. W czasie zawodów była monotonia. Teraz odżyłam.

Myślisz o następnych igrzyskach, w 2024 roku w Paryżu?

- O Paryżu to nie wiem, ale myślami już jestem w Eugene, gdzie w przyszłym roku odbędą się mistrzostwa świata. Śmialiśmy się z ostatnio psychologiem, że mamy taki plan: w Niemczech wygrałam walkę o złoto mistrzostw świata z Niemką Betty Heidler, w Rosji - z Rosjanką Tatianą Łysenko, a teraz rywalkami są Amerykanki, więc fajnie byłoby na ziemi amerykańskiej powtórzyć sukces. Najważniejsze, że jestem zdrowa. Mam nadzieję, że już wszystkie kontuzje są poza mną. Jest radość z treningów i ze startów.

31-letni rekord świata w pchnięciu kulą pobity! Wielki Crouser!31-letni rekord świata w pchnięciu kulą pobity! Wielki Crouser!

Dlaczego zdecydowałaś, że do ostatniej chwili będziesz się szykowała do igrzysk w Arłamowie, a nie na obozie w Japonii?

- Tam się zadomowiłam, mam świetne warunki treningowe i tam zrobię ostatni szlif. Spędzę tam ostatnie trzy tygodnie przed Tokio. Potrzebuję wyciszenia. Co prawda mieliśmy wszystko zorganizowane w Takasaki i trochę nam z trenerem było głupio z tego powodu, że Takasaki przygotowało dla mnie rzutnię, wszystko zapewniło na 100 procent, a my zrezygnowaliśmy. Ale cały czas byliśmy w kontakcie z ludźmi z Takasaki i zdecydowaliśmy, że nie polecimy, bo tam też będzie bańka. Znam siebie i sobie nie wyobrażam, że 10 dni mogłabym tam spędzić tylko w hotelu i na stadionie. Znam doskonale to miasto, ten hotel. Zamknięta w 24 metrach kwadratowych bym nie wytrzymała. Dla mojej głowy nie byłoby to dobre. Stwierdziliśmy więc, że rezygnujemy. Było nam strasznie, kiedy powiadomiliśmy Takasaki, ale oni doskonale zrozumieli sytuację. Prosto z Warszawy polecę do wioski olimpijskiej.

Na razie dalej od ciebie rzucają nie tylko najlepsze w tym momencie na świecie Amerykanki, ale też Malwina Kopron. Widzisz ją walczącą o medal w Tokio?

- Cieszę się, że jest Malwina. Mam dodatkowy czynnik motywujący. Z tego, co wiem, jest super przygotowana. Mam nadzieję, że to będzie jej sezon życia. W ostatnich latach byłam przyzwyczajona, że jestem tylko ja. Nie było rywalek. A teraz wrócił ten czas, gdy rywalizowałam z Betty Heidler i Tatianą Łysenko. I naprawdę fajnie, że tak jest.

Rozmawiał i notował Łukasz Jachimiak

Więcej o: