"Mia造鄉y czarne paski na oczach i przedstawiono nas jako dziewczyny Go這ty" [nieDawny Mistrz]

ㄆkasz Jachimiak
- Zabra造鄉y go w jeden wiecz鏎 i wtedy zrobiono nam zdj璚ia. A p騧niej w pewnej gazecie mia造鄉y czarne paski na oczach i przedstawiono nas jako dziewczyny Go這ty - opowiada Monika Pyrek, jedna z najbardziej utytu這wanych polskich sportsmenek XXI wieku.

Monika Pyrek, urodzona w 1980 roku. Świetna lekkoatletka, tyczkarka. Jej największe sukcesy to:

  • srebrny medal MŚ 2005
  • srebrny medal MŚ 2009
  • brązowy medal MŚ 2001
  • srebrny medal ME 2006
  • brązowy medal halowych MŚ 2003
  • brązowy medal halowych MŚ 2008
  • brązowy medal halowych ME 2002
  • brązowy medal halowych ME 2005
Zobacz wideo Patryk Dobek ze złotym medalem w biegu na 800 metrów. "Co ja tutaj narobiłem"

Łukasz Jachimiak: Na 100 dni przed startem igrzysk olimpijskich w Tokio wrzuciła Pani na Twittera swoje zdjęcie z podpisem: "Latało się kiedyś pośrodku wielkiego stadionu". Wyczuwam tęsknotę. Nie mylę się?

Monika Pyrek: Zaraz po podjęciu decyzji o zakończeniu kariery myślałam, że nigdy więcej nie będę chciała skoczyć. Gdy padały pytania czy tęsknię i czy oddałam jakiś skok, to się dziwiłam. Ale niedawno Adaś Małysz zadał mi to pytanie. Bo jego pytają, czy zdarzyło mu się skoczyć po karierze i on chciał wiedzieć, jak jest u mnie.

Adam mówi, że teraz jest go o jakieś 20 kilogramów więcej, dlatego nie skacze. A Pani tego problemu nie ma.

- Trzymam sportową wagę, to prawda.

I znów Pani skacze?

- Tak, zdarza mi się.

Jak wysoko?

- No właśnie już nie za wysoko! Daję się czasem namówić dzieciom, bo prowadzę Uczniowski Klub Sportowy. Co prawda prowadzę jako organizator, a nie jako trener, ale zdarza mi się przychodzić na treningi i podpowiadać młodym tyczkarkom i tyczkarzom, co i jak powinni zrobić. Pewnego dnia mówiłam do nich i widziałam, że nie rozumieją. Postanowiłam więc pokazać. Poszłam bez rozgrzewki, w jeansach! Technicznie wszystko było dobrze. Spodobało mi się tak, że w następnym skoku skusiłam się nawet na troszkę dłuższy rozbieg. Wydawało mi się, że pędzę jak za dawnych lat. Poprosiłam męża, żeby mi to nagrał.

I jednak nie wrzuciła Pani tego na Twittera.

- Ha, ha, ha, no jednak, niestety, nie. Linia lotu bardzo poprawna, technika bardzo poprawna, ale dynamiki za grosz!

Mimo wszystko stawiam, że gdyby Pani trochę potrenowała, to kolejny złoty medal mistrzostw Polski byłby w Pani zasięgu. Po tym jak odeszłyście z Anną Rogowską, poziom konkurencji w kraju obniżył się dramatycznie.

- Oj nie, nie dałabym rady. Dziewczyny przeskakują 4 metry, a na tyle musiałabym już sporo potrenować. Może 3,5 metra udałoby mi się skoczyć.

Czyli jest Pani na poziomie siebie 15-letniej, z pierwszego roku skakania?

- Mniej więcej tak. Albo na poziomie weteranki. Przychodzą propozycje startów w takich mistrzostwach, ale na razie nie korzystam.

Wróćmy na igrzyska - była Pani czwarta w Atenach w 2004 roku i piąta w Pekinie w 2008 roku. Chyba olimpijskie starty muszą się Pani kojarzyć z niespełnieniem?

- W Pekinie byłam najlepiej przygotowana. Skoczyłam tam 4,70 m, a 4,80 - 4,85 to były wysokości, które regularnie pokonywałam na treningach. Szkoda. Ale kończąc karierę, czułam się sportowcem spełnionym. Nie byłam rozgoryczona, że nie zdobyłam olimpijskiego medalu. Miałam poczucie, że zrobiłam swoje. Teraz, po latach, ludzie często się mylą i przedstawiają mnie jako mistrzynię olimpijską. To z jednej strony miłe, że kojarzą mnie z sukcesem, a z drugiej strony zawsze prostuję. No, niestety, nie mam takiego tytułu. Tylko nie wiem, czy on by cokolwiek zmienił w moim życiu. Nie mam pojęcia czy olimpijskie złoto dawałoby mi szansę na inny rozwój po karierze. Wydaje mi się, że robię to, co jest dla mnie optymalne. Realizuję się w byciu w dalszym ciągu przy sporcie. Nie czuję takiego niedosytu, że gdybym miała ten złoty medal, to pojawiłaby się odskocznia, która wyniosłaby mnie wyżej.

Dało się w ogóle myśleć o złotym medalu, mając taką rywalkę jak Jelena Isinbajewa?

- Jelena zdominowała naszą konkurencję, więc faktycznie złoto było dla niej jakby zarezerwowane. To było trudne. Z drugiej strony dzięki niej nasza konkurencja stała się szalenie atrakcyjna. Był czas, że na mityngach chętniej robiono skok o tyczce kobiet niż mężczyzn. Bardzo nas z Anią dotykało to, że Jelena w wywiadach mówiła, że nie ma z kim rywalizować i że rywalek nie potrzebuje, że walczy ze sobą. Z jednej strony ciągnęła nas wszystkie w górę i wyciągnęła dyscyplinę na wysoki poziom rozpoznawalności, ale z drugiej - czułyśmy się przez nią może nie aż lekceważone, ale na pewno niedoceniane.

Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Pamiętam, że mimo to zdarzało się Pani wyjść z Isinbajewą do klubu, żeby razem potańczyć.

- Bo to jest w sumie fajna dziewczyna! Miałam okazję z nią trenować i wtedy trochę się poznałyśmy. Potańczyć faktycznie też nam się zdarzyło.

Isinbajewa mogłaby tak jak Pani wygrać "Taniec z gwiazdami"?

- Hmm, Michaelem Jacksonem na parkiecie nie była. Zresztą, ja też nie. Na pewno popularnością bardzo by zwiększyła swoje szanse. Pudzian i Łukasz Kadziewicz doszli do finału, a nie wiem czy tylko umiejętnościami tanecznymi, czy bardziej popularnością. W każdym razie Jelena jest teraz w jury jakiegoś telewizyjnego show. Ale nie wiem dokładnie o co w programie chodzi. Mój rosyjski jest za słaby.

Dzięki wygraniu "Tańca z gwiazdami" jest Pani jedyną polską skoczkinią z Kryształową Kulą. Adam Małysz, Kamil Stoch i Monika Pyrek - ładne towarzystwo!

- Ha, ha, ha! No rzeczywiście!

Po "Tańcu z gwiazdami", tak jak po karierze sportowej, zostały Pani przyjaźnie albo chociaż sporo koleżeńskich relacji, prawda?

- Od lat przyjaźnię się z Fabianą Murer z Brazylii. Z Anią Rogowską jest tak, że kiedyś rywalizowałyśmy, a teraz nasza relacja jest na zupełnie innym poziomie. Często się do niej śmieję, że zawsze musiała być lepsza, zawsze! [Rogowska zdobyła złoto MŚ 2009, a Pyrek srebro, Rogowska była trzecia, a Pyrek czwarta na igrzyskach Ateny 2004] Nawet pod tym względem, że ja mam dwóch synów i ona też ma dwóch synów, ale ona ma dwóch naraz [jest mamą bliźniąt]! Po "Tańcu z gwiazdami" bardzo blisko się przyjaźnimy z Kamilą Drezno, choreografką, a w kontakcie jestem z moim tanecznym partnerem Robertem Rowińskim oraz z Janją Lesar i Krzyśkiem Hulbojem, którzy mi pomagali w półfinale, gdy Robert się rozchorował.

Monika Pyrek po wygraniu Tańca z GwiazdamiMonika Pyrek po wygraniu Tańca z Gwiazdami kapif

A z Andrzejem Gołotą?

- Ostatnio nie mamy kontaktu i strasznie żałuję, bo przeżyliśmy mnóstwo ciekawych historii. Oboje z Andrzejem w trakcie pobytu w Warszawie mieszkaliśmy w hotelu i gdy żona Andrzeja musiała wracać do USA, to poprosiła mnie i Kamilę Drezno, żebyśmy raz na jakiś czas Andrzeja zabrały gdzieś na obiad czy kolację, żeby nie siedział sam w pokoju hotelowym. No to go zabrałyśmy w jeden wieczór i wtedy zrobiono nam zdjęcia, a później w pewnej gazecie ja i Kamila miałyśmy czarne paski na oczach i przedstawiono nas jako dziewczyny Gołoty, ha, ha, ha!

To dzięki łatwości w nawiązywaniu kontaktów świetnie się Pani odnalazła w pracy dla Radia Szczecin? Przejrzałem listę Pani gości w programie "Po tyczki" i jest naprawdę imponująca - ponad sto znanych nazwisk ze świata sportu, sztuki i kultury.

- Oczywiście najwięcej zaprosiłam sportowców. Uważam, że w całej przygodzie ze sportem największą wartością była możliwość poznawania wielu ludzi. I cieszę się, że znajomości trwają. W sporcie jest tak, że możesz z kimś nie rozmawiać przez 10 lat, a zadzwonisz do niego w potrzebie i on ci pomoże. Bardzo to sobie cenię. Z Otylią Jędrzejczak, z Marcinem Gortatem i z Arturem Siódmiakiem wszyscy mamy swoje fundacje i wszyscy się dzielimy wiedzą, wszyscy się wspieramy. Myślę, że sport po prostu nas ukształtował na zasadach fair play.

Która rozmowa dała Pani najwięcej satysfakcji, a jaka najbardziej Panią zestresowała?

- Podczas audycji z profesorem Bralczykiem myślałam, że zejdę na zawał. Stresowałam się już przed, a jeszcze gorzej się zrobiło, gdy na samym początku popełniłam gafę. Powiedziałam, że przyszłam szybciej, a on mnie od razu zaczął strofować. "Ale wcześniej czy szybciej? Pani tu szybko szła czy pani przyszła wcześniej, żeby zdążyć na czas?" - usłyszałam od profesora. Pomyślałam sobie: "O w mordę! Od razu policzek na dzień dobry", ha, ha, ha! Oczywiście jest mi głupio, gdy popełniam błędy, ale to też jest zawsze cenne, bo się uczę. Ostatnio po podcaście z Darią Abramowicz [to psycholog sportu, pracuje m.in. z Igą Świątek] ktoś mi na Twitterze zwrócił uwagę, że w pewnych zdaniach zamiast "ilość" powinnam powiedzieć "liczba". W pierwszej chwili mówię: "o kurczę, ale czepialstwo". Ale później pomyślałam, że przecież ja właściwie nie wiem, kiedy się mówi "ilość", a kiedy "liczba", więc ja to sprawdzę. I rzeczywiście ten ktoś miał rację.

Piękną ma Pani pokorę.

- Uczyć się zawsze lubiłam i to mi się nie zmieni. Z tego powodu często zadaję naiwne pytania. I to po 500 razy! Mój mąż ma mnie dosyć, gdy w dalszym ciągu nie rozumiem czym jest VAT, choć przecież prowadzę fundację! A co do moich audycji, to wielki stres miałam jeszcze po takiej, która była super, ale po której zadzwonił do mnie menedżer rozmówcy i powiedział, że ta osoba się nie zgadza na publikację.

Za dużo osobistych rzeczy ten ktoś opowiedział?

- Tak mi się wydaje. Nazwiska oczywiście nie podam, skoro ta osoba się wycofała. A najprzyjemniejsze były rozmowy ze sportowcami. Bo odkrywałam w nich siebie. Na przykład Sławek Szmal opowiadał mi, że jest mistrzem świata we wszystkim. Nawet w myciu okien, bo wtedy patyczkiem do uszu wyciąga brud ze wszystkich kącików. No jakbym siebie widziała!

Perfekcjonizm?

- Do bólu! Bardzo miło wspominam też audycję z Anią Rogowską. Setną, jubileuszową, tak to sobie specjalnie zaplanowałam i było mi bardzo miło, że się zgodziła. A spoza sportu super była rozmowa z Wojciechem Mecwaldowskim, z Krystyną Czubówną, z Olkiem Dobą. Dużo było takich, które żal mi było ciąć, bo nie wiedziałam, z jakiej części nagrania rezygnować.

Dlaczego skończyła Pani z radiem? Za bardzo angażujące stały się fundacja dla młodych sportowców i projekt alternatywnych lekcji wf-u dla dzieci?

- Po prostu skończyła mi się umowa i nie została przedłużona. Byłam przygotowywana do zmiany formatu. Ale w radiu zmienił się prezes, zmienił się naczelny i niby byliśmy umówieni na rozmowy, ale żadna ze stron nie napierała. Fundacja zaczęła mi funkcjonować bardzo dobrze i temat radia się rozmył. Żałuję, bo to była superprzygoda.

Co Pani powie, jeśli ktoś z radia przeczyta tę naszą rozmowę i się do Pani odezwie z propozycją?

- Nigdy z g鏎y nie mówię nie. Uważam, że zawsze trzeba porozmawiać i dać szansę projektowi. Ale teraz mam dwójkę dzieci, a wtedy było jedno, więc teraz zorganizowanie wszystkiego byłoby dwa razy trudniejsze.

A co by Pani odpowiedziała, gdyby pod koniec 2019 roku naprawdę dostała propozycję objęcia teki ministra sportu? Bo rozumiem, że takiej oferty finalnie nie było.

- Nie dostałam oficjalnej propozycji, ale kancelaria premiera szukała ze mną kontaktu. Dzwoniono do firmy, w której pracowałam i pytano o numer do mnie.

Podjęłaby się Pani takiego wyzwania?

- Oczywiście miło mi, że zauważono moją wiedzę i to, co robię w działaniach fundacyjnych. Ale do momentu, w którym ta propozycja nie padnie, nie chciałam się zastanawiać, co zrobić. A że w końcu wcale tej propozycji nie było, to nie musiałam wszystkiego rozważać.

Jest Pani szczęśliwą mamą, a pamiętam naszą rozmowę sprzed około 10 lat. Czułem, że dla Pani odkładanie macierzyństwa na później jest coraz wyższą ceną płaconą za uprawianie sportu. Tak było?

- Tak. Są sportsmenki, które po urodzeniu dziecka wracają i dla mnie są arcymistrzyniami. Ja nie byłabym w stanie tego zrobić. Wiele razy sobie wyobrażałam, że mam dziecko, jestem na mistrzostwach świata i jutro mam finał, a dzwoni mama, która się opiekuje moim dzieckiem i mówi, że ono ma gorączkę. Nie wiem czy potrafiłabym się skoncentrować na finale. Nie wiem, czy nie chciałabym się spakować i jak najszybciej wrócić do domu.

Renata Mauer opowiadała na Sport.pl, że kiedy zdobywała złoto olimpijskie w Atlancie, jej kilkumiesięczna córeczka zamilkła pod opieką babci, tak bardzo odczuwała brak mamy.

- Ojej... To jest życie matek. Mnie przez sprawy fundacji nie ma w domu przez około 40 dni w roku, a jednorazowo nie ma mnie najdłużej przez cztery dni. Ale już to jest bardzo dużo. Za każdym razem mam myśl, że uciekają mi ważne momenty z moimi dziećmi. Oczywiście robię coś ważnego dla innych dzieci, to jest moja pasja i ja chcę to robić. Po powrocie nadrabiam zaległości aż czasem brakuje mi sił.

Macie Państwo psa?

- Mieliśmy.

Tego, którego lata temu dostała Pani od męża, a wtedy jeszcze nie męża, tylko menedżera? Pytam, bo kiedyś mi Pani opowiadała, że dzięki pieskowi miała namiastkę domu, gdy po treningach w Spale miała się kim zająć.

- Tak było.

Można powiedzieć z przymrużeniem oka, że przechodziła Pani dogoterapię?

- Zdecydowanie można tak powiedzieć!

To był terier, zdobywca nagród na wystawach?

- Tak, był czempionem. Niestety, w lipcu ubiegłego roku się z nim pożegnaliśmy. Po jego długiej chorobie. Do tej pory to przeżywamy. Dzieci najmocniej. Był dla nas członkiem rodziny. Nawet teraz jak to mówię, to się wzruszam. Bardzo go naszej rodzinie brakuje. I nie mamy odwagi mieć kolejnego psa. Mam poczucie, że to był nasz pies i nie można go zastąpić innym. To był pierwszy mój pies. Nie moich rodziców, tylko mój, moja odpowiedzialność. I mnóstwo przeżyć, bo ten pies z nami wszędzie jeździł - na zgrupowania, na zawody, był naszym towarzyszem życia. Walczyliśmy o niego do końca.

A jak to było z Pani udziałem w "Tańcu z gwiazdami" - czy to prawda, że start miał być lekiem na depresję?

- Hmm... Teraz się bardzo dużo mówi o depresji, a wtedy się nic nie mówiło.

To bardzo dobra zmiana.

- Oczywiście. Ale chodzi mi o to, że wtedy nawet słowo "depresja" było niewłaściwie używane. Na pewno byłam w bardzo trudnym stanie psychicznym, gdy podejmowaliśmy decyzję, że wystąpię w programie. To tak naprawdę była decyzja mojego męża, a nie moja. Byłam w złym stanie psychicznym z powodu kontuzji i niemożności zakwalifikowania się na mistrzostwa Europy. Przez to przyszło poważne obniżenie wiary w siebie. Ciągle walczyłam też z bólem po kontuzji. Miałam wszystkiego dość. Mój mąż, trener i psycholog sportowy podjęli decyzję na przekór mnie. Poleciałam do Eugene do USA na zawody, myśląc, że może tam się uda, bo tam wszyscy skaczą. Chciałam wierzyć, że to zaczarowana skocznia. W presji wyniku łapałam się już takich rzeczy. Niestety, nie zaliczyłam tam żadnej wysokości. Wsiadając do samolotu do Polski, powiedziałam do męża przez telefon, żeby odmówił, że to nie ma sensu. I że nic nie ma sensu. Często wtedy powtarzałam, że wszystko jest bez sensu i że mam dość. A gdy wylądowałam w Polsce, mąż powiedział, że się zgodził na mój start w "Tańcu z gwiazdami".

Okazało się, że potrzebowałam wyzwolić się ze środowiska, w którym tkwiłam przez ileś lat i, będąc w którym, nakładałam na siebie wielką presję. Absolutnie nie mówię o tym środowisku źle. Ale rozbrat z nim dał mi później siłę i chęć powrotu. Naprawdę byłam w takim stanie, że nie mogłam już na to wszystko patrzeć. Myślę, że gdybym w tym trwała, to po kontuzji nie wróciłabym już do sportu. A tak przeżyłam fajną przygodę, a później udało mi się wrócić do sportu, zmobilizować i pojechać na kolejne igrzyska olimpijskie, do Londynu. Może już nie wróciłam do poziomu pozwalającego walczyć o medal, ale zrealizowałam marzenie o zakończeniu kariery na największej imprezie świata. Tak zrobiłam i byłam do bólu konsekwentna. Gdy dzwonili do mnie organizatorzy Diamentowych Lig i zapraszali na zawody, to tkwiłam w przekonaniu, że bardzo dziękuję, doceniam, ale karierę zakończyłam ostatnim skokiem na stadionie olimpijskim.

Zastanawiam się, jak dużo nerwów kosztowała Panią cała kariera. Jak bardzo się Pani przez te lata spalała. Zacytuję Panią z naszej rozmowy sprzed kilkunastu lat. "Kiedyś obejrzałam program telewizyjny, w którym amerykańscy psychologowie mówili o stresie startowym. Według nich jest on porównywany do stresu, jaki człowiek odczuwa w momencie zagrożenia życia. Wystarczy pomyśleć, ile razy w trakcie sezonu sportowiec przeżywa tego rodzaju emocje, żeby zrozumieć, jak to działa na jego psychikę".

- Ja w ogóle jestem takim zestresowanym typem człowieka. Myślę, że kobiety bardziej przeżywają, analizują, rozpamiętują. Czasem bez potrzeby. Ale takie po prostu jesteśmy. Wiem, że teraz są w moim życiu większe stresy. Dotyczą rodziny. I teraz one mi się wydają bardziej poważne niż te, które były wtedy. Ale nie lubię takiego podejścia i się z nim nie zgadzam, że ktoś mówi: "a co to za problemy, zobacz na te" albo "a co tam twoje problemy, zobacz, jakie mają oni". Twoje problemy są dla ciebie najważniejsze na świecie i nigdy nie można ich bagatelizować. Na pewno na tamten moment moje stresy były dla mnie bardzo duże. Ale myślę, że potrafiłam sobie z nimi poradzić, że jak umiałam, tak sobie w tym wszystkim próbowałam pomóc. Prowadząc teraz fundusz stypendialny dla młodych sportowców, czytam, jak konkretnie pieniądze mogłyby wesprzeć ich rozwój. Za moich czasów nikt by nie napisał, że chciałby opłacić współpracę z psychologiem. A teraz piszą to wszyscy. Bardzo się z tego cieszę i myślę, że to się dzieje dzięki temu, że my, sportowcy z tego pokolenia co ja, mówimy, jak to jest ważne. Za moich czasów zawodniczych to bardzo często odbierano jako objaw słabości. Ta głupota mnie okropnie denerwowała.

"Nie potrzebujemy psychologa, bo nie mamy wariatów w drużynie" - stwierdził trener Franciszek Smuda, gdy przygotowywał naszą piłkarską kadrę na Euro 2012.

- Jak się porozmawia z psychologami sportowymi, to mówią, że takie przekonania jeszcze się zdarzają. I to nawet wśród młodych trenerów. Ale ja mam ten optymistyczny przekaz z wniosków, które dostaję. Świetnie, bo najlepiej już na początku swojej sportowej drogi nauczyć się wszystkich ćwiczeń i radzenia sobie ze stresem. Trudno jest zmienić swój sposób myślenia, gdy jest się już ukształtowanym, dorosłym człowiekiem.

Wątek zdrowotny skończmy tak: czy Pani wie, jak się nazywa szefowa komitetu organizacyjnego igrzysk w Tokio?

- Nie wiem.

Hashimoto.

- Naprawdę? Ha, ha, ha! O matko!

Choroba Hashimoto dokuczała Pani przez większość kariery i będzie z Panią zawsze?

- Tak, do końca życia będzie dokuczać. Powiem szczerze, że kiedyś mi się wydawało, że sport nasila te huśtawki nastrojów, te wszystkie wahania. A teraz, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że wtedy nad wszystkim lepiej panowałam. Teraz nie mam stałej opieki lekarskiej i przy wszystkich obowiązkach, wizytach lekarskich dzieci, moje zdrowie jest na szarym końcu ważnych spraw. Ale z drugiej strony mam dużo więcej doświadczenia. Zaraz minie 20 lat od diagnozy. Mam więc sporą wiedzę, umiem zapanować nad tym dietą, mam wyczucie ciała, a w razie czego mam też kontakt z fajnymi lekarzami. Mniej więcej to kontroluję, ale oczywiście każdy dzień muszę zaczynać od tabletki.

Powiedziała Pani, że wszyscy młodzi sportowcy ubiegający się o stypendium fundacji piszą we wnioskach, że chcieliby mieć pieniądze na psychologa. A pewnie zdarzają się też ludzie tak potrzebujący, jak Pani na starcie kariery? Myślę o tym, że Pani mama nie zapłaciła za czynsz, tylko dała Pani pieniądze na pierwsze w życiu zagraniczne zgrupowanie.

- Zdarzają się, oczywiście. Zawsze gdy ogłaszamy nabór, proszę, żeby młodzi sportowcy opowiadali swoją historię. Żeby nam pokazywali siebie. Każdy ma ten sam cel - każdy chce zostać olimpijczykiem. Po takim marzeniu trudno ocenić wniosek. Ale powiedzenie czym jest dla ciebie sport chwyta za serca całą radę funduszu.

Przytoczy Pani historię, która Panią najmocniej chwyciła za serce?

- Ktoś powiedział, że chciałby przeznaczyć stypendium na aparat na zęby. Bo dzięki niemu mógłby się uśmiechać i normalnie mówić i w końcu poczuje się pewnie na zawodach. Ktoś inny napisał, że potrzebuje pieniędzy, bo codziennie dojeżdża 30 km na trening i chciałby się przenieść do bursy. To decyzja młodego człowieka o wyjścia z domu, z komfortowych warunków. To pokazanie gotowości do pójść w sport. Mieliśmy też chłopca, który opowiadał o swojej pasji do sportu i o pasjach jego dwóch braci. Do zupełnie innych dyscyplin. Wszyscy bracia sport pokochali, on się stał rodzinną pasją, chociaż rodzice nie mieli ze sportem nic wspólnego.

Tak jak Pani rodzice.

- Tak, to historia trochę jak moja. Na początku maja zaczniemy już piąty nabór. Wybieramy zawsze tych, którzy prawdziwie mówią albo piszą, czym jest dla nich sport. Liczy się to, że ktoś mówi od siebie. Dostajemy od tej młodzieży informacje, że dzięki nam przełamuje wstyd czy strach. My wymagamy teraz, żeby nagrali się dla nas na wideo. Czasy są takie, że po zawodach będą musieli być otwarci na media. Piszą nam, że to dla nich straszne, ale dziękuję, przyznając, że się dzięki nam przełamali.

Stypendystą "Skoku w marzenia" był Piotr Lisek, ale może się Pani pochwalić jeszcze kilkorgiem znanych dziś wychowanków?

- Stypendystkami były Sofia Ennaoui, mistrzyni świata we wspinaczce Ola Rudzińska dziś już nazywająca się Mirosław, Pia Skrzyszowska, Klaudia Siciarz, pływaczka Zuzanna Harasimowicz. Warto też wspomnieć Kubę Barana, który był karateką, został sprinterem, a w końcu trenerem młodzieży w jednym z klubów piłkarskich. To dla nas przykład rozwoju człowieka. O to nam chodzi. Bo nam nie zależy, żeby mieć fabrykę mistrzów, tylko, żeby pomóc w spełnianiu marzeń i w edukacji.

Dla tych wszystkich ludzi Pani jest znaną sportsmenką sprzed iluś lat. A kim jest Pani dla dzieci ze szkół podstawowych, dla których opracowuje Pani alternatywne lekcje wf-u?

- Dzięki nauczycielom dzieciaki są przygotowane. 70 procent z nich wie, że skakałam o tyczce. I są tego bardzo ciekawe. Pytają zwłaszcza o ekstremalną część - o strach, o latanie w chmurach.

Bardzo się dziwią, że Pani skakała z lękiem wysokości?

- Bardzo. A ja zawsze mówię, że to jest dowód, że można walczyć ze swoimi słabościami. I z nawet największymi ograniczeniami.

Opowiada Pani dzieciakom o pękających tyczkach? Chociaż pod Panią chyba nigdy żadna nie pękła tak, żeby Panią bardzo uszkodziła?

- To prawda. Miałam taką sytuację, ale nie była tak dramatyczna w skutkach, jak u Ani Rogowskiej [głęboko rozcięta dłoń] czy u Roberta Sobery [złamanie jednej z kości śródręcza].

Albo jak u Pawła Wojciechowskiemu, któremu pęknięta tyczka pogruchotała kość jarzmową.

- O właśnie! Mnie się to zdarzyło na początku przygody ze sportem i nawet nie mam o czym opowiadać, bo nic nie odczułam, tylko trener się wystraszył i przybiegł sprawdzić czy ze mną wszystko dobrze. Sama więc traumatycznej sytuacji nie miałam, ale podziwiam tych, którzy nie pękają. Pamiętam taki sezon Piotrka Liska na hali, gdy łamał tyczkę za tyczką. Pomyślałem sobie: "Boże, jaką on musi mieć silną psychikę, żeby brać kolejnego kija i skakać".

Skok o tyczce się Pani śni?

- Zawsze mi się śni, jak mam jakąś sytuację stresową! I wtedy zawsze mi się śni to samo: że biegnę po rozbiegu i nagle biegnę jakimiś tunelami. Skręcam, szukam dołka i materaca i się zastanawiam: "Boże, jak ja przyspieszę te sześć ostatnich kroków, jak ja nie wiem, kiedy one będą?!". Czasami śni mi się też, że mi się gubią tyczki, że otwieram na zawodach pokrowiec, a on jest pusty.

To nie dziwi - tyczki każdy tyczkarz gubi często, w podróżach.

- Niestety. Linie lotnicze mają z tyczkami wielki problem. Mnóstwo jest historii po latach brzmiących zabawnie. Na przykład Ani Wielgus kiedyś bodajże w Chile upiłowano 20 cm tyczek, żeby się zmieściły do luku bagażowego. A jak się PKS-ami z tyczkami jeździło do Spały! Kiedyś nikt nie miał samochodu, więc się jechało do Łodzi pociągiem, tam z tyczkami trzeba było najpierw przejechać miejskim autobusem z dworca Łódź Kaliska na Łódź Fabryczną, a tam trzeba było błagać kierowcę PKS-u, żeby nas w ogóle wpuścił do środka z tymi kijami.

Nie zdarzyło się Pani usłyszeć od dzieci o sobie czegoś bardzo zaskakującego? Kiedyś w audycji radiowej przedszkolaki wypowiadały się o skokach narciarskich. To było bodaj po złotym medalu Kamila Stocha na igrzyskach Pjongczang 2018. Po pytaniach o Kamila i ogólnych o skoki dzieci zostały zapytane, kto to jest Adam Małysz. Po chwili ciszy jeden z chłopców stwierdził, że to taki dobry wujek Kamila Stocha.

- Ha, ha, ha! Jakie piękne! Dzieci nie mają szans pamiętać mnie czy Adama ze sportu. Śmieję się czasami, że powinnam robić projekty raczej dla 50-latków niż dla dzieci z podstawówek, bo tam mogłabym liczyć na rozpoznawalność. A tak serio - dzieciaki bardzo interesuje sam skok o tyczce, bardzo też to, że tańczyłam w programie. Tak bardzo, że często włączają Tik-Toka i chcą ze mną tańczyć i to nagrywać!

Chłopcy pytają o mercedesa, którego Pani w "Tańcu z gwiazdami" wygrała czy to już inne pokolenie, niezainteresowane motoryzacją?

- Jasne, że pytają. Ale nie o samo auto, tylko czy naprawdę je dostałam, czy może tylko tak na chwilę mi je dali, przed kamerami, ha, ha! Dzieciaki mylą też skok o tyczce ze skokiem wzwyż. Ale to normalne. Nawet niektórym dziennikarzom się zdarzało. Przez lata bywałam nie tylko skoczkinią wzwyż, ale też Anną Pyrek albo Moniką Rogowską, ha, ha! Chociaż najczęściej to jestem mylona z Agnieszką Radwańską.

Nie wiem dlaczego. Wydaje mi się, że nawet podobne nie jesteśmy. No chyba że brunetka, długie włosy, wysoka i szczupła - to są jedyne podobieństwa. O, albo była taka zabawa na Facebooku: ktoś napisał, że ma na imię Kasia, ale nie jest Kasią Kowalską, ktoś, że ma na imię Adam, ale nie jest Adamem Mickiewiczem itd. Zabawa dotarła do mnie, napisałam: "jestem Monika, ale nie Bellucci. A szkoda!". Ktoś mi napisał: "Ale pani też ma piękne nazwisko, po tej sportsmence!". A jak już dzieci wyczają, że znam Roberta Lewandowskiego, to mam przechlapane!

Cała lekcja o Robercie?

- Dokładnie! Ale to też jest super. Mówiąc o Robercie można przecież opowiedzieć piękną historię o sporcie i w ten sposób dzieciaki do sportu zachęcić.

Wi璚ej o: