Łukaszenka śmieje się wszystkim w twarz. Ziółkowski ofiarą dwóch oszustów z Białorusi

- Iwan Cichan wpadł na testosteronie, a tłumaczył, że to przez wstrzemięźliwość seksualną i owoce morza. Straszne, że taki dopingowy przestępca zostaje szefem związku - mówi Szymon Ziółkowski. Cichan to wciąż aktywny młociarz, walczący o igrzyska w Tokio. Teraz będzie rzucającym szefem białoruskich lekkoatletów. Na Białorusi Aleksandra Łukaszenki doping od lat jest trampoliną do karier.

Białoruską lekkoatletyką rządził dotychczas Wadim Dziewiatowski, czyli młociarz jak Cichan i dopingowy recydywista jak Cichan. W igrzyskach olimpijskich w Pekinie Dziewiatowski zdobył srebrny medal, Cichan brązowy, obaj też wpadli tam na dopingu testosteronem, ale medali nie dało im się odebrać: wyspecjalizowani w obronie dopingowiczów prawnicy, opłaceni z białoruskiego budżetu, znaleźli błąd formalny w protokole kontroli. I trzeba było odstąpić od kary, która dla Dziewiatowskiego oznaczałaby już dożywotnie wykluczenie z igrzysk, bo wcześniej miał inną wpadkę.

Zobacz wideo Piotr Lisek opowiada, co zyskał dzięki odpoczynkowi od treningów

Na Białorusi takie wpadki nie kończą karier. Przeciwnie, dla Aleksandra Łukaszenki, pierwszego sportowca kraju i szefa komitetu olimpijskiego, wykrycie dopingu u jego zawodnika oznacza tylko, że Zachód się go boi. Dziewiatowski, choć jest młodszy od Cichana, zdążył już zakończyć karierę sportową, a zacząć polityczną. Był parlamentarzystą, zaufanym człowiekiem prezydenta. Ale niedawno napisał na Instagramie, że "Łukaszenka to nie mój prezydent". A potem poczuł się tak źle, że z powodów zdrowotnych zrezygnował z kierowania związkiem. I na jego miejsce został wybrany Cichan. On mimo 44 lat na karku nadal startuje, szykuje się do przełożonych na 2021 rok igrzysk w Tokio. We wrzącym politycznie kraju Cichan nadal stoi po stronie Łukaszenki. - Straszne, że osoba, która za nic miała przepisy i czystą rywalizację, stoi na czele ważnej dyscypliny sportu w swoim kraju - mówi Sport.pl Szymon Ziółkowski. Mistrz olimpijski i mistrz świata w rzucie młotem, który uważa się za ofiarę takich oszustów jak dwaj Białorusini.

Łukasz Jachimiak: Nie widzę w pańskich mediach społecznościowych gratulacji z okazji awansu kolegi z rzutni, Iwana Cichana. Dlaczego?

Szymon Ziółkowski: Proszę nie żartować. Jestem mocno rozdarty, widząc, że Cichan został szefem białoruskiej lekkoatletyki. Notoryczny przestępca dopingowy dostaje tak wysokie stanowisko. Zresztą, zastępując innego przestępcę dopingowego.

Nawet wspólnika w tych przestępstwach, bo Cichan i Wadim Dziewiatowski przez lata razem brali i razem wpadali.

- W 2016 roku śmiałem się, widząc jak Iwan rzuca na mistrzostwach Europy w Amsterdamie i ma na koszulce numer startowy z napisem "I throw clean" ["Rzucam czysty"]. W jego przypadku wyglądało to przekomicznie. Oczywiście można się śmiać, ale straszne jest, że osoba, która za nic miała przepisy i czystą rywalizację, stoi na czele ważnej dyscypliny sportu w swoim kraju.

Na ile Pan jest rozliczony z Cichanem i Dziewiatowskim? Za MŚ 2005 w Helsinkach przysługuje Panu w końcu złoto, bo obaj Białorusini zostali ukarani, czy srebro, bo Dziewiatowski jednak się obronił?

- Helsinki ostatecznie zostały mi osrebrzone. Miał być złoty medal, ale Wadim się odwołał i patrząc na to, że ma bardzo dobre kontakty z szefem World Athletics, czyli lordem Sebastianem Coe, nie dziwię się, że mu się udało wykaraskać. Oczywiście ja tego srebrnego medalu nigdy nie dostałem. Dostałem tylko plakietkę z IAAF-u [do niedawna tak nazywała się światowa federacja lekkoatletyczna, dziś to World Athletics]. Za to moja małżonka na urodziny wymyśliła mi taki prezent, że mój oryginalny, brązowy medal z Helsinek posrebrzyła.

Plakietka ze światowej centrali przyszła pocztą? Nie była wręczana z honorami?

- Została przywieziona przez delegację Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, która była w Monako. A wręczył mi ją prezes PZLA pan Henio Olszewski podczas halowych mistrzostw Polski w Toruniu. Uroczystej gali nie było, wszystko odbyło się skromnie.

Co jeszcze ukradli Panu Dziewiatowski i Cichan?

- Możemy się zastanawiać nad mistrzostwami Europy z 2006 roku. Chociaż w Geoteborgu sam się pozbawiłem medalu, bo startowałem jak ostatnia d*** [w konkursie Ziółkowski był piąty, później przesunięto go na czwarte miejsce, bo zwycięzca, Cichan, został zdyskwalifikowany. Dziewiatowski dyskwalifikacji uniknął i został przesunięty z trzeciego na drugie miejsce]. Ale nie tylko o medalach warto pamiętać. Były choćby Światowe finały IAAF, czyli imprezy komercyjne, na których zarabiało się pieniądze. Światowa federacja w żaden sposób nie poczuwa się do tego, żeby się finansami zająć. Uważa, że to nasze prywatne sprawy.

Czyli Pan ma zadzwonić do Cichana czy Dziewiatowskiego i powiedzieć "Okradłeś mnie, oddawaj kasę za te i tamte zawody"?

- Coś w tym stylu, bo zaproponowano mi założenie pozwu cywilnego na Białorusi. Nie mam takiego wojska, żeby to zrobić. Nawet jeśli Białorusini wywalczą demokrację, a prędzej czy później tak pewnie będzie, to sądownictwo jeszcze długo nie będzie na takim poziomie, żeby Europejczyk mógł tam o cokolwiek walczyć. A pewnie już teraz niektóre sprawy, z jakimi chciałbym się do sądu zgłosić, uznano by za przedawnione.

Co to za przyjaźń Dziewiatowskiego z Coe? Wiadomo, że były szef światowej lekkoatletyki, Lamine Diack, sprzyjał dopingowiczom, za co zresztą został skazany na karę więzienia. Ale Coe przedstawia się jako wielki przeciwnik oszustów.

- Widać, że ostatnio Mińsk zaczął organizować różne imprezy. Sebastian Coe w Mińsku był wielokrotnie, był goszczony przez Wadima. W ogóle to Wadim był dobrze poukładany politycznie. Dlatego byłem zdziwiony, gdy kilka tygodni temu napisał na Instagramie "Łukaszenka nie mój prezydent". Nie wiem co tam się podziało.

Pan z Dziewiatowskim i Cichanem kiedykolwiek miał jakieś pozasportowe relacje czy oni byli ludźmi wyrzuconymi poza margines?

- Oni nigdy z nikim nie utrzymywali kontaktów towarzyskich. Szczególnie Iwan był wyobcowany. Nawet na igrzyska olimpijskie do Pekinu przyjechał dopiero dzień przed startem. Byłem zdumiony. Z Wadimem miałem okazję trenować przez kilka miesięcy, bo w 2004 roku mieliśmy wspólnego trenera.

Białorusina Piotra Zajcewa, do którego Pan i Kamila Skolimowska jeździliście do Nowopołocka. Kiedyś barwnie Pan o tym opowiadał na Sport.pl.

- Tak, najczęściej jeździliśmy do Nowopołocka, ale w tym gronie byliśmy też przez kilka tygodni w RPA. Powiem tak - nie zapałałem szczególnymi uczuciami do Dziewiatowskiego.

Może dlatego, że nie przyswajał Pan jego metod treningowych?

- Różnica między nami była taka, że nam bardzo mocny trening nie oddawał w wynikach, a jemu tak. Bo to bardzo dobry trening, gdy się stosuje sok z gumijagód. On jest jak paliwo z Shella, które jest w stanie dołożyć kilka koni w silniku. My bardzo ciężki trening wytrzymywaliśmy, ale on wyniku nie przynosił, bo nic sobie nie aplikowaliśmy.

Zajcew nigdy nie zaproponował Panu soku z gumijagód?

- Nie, bo my z Kamilą na samym początku współpracy z Zajcewem powiedzieliśmy mu, jakie jest nasze zdanie na temat dopingu.

Sami z siebie poszliście do niego i powiedzieliście, że trening tak, ale wspomaganie nie?

- Tak było. Zaznaczyliśmy, że nie ma możliwości, żeby na taki temat w ogóle rozmawiać. I nigdy więcej tego tematu nie podejmowaliśmy.

Kilka lat minęło, zanim zrozumieliście, że takim treningiem, bez wspomagania, nie wejdziecie na szczyt.

- Pracowałem z Zajcewem do maja 2008 roku, czyli ponad cztery lata, a Kamila przetrwała z nim jeszcze igrzyska w Pekinie. Podjąłem decyzję, że to koniec na zgrupowaniu w Portugalii, gdzie czułem, że jestem najsilniejszy w życiu, a młotem rzucałem niespełna 70 metrów. Poszedłem więc na swoje ostatnie spotkanie z panem Zajcewem i zadałem mu pytanie, czy ktoś bez koksu wykonał ten plan, który my teraz wykonujemy. On się zaśmiał. Powiedziałem wtedy, że już nie mamy o czym gadać i wyszedłem, trzaskając drzwiami.

Zabił w Panu technikę?

- Zabił jakiekolwiek czucie. Potrzebowałem mieć 200 kg na sztandze, żeby przysiad zrobić, bo mi się kolana nie zginały. A moje czucie młota kończyło się na tym, że czułem, że z nim wchodzę do koła. Tak się nie da rzucać. Ten kawałek metalu waży 7 kg, ale to jest tylko 7kg, wcale nie tak dużo. Zajcew zdecydowanie przedobrzył z przygotowaniami przed Pekinem. "Zerówka" Kamili też to pokazywała [Skolimowska spaliła w finale wszystkie rzuty]. Gdybym się w tym zorientował nie w maju, a ze dwa miesiące wcześniej, to miałbym szansę uratować tamte igrzyska. Rzuciłem na nich 79 metrów z hakiem, nie było tragedii, ale to dało tylko siedme miejsce.

Wracając na Białoruś: Cichan za Dziewiatowskiego to kolejna w tym kraju rzecz, która nam się nie podoba, ale nad którą musimy przejść do porządku dziennego?

- Niestety, tak. Jeśli World Athletics nie walnie w stół, nie uzna, że taki człowiek nie może rządzić, to nic się nie zmieni. A nie walnie. Nawet nie wiem czy ona ma taką jurysdykcję.

Można by było prowadzić taką politykę, jak wobec Rosji.

- Tak, ale wobec niej sankcje zostały złagodzone, gdy zapłaciła, co miała zapłacić. A zapłaciła, bo systemowo oszukująca lekkoatletyka dostała kasę od państwa. Potrzebna jest zmiana mentalna. A ona jest możliwa tylko wtedy, gdy wszystkich zamieszanych w oszustwa raz na zawsze odsunie się od sportu. Człowiek się aż tak bardzo nie zmienia, nie można uwierzyć, że oszuści przeszli metamorfozę i teraz będą święci.

Nie wierzy Pan, że Cichan właśnie tak się zmienił? Dla mnie bardzo zaskakujące jest, że ma prawie sto lat, a szykuje się do startu na igrzyskach w Tokio.

- Bez przesady, że sto lat, to jest mój rocznik! [1976].

Proszę się nie obrażać. I proszę przyznać, że to wiek bardzo zaawansowany jak na olimpijczyka.

- Walka z dopingiem będzie z góry przegrana do momentu, gdy zakaże się startów wszystkim zawodnikom, którzy mieli jakiekolwiek przygody z niedozwolonymi substancjami. A taki Cichan to już dawno temu powinien być wykluczony. Przecież w 2008 roku, na igrzyskach w Pekinie, wpadł razem z Dziewiatowskim. Zdobyli tam srebro i brąz, na jakiś czas te medale stracili, ale odwoływali się i koniec końców wygrali sprawę w Trybunale Arbitrażowym. Ale nie wygrali, udowadniając, że nie brali dopingu, tylko udowadniając, że człowiek, który w laboratorium wypisywał protokół, podał złą godzinę pobrania próbki. Ktoś się pomylił, podał godzinę o której jeszcze trwał konkurs i tym precedensem Białorusini wygrali sprawę. To jest paranoja.

Wygląda na to, że Cichan w Pekinie zjawił się dopiero dzień przed startem nie dlatego, że był odludkiem, tylko dlatego, że do końca coś z siebie wypłukiwał.

- Oni wpadli chyba na testosteronie. I Cichan tłumaczył się tak, że przez ostatnie trzy miesiące miał wstrzemięźliwość seksualną, a do tego jadł dużo owoców morza. Niestety, ze swoich pobytów na Białorusi pamiętam, że tam stosowanie dopingu przez sportowców ludzie uznawali za coś normalnego. I dla nich każdy atakujący Białorusina za branie dopingu był imperialistą z Zachodu, który był jak ci Amerykanie, którzy według naszej propagandy zrzucali stonkę na polskie pola. Wprowadzanie demokracji na Białorusi jest i będzie bardzo ciężkim kawałkiem chleba.

Masz ciekawy temat związany ze sportem? Wiesz o czymś, co warto nagłośnić? Chcesz zwrócić uwagę na jakiś problem? Napisz do nas: sport.kontakt@agora.pl

Przeczytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .